Nauczka dla skąpca

Pewien kupiec w drodze do wielkiego miasta, do którego udawał się w interesach, spotkał właściciela karczmy. Po wymianie pozdrowień kupiec poinformował karczmarza, że ma zamiar ubić w mieście jakiś większy interes. Karczmarz z miejsca wyraził chęć przystąpienia do spółki. Kupiec wyraził zgodę i obaj wspólnicy dalszą drogę odbyli razem.

Po jakimś czasie spotkali stojącego na drodze ślepego żebraka. Kupiec sięgnął po portfel, wyjął monetę i wręczywszy ją biedakowi, powiedział do karczmarza:

— Idź w moje ślady i daj biedakowi jałmużnę.

— Nie — odpowiedział karczmarz. — Ja mu niczego nie dam. Tyś mu dał, ponieważ go znasz, ja zaś wcale go nie znam.

— Jak chcesz — oświadczył kupiec.

Po chwili ruszyli w dalszą drogę. Szli i szli, gdy nagle zastąpił im drogę Anioł Śmierci. Oni, rzecz jasna, nie wiedzieli, kto przed nimi stoi.

— Dokąd idziecie? — zapytał Anioł Śmierci.

— Idziemy do miasta w sprawach handlowych.

— Otóż przyjmijcie do wiadomości, że ja jestem Aniołem Śmierci.

Na dźwięk tych słów obaj podróżni padli z przerażenia na ziemię.

— Tobie — oświadczył Anioł Śmierci, zwracając się do kupca — śmierć teraz nie grozi, ponieważ dałeś biedakowi jałmużnę. Jeszcze pożyjesz pięćdziesiąt lat.

A zwracając się do karczmarza, rzekł:

— Dla ciebie nastał koniec. Nastała godzina twojej śmierci.

Karczmarz zaczął się tłumaczyć, błagać i jęczeć o litość:

— Jak to? Szliśmy przecież razem. Ja i mój przyjaciel, kupiec, udaliśmy się w jednej sprawie do miasta. Teraz on wróci bezpiecznie do domu, a ja mam umrzeć tutaj, na obcej ziemi. Czy tak się godzi?

— On się przy mnie zatrzymał. Ja byłem tym ślepym biedakiem. On mi dał jałmużnę. A kto jałmużnę daje, ten swoje życie ocala — oświadczył Anioł Śmierci.

— Pozwól mi żyć. Obiecuję, że ja również będę dawał jałmużnę.

— Człowiek, który wybiera się w podróż morską, przedtem na lądzie doprowadza swój statek do porządku. Kiedy znajdzie się na pełnym, burzliwym morzu, jest już za późno na remont statku. Tuż przed śmiercią za późno jest na pokutę i skruchę.

— Zaczekaj z wykonaniem wyroku. Pozwól mi wrócić do domu, abym mógł opowiedzieć ludziom o wielkości Wiekuistego.

— Skoro chcesz opowiedzieć ludziom o wielkości Wiekuistego, to zostawię cię przy życiu.

Reb914 Jehuda Antoti

Rabbi Meir915 miał zwyczaj przesiadywać w bóżnicy916 do czwartej po południu. Zdarzyło się jednak, że pewnego dnia od razu po modlitwie porannej „szacharit”917 opuścił bóżnicę. Zdziwiło to ludzi, ale najbardziej zdumiony był on sam. Zadał sobie nawet pytanie:

— Czym się ten dzień różni od poprzednich? Dlaczego właśnie dzisiaj wyszedłem wcześniej z bóżnicy? Może Pan Bóg chce za moim pośrednictwem dokonać jakiegoś cudu?

Nie trwało długo, gdy nagle zobaczył przed sobą wijące się dwa węże. Usłyszał, jak jeden wąż spytał drugiego: — Dokąd zmierzasz? W odpowiedzi drugi wąż oświadczył:

— Bóg polecił mi zabić rabbiego Antotiego, jego żonę, dzieci i wszystkich domowników.

— Dlaczego?

— Ponieważ w ciągu całego swojego życia nie dał nikomu jałmużny.

Usłyszawszy to, rabbi Meir postanowił udać się do domu reb Jehudy, aby go uprzedzić i w ten sposób ocalić jego i jego rodzinę od śmierci.

Wybrał ku temu inną, boczną, z dala od węży drogę. Doszedłszy do rzeki, natknął się na węża, który miał wykonać wyrok śmierci na Jehudzie i jego domownikach. Wąż właśnie miał przeprawić się przez rzekę. Rabbi Meir stanąwszy oko w oko z wężem, zawołał:

— Zabraniam ci przekroczyć rzekę bez mego pozwolenia.

Wąż posłuchał go. Rabbi Meir przeszedł przez rzekę i poszedł do domu reb Jehudy Antotiego. Przedtem, żeby nie być rozpoznanym, zasłonił sobie twarz welonem. Reb Jehuda spostrzegłszy zbliżającego się człowieka z zamaskowaną twarzą, pomyślał, że to złodziej. Cicho uprzedził domowników:

— Złodziej! Zakrada się do naszego domu. Chce coś ukraść.

Rabbi Meir usłyszał to i natychmiast schował się w korycie przeznaczonym dla wielbłądów.

Kiedy reb Jehuda zasiadł z rodziną do kolacji, rabbi Meir również usiadł przy stole. Synowie reb Jehudy zaczęli go odganiać.

— Ja się stąd nie ruszę — oświadczył rabbi Meir — dopóki nie zjem. Jestem bardzo głodny.

Dano mu więc jeść i wypić. Po spożyciu posiłku rabbi Meir wziął ze stołu pajdę chleba i zwróciwszy się do reb Jehudy, powiedział:

— Weź tę pajdę chleba i powiedz, że ty mi ją dajesz jako jałmużnę.

— Co? — zawołał reb Jehuda. — Nie wystarczy ci, żeś się nażarł przy stole, to jeszcze chcesz chleba na drogę?

Co, myślicie, uczynił rabbi Meir? Zgasił światło i zdjął z twarzy welon. W mieszkaniu zrobiło się nagle jasno. To jasność płonęła z twarzy rabbiego Meira. Teraz wszyscy poznali go. Stanęli przed nim i ze skruchą poprosili o wybaczenie. Reb Jehuda wziął z jego rąk pajdę chleba i wręczywszy mu ją z powrotem, powiedział:

— To jest moja jałmużna dla ciebie.

— Wyślij żonę z domu — powiedział rabbi Meir. — Wyślij również synów i córki. Nikt z nich nie powinien zostać w domu.

Reb Jehuda postąpił tak, jak mu polecił rabbi Meir, i wraz z nim pozostał na miejscu. W dwie godziny po północy rabbi Meir pozwolił wężowi przebyć rzekę. Wkrótce wąż pojawił się w domu reb Jehudy z zamiarem uśmiercenia go.

— Czego chcesz? — zapytał węża rabbi Meir.

— Chcę zabić reb Jehudę i całą jego rodzinę za to, że nigdy nie dał nikomu jałmużny.

— Przepraszam — oświadczył rabbi Meir. — Wczoraj właśnie reb Jehuda nakarmił mnie i napoił. Na drogę dał mi nawet pajdę chleba. Idź więc precz z tego domu. Nie masz prawa wyrządzić mu krzywdy.

To rzekłszy, rabbi Meir wypędził węża z domu i zamknął drzwi na klucz.

— Nie otwieraj — powiedział do Jehudy — drzwi do samego rana.

Po godzinie usłyszeli jakby głos żony Jehudy. To wąż naśladując ją wołał:

— Otwórz, mężu, drzwi. Zimno mi. Na dworze panuje okropny chłód.

— Nie otwieraj — powiedział rabbi Meir. — To nie twoja żona woła.

Po kilku chwilach ciszy usłyszeli jakby głos najstarszego syna Jehudy. Wąż udając go wołał:

— Otwórz, ojcze, drzwi. Boję się dzikich zwierząt, które grasują w naszej okolicy.

— Nie otwieraj. Nie bój się. To nie twój syn.

W ten sposób wąż próbował kilka razy oszukać reb Jehudę. I kiedy to nie odniosło skutku, zrozpaczony zawołał:

— Biada mi, ponieważ rozkazy wydane na ziemi obaliły rozkazy wydane w niebie.

I zwinąwszy się w kłębek, zdechł.

Nazajutrz powrócili do domu żona, synowie i córki i wszyscy pozostali członkowie rodziny. Rabbi Meir polecił Jehudzie zapytać ich, czy w nocy prosili go o otwarcie drzwi.

— Nie — odpowiedzieli chórem. — Ani na chwilę nie opuściliśmy naszego tymczasowego miejsca schronienia.

— Chodź — powiedział do Jehudy rabbi Meir — pokażę ci, kto wołał w nocy.

Na dworze zobaczyli leżącego martwego węża. Wtedy reb Jehuda zawołał:

— Niech będzie pochwalony Bóg, który uczynił dla mnie cud.

Zaraz też złożył przysięgę, że od tej chwili żaden biedak nie wyjdzie z jego domu z pustymi rękami.

Raz w życiu dał jałmużnę

W pewnym mieście żył człowiek, który słynął ze złego charakteru i niegodziwego postępowania. Nigdy nie zdarzyło się, żeby biedakowi dał jałmużnę. I oto pewnego dnia człowiek ten ciężko zachorował. Godziny jego życia były już policzone. Troskliwa żona nie zdawała sobie sprawy z beznadziejnej sytuacji męża i zapytała go, co by chciał zjeść. Ku zdziwieniu obecnych chory poprosił o ugotowanie mu jajka na twardo. Zanim żona zdążyła podać mu jajko, otworzyły się drzwi i na progu ukazał się żebrak, który błagalnym głosem poprosił o wsparcie. Chory polecił oddać biedakowi jajko. Był to pierwszy w jego życiu dobry uczynek.

W trzy dni po tym zdarzeniu chory umarł. Rodzina wyprawiła mu stosowny pogrzeb, po czym przez siedem dni odbywała żałobę.

W jakiś czas potem umarły zjawił się we śnie jednemu z synów. Ten zapytał ojca, jak mu się wiedzie na tamtym świecie. W odpowiedzi usłyszał:

— Synu mój, naucz się dawać jałmużnę. Jeżeli się tego nauczysz i do tego się przyzwyczaisz, bramy raju staną przed tobą otworem. Ja, który w ciągu całego życia raz tylko dałem jałmużnę biedakowi, dostąpiłem szczęścia być w raju. Jedno jajko, które dałem tuż przed śmiercią żebrakowi, przeważyło wszystkie moje grzechy.