Uczciwy handel

Reb918 Safra919 miał na zbyciu towar. Przyszli do niego kupcy, żeby ubić interes. Reb Safra zażądał za towar dziesięciu złotych denarów920. Kupcy uznali cenę za wygórowaną i zaproponowali tylko pięć złotych denarów. Do targu nie doszło i kupcy opuścili sklep Safry bez niczego.

Następnego dnia przyszli do reb Safry nowi kupcy. Zastali go podczas odmawiania modlitwy Kriat Szema921. Nie przerywali cierpliwie czekając, aż skończy. Na widok przybyłych kupców coś w jego sercu drgnęło i postanowił sprzedać im towar za jedyne pięć złotych denarów.

Po wyłożeniu towaru kupcy z miejsca oświadczyli, że zapłacą za niego dziesięć złotych denarów.

Na to reb Safra odpowiedział:

— Nie mogę przyjąć od was dziesięciu złotych denarów, ponieważ w sercu już postanowiłem sprzedać wam towar za pięć. Nie mogę działać przeciwko własnemu sercu.

Bustanai922

Było to w czasach, kiedy w królestwie Persów, dokąd wygnani zostali Żydzi po upadku swego państwa, panował okrutny władca. Opanowany nienawiścią szaleńca, postanowił wybić co do nogi cały żydowski ród królewski. Jego wysłannicy penetrowali cały obszar pokonanej Judei923 w poszukiwaniu potomków króla Dawida924. Każdego pojmanego człowieka z tego rodu natychmiast zabijali na miejscu. Krewnych i pośrednio spowinowaconych z rodem Dawida zamykano w więziennych kazamatach. Nie oszczędzano nawet dzieci. Nawet tych, które były jeszcze w łonie matek. Zabijano je razem.

Bóg jednak zlitował się nad rodem Dawida. Pozostała po zgładzonym potomku Dawidowym młoda brzemienna wdowa.

Pewnego razu król miał dziwny sen. Śniło mu się, że jest w pięknym sadzie pełnym wspaniałych owoców. Zdawał sobie sprawę, że ogród nie należy do niego, że drzewa, na których rosną smakowite owoce, należą do kogoś innego. Powodowany zazdrością zaczął siekać gałęzie, zrywać z nich owoce i rzucać je na ziemię. W ten sposób zniszczył cały sad.

Wściekłość jego była tak wielka, że nie dowierzał własnym oczom. Mimo iż wszystkie drzewa były już posiekane i pozbawione owoców, nadal szukał śladów drzew. A nuż jakieś drzewo umknęło jego uwadze. I oto wśród ruin sadu znalazł małe drzewo, które dopiero niedawno wyrosło z ziemi. Podniósł już siekierę, żeby je wyrąbać, gdy nagle zauważył stojącego przed nim starego człowieka o szorstkiej twarzy i pięknych jasnych oczach. Stary człowiek krzyknął na króla i wyrwawszy mu siekierę, wbił mu ją w czoło. Po twarzy króla zaczęła spływać krew. Jeszcze jeden cios i padnie trupem.

Padł wtedy król na kolana przed starcem i zaczął błagać o litość.

— Wysłuchaj mnie i oszczędź. Czym zgrzeszyłem przed tobą, że chcesz mnie zabić?

— Mało złego uczyniłeś memu narodowi? Jeśli chciałeś kosztować owoców mogłeś je zrywać i zjeść. Mogłeś nawet sporo ich zabrać do domu. Ale ty wolałeś zniszczyć drzewa. Ostatnie nawet drzewo chciałeś wyrwać z korzeniami. Troskliwą opieką otaczałem mój ogród. Nie żałowałem trudu i znoju. Pielęgnowałem go od świtu do zmroku. Sadziłem drzewka i dbałem o każdą gałązkę. Ty zaś po zniszczeniu wszystkich dojrzałych drzew połakomiłeś się jeszcze na ostatnie, ledwo z ziemi wyrośnięte drzewo. Ja z tym drzewkiem łączyłem wielkie nadzieje. Dzięki niemu, wierzyłem, potrafię przywrócić do życia cały ogród. Podniosłeś siekierę na nie i w swojej głupiej pysze jeszcze uważasz się za niewinnego. Za twoje przestępstwo należy ci się kara śmierci.

Usłyszawszy słowa starca, król zaczął znowu płakać i błagać:

— Przyznaję, że postąpiłem głupio, ale teraz wyrażam skruchę. Okaż litość i daruj mi życie. Ze swojej strony obiecuję zaopiekować się tym małym drzewkiem. Będę o nie dbał w dzień i w nocy. Z niego postaram się wydobyć nasiona na zasadzenie nowych drzew, żeby odbudować cały sad.

Przy tych słowach król obudził się ze snu. Z przerażeniem zauważył, że łóżko, na którym leży, zroszone jest krwią. O dalszym spaniu nie było mowy. Skoro świt zerwał się i zawołał swoich uczonych doradców i astrologów. Opowiedział im o tym, co widział we śnie, ale nikt nie potrafił wyjaśnić jego sensu.

Wtedy jeden z jego sług, który stał nieopodal, odezwał się:

— Panie mój! Zapewne wiesz, że żydowscy mędrcy i potomkowie królów żydowskich są teraz w niewoli. Twoi przodkowie udzielali im gościny i zaopatrywali we wszystko, co potrzebne do życia. Czynili to dlatego, że korzystali z ich mądrych rad. U nich również znajdowali wyjaśnienie sensu przeżywanych snów. Ty zaś kazałeś wymordować ich. W kazamatach więziennych siedzą jeszcze niektórzy starsi wiekiem uczeni żydowscy. Jeśli chcesz skorzystać z mojej rady, każ sprowadzić z więzienia któregoś z nich. On wyjaśni ci sens twego snu.

Rada sługi spodobała się królowi. Rozkazał natychmiast sprowadzić do pałacu jednego z uwięzionych mędrców żydowskich. Zanim stanie przed tronem, mają zdjąć z niego kaftan więzienny i przebrać go w czyste, normalne szaty.

Wysłannik króla przybył do więzienia i wszedłszy do jednej z cel, zakomunikował siedzącym tam mędrcom żydowskim rozkaz króla. Wśród więźniów znajdował się ojciec młodej wdowy, której mąż zamordowany został zaraz po ślubie. On też pierwszy wstał i oświadczył:

— Ja gotów jestem stanąć przed obliczem króla i wyjaśnić mu sens jego snu.

Pozostali mędrcy żachnęli się na niego:

— Czego się spieszysz? Przecież nie wiesz jeszcze, jakie pytanie król ci zada.

— Król miał sen — odpowiedział — taki sam sen miałem również ja. Wiem, co on oznacza.

— Oby Bóg cię miał w opiece i obyś znalazł uznanie w oczach króla — zawołali zgodnie pozostali mędrcy.

Wysłannik króla zwrócił się wtedy do starego mędrca, który podjął się wyjaśnić znaczenie snu.

— Teraz powinieneś się umyć i namaścić wonnymi olejkami, które ci przyniosłem.

— Za nic w świecie. Nie rozstanę się z więziennym ubiorem — oświadczył starzec. — Tylko w nim chcę stanąć przed królem.

Starzec był uparty i dopiął swego. W więziennych podartych łachach stanął przed królem. Wszyscy obecni w tronowej sali patrzyli na niego ze wzruszeniem, litością i współczuciem. Tylko król zachował obojętny spokój. Zmierzył go najpierw od stóp do głowy, po czym powiedział:

— Miałem sen i nikt dotychczas nie potrafił go rozszyfrować.

— Z pomocą Boga można wszystko wytłumaczyć — odparł starzec. — Powiedz mi, panie mój i królu, co ci się śniło, albo jeśli pozwolisz, ja ci to powiem.

— Jeśli potrafisz opowiedzieć mój sen, to bardzo proszę.

I stary mędrzec opowiedział o tym, co się królowi śniło. Opowiedział dokładnie i szczegółowo. Przytoczył nawet drobne szczególiki, o których król zdążył już zapomnieć. Zdziwiony takim obrotem sprawy król przerwał mu:

— Opowiedziałeś mój sen co do joty925. Wszystko się zgadza. A teraz wytłumacz mi, co to wszystko znaczy.

Starzec zaczął rozwodzić się nad znaczeniem i sensem snu. Sam był tym tak przejęty, że z oczu płynęły mu łzy.

— Mój królu! Sad, który widziałeś we śnie, to ród króla Dawida926. Drzewa rosnące w nim, zarówno te duże, jak i małe, to jego potomkowie, ci starsi i ci młodzi. Smakowite i piękne owoce, które tam widziałeś, to wielcy mędrcy i cadycy z rodu Dawidowego. Ścinanie liści i gałęzi z drzew oznacza wykonywanie twego rozkazu o wymordowaniu wszystkich potomków Dawida, nawet dzieci w łonie matki. Ostatnie drzewko, które zamierzałeś zniszczyć, to młoda kobieta w ciąży. Jej młody mąż został na twój rozkaz zamordowany nazajutrz po weselu. Stary zaś i przystojny mąż, którego spotkałeś w sadzie, to sam król Dawid. On wyrwał siekierę z twoich rąk i wbił ją w twoje czoło. Mógł cię zabić, ale ty płakałeś i błagałeś o litość. Obiecałeś mu, że zaopiekujesz się ostatnim drzewkiem, że przez nie doprowadzisz do odrodzenia całego sadu.

— Widzę — oświadczył król — że właściwie wytłumaczyłeś mi sen. Idź więc i postaraj się odnaleźć, jeśli to możliwe, kobietę, która nosi w łonie potomka rodu Dawida. Okażę jej miłosierdzie i roztoczę nad nią i nad jej dzieckiem opiekę. Wypełnię wszystko, co obiecałem we śnie.

Stary mędrzec nie mógł dalej utrzymywać w sekrecie swojego pokrewieństwa z młodą kobietą. Drżącym głosem przemówił:

— Królu mój i władco. Ja sam wypiłem gorycz z tego pucharu. Wydałem córkę za mąż za jednego z najwspanialszych młodzieńców z rodu Dawida. Na drugi dzień po weselu, opierając się na twoim rozkazie, przyszli kaci i zamordowali mego zięcia. Mnie zaś razem ze wszystkimi krewnymi wsadzono do więzienia. Moja córka została wdową, a ja nawet nie wiem, czy będzie matką.

— Idź do domu — powiedział król — i powiedz córce, że uwolniłem cię razem ze wszystkimi krewnymi i przyjaciółmi, którzy siedzieli z tobą w więzieniu. Nic złego wam się już nie stanie. Roztoczę nad wami opiekę.

To rzekłszy, król zdjął z palca pierścionek i wręczył go staremu mędrcowi. Miał odtąd służyć mu jako glejt. Starzec udał się do domu. Tu dowiedział się, że jego córka jest w ciąży. Natychmiast zawiadomił o tym króla. Ten oddał do jej dyspozycji pokój w swoim pałacu. Przydzielił jej też służących i służące. Wkrótce urodziła syna, któremu nadała imię Bustanai na cześć sadu, jaki król zobaczył we śnie. W języku perskim bowiem „bustan” to sad. Rzecz oczywista, że zachowanie rodu Dawidowego ucieszyło wszystkich Żydów.

Bustanai wychowywał się w pałacu króla. Matka umożliwiła mu studiowanie Tory927 i wszystkich mądrości żydowskich. Na wieść o jego postępach król poprosił go do siebie. Okazał mu przyjaźń i cześć należną człowiekowi z rodu króla Dawida. Zaczął go traktować tak jak wszystkich swoich książąt, którzy zwykli byli służyć mu.

Król oraz jego uczeni doradcy byli pełni podziwu dla młodego Żyda. Pewnego razu Bustanai stał w oczekiwaniu na rozkazy przed królem od świtu do wieczora. Stał nieporuszony. W pewnej chwili duża mucha usiadła mu na czole i zaczęła gryźć. Bustanai nie ruszył się, nie odgonił jej. Krew ciekła mu z czoła. Król to wszystko widział.

— Co ci się stało? — zapytał go król.

— Przecież sam widzisz, królu mój.

— Dlaczego nie odpędziłeś muchy?

— Nasi przodkowie przekazali nam, że od czasu, kiedy straciliśmy własne państwo, jesteśmy zobowiązani służyć obcym królom. Nie wolno nam w ich obecności mówić, śmiać się i podnosić ręki.

Słowa młodzieńca spodobały się królowi. Jeszcze bardziej upewnił się, że chłopiec jest mądry i rozważny. Zaraz potem król wydał polecenie, żeby Bustanaia obdarowano pięknymi prezentami i wożono w karecie wicekróla. Przed karetą biegł goniec i wykrzykiwał: „Na taki honor zasłużył człowiek, który stoi na czele diaspory928 żydowskiej”.

Żydzi cieszyli się z faktu, że Wszechmogący zostawił przy życiu dziedzica rodu Dawida. Tymczasem król nakazał Bustanaiowi wyznaczyć podległych sobie sędziów i brać czynny udział we wszystkich pracach rządu. Polecił mu również znowu powołać do życia jesziwy929 w Surze i Pompadycie930. Wyznaczeni przez Bustanaia sędziowie zaczęli sprawować sądy nad Żydami aż do czasu, kiedy kraj przeszedł pod władzę króla Izmaela, który powołał sędziów do równego i sprawiedliwego sądzenia wszystkich poddanych bez względu na rasę.

Dla upamiętnienia tego wielkiego wydarzenia wszyscy naczelnicy diaspory wyryli na swoich pieczęciach postać muchy.

Pewnego razu Ali ben Awutelew, król Izmaelitów931 przybył z wizytą do miasta, w którym mieszkał Bustanai. Mieszkało tam w ogóle osiemdziesiąt tysięcy Żydów. Bustanai wyszedł na drogę, żeby powitać króla Izmaelitów. W rękach trzymał święte księgi. Ali rad był z okazanej mu czci i poprosił Bustanaia o błogosławieństwo i modły do Boga za swoje zdrowie i powodzenie. Następnie obdarował Bustanaia bogatymi szatami pochodzącymi z grabieży. Zapytał go również, czy ma dzieci. Kiedy usłyszał, że Bustanai jest kawalerem, wyraził swoje zdziwienie, ponieważ ten liczył już sobie trzydzieści pięć lat.

Ali zaproponował mu ożenek ze swoją siostrą Daorą, która była piękną kobietą. Bustanai jednak odmówił. Nie chciał jej pojąć za żonę. Wtedy Ali oświadczył:

— Taki człowiek jak ty może się ożenić nawet z nieżydowską kobietą. Przecież sam król Dawid miał nałożnice nieżydowskiego pochodzenia, jak na przykład Jafet932 czy Toar933. Pojął je za żony bez ceremonii ślubnej.

— Bóg pozwolił na to tylko w czasach wojny — odparł Bustanai. — W czasie pokoju jednak kobieta powinna przejść przez mykwę934, intercyzę ślubną i ceremonię zaślubin.

— Możesz z nią postąpić, jak ci się żywnie podoba — rzekł Ali.

Po tym oświadczeniu Alego Bustanai nawrócił Daorę na judaizm, po czym się z nią ożenił, według zasad wiary żydowskiej. Pokochał ją też miłością wielką i stałą. Daora urodziła mu wiele ślicznych dzieci.

Słowo cadyka935

Ben Sawar przez całe życie zajmował się dobroczynnością. Pewnego razu dowiedział się, że w najbliższej okolicy żyje młodzieniec, zupełny sierota, który ma zamiar wstąpić w związek małżeński, ale nie ma pieniędzy na urządzenie wesela. Ben Sawar wziął pieniądze, ubrania i smakowite rzeczy do jedzenia i zawiózł to wszystko do domu sieroty, po czym wyprawił biednej młodej parze wesele.

W drodze powrotnej do domu natrafił na bardzo szeroką i głęboką rzekę. W jej nurtach grasował wieloryb, który połykał każdego śmiałka przechodzącego przez rzekę. Kiedy jednak Ben Sawar podszedł do rzeki, wieloryb rozpłaszczył się na całej jej szerokości tworząc coś w rodzaju mostu. Ben Sawar bezpiecznie przeszedł na drugą stronę.

Tam spotkał bardzo brzydkiego mężczyznę.

— Czy jesteś Ben Sawar? — zapytał go mężczyzna.

— Tak.

— Skąd idziesz?

Na to pytanie Ben Sawar udzielił mu wyczerpującej odpowiedzi. Opowiedział o biednym młodzieńcu i o weselu, które mu wyprawił.

Brzydki człowiek przerwał mu:

— Mam w ręku listę ludzi przeznaczonych na śmierć. Ty też na niej figurujesz. Nadeszła pora, żebyś się pożegnał z życiem.

Usłyszawszy te słowa, Ben Sawar zbladł. Podniósł oczy ku niebu i zawołał:

— Stwórco świata! Dlaczego człowiek taki jak ja, który całe życie poświęcił Torze i świadczeniu dobrych uczynków, ma umrzeć za młodu? Czy tak ma wyglądać Twoja nagroda? Chcesz, żebym umarł z dala od domu? Chcesz, żebym zdechł jak zwierzę w polu? Żeby rodzina nie mogła mnie po ludzku pochować?

I zaraz rozległ się głos z nieba:

— Daję ci czas, żebyś mógł umrzeć w łóżku.

Brzydki człowiek, a był nim Anioł Śmierci, natychmiast zniknął. Ben Sawar ruszył w dalszą drogę. Wkrótce dotarł do jakiegoś miasta. Pierwszego napotkanego na ulicy człowieka zapytał, czy w mieście przebywa jakiś sławny rabin albo uczony w Piśmie. Chce go bowiem odwiedzić i złożyć hołd.

— Owszem, mieszka tu sławny rabin Szfifon.

Udał się więc Ben Sawar do rabina Szfifona. Na widok gościa rabin się rozpromienił i serdecznie zaprosił do domu. Szara niemal twarz Ben Sawara zaniepokoiła go. Na pytanie, co mu dolega, Ben Sawar opowiedział o spotkaniu z Aniołem Śmierci.

— Nie upadaj na duchu — oświadczył rabin Szfifon. — Nie bój się. Jestem pewny, że Bóg ocali cię od śmierci.

Minęło pięć dni i nic się nie stało. Nagle nad domem Szfifona rozciągnęła się wielka chmura. Zaniepokoili się uczniowie rabina.

— Rabbi — zawołali — czy nie widzisz, że wielka chmura roztoczyła się wokół twego domu?

— Wyjdźcie — odpowiedział im rabin — na ulicę i zobaczcie, czy czasem całe miasto nie zostało otoczone chmurą, a nie tylko mój dom.

W tej samej chwili zjawił się u rabina Szfifona Anioł Śmierci, który oświadczył:

— Oddaj mi zastaw, który znajduje się w twoim domu.

— Co to za zastaw?

— Twoje życie i życie Ben Sawara.

— Idź sobie i zajmij się swoją pracą. U mnie nie masz czego szukać.

Poleciał Anioł Śmierci do nieba, żeby poskarżyć się Bogu:

— Szfifon nie wpuszcza mnie do mieszkania. Powołał się przy tym na Twoje święte Imię.

— Idź i powiedz mu, że chodzi ci tylko o życie Ben Sawara. Jego zostawisz w spokoju.

Anioł Śmierci udał się do domu Szfifona i znowu wrócił z niczym. Rabin po prostu go nie wpuścił. Rozległ się wtedy głos z nieba:

— Co Ja mogę zrobić z tymi dwoma cadykami? My tu w niebie wydajemy rozkazy, a oni na ziemi nie dopuszczają do ich wykonania. Dlaczego tak jest? Dlatego, że słowo cadyka posiada tak silną moc, że może unieważnić rozkazy z nieba.

I Wszechmogący zarządził, żeby obaj cadycy dożyli siedemdziesięciu lat.

Tora936 ratuje od śmierci

Przed wieloma laty żył w naszym mieście pewien bogaty i nobliwy człowiek. Miał jedną córkę, piękną, inteligentną i cnotliwą. Zdawałoby się, że w domu tego człowieka powinno zawsze gościć szczęście. Nic podobnego. Okrutny los, a może jakieś przekleństwo dotknęło jego córkę. Po każdym kolejnym zamążpójściu jej nowo poślubiony małżonek nagle umierał. Nieszczęsna ta historia powtórzyła się już trzy razy. Młoda wdowa postanowiła więcej nie wychodzić za mąż. Nie chciała powodować śmierci niewinnych mężczyzn.

— Wolę pozostać wdową. Może Pan Bóg, widząc moje nieszczęście, zlituje się i okaże mi Swoje miłosierdzie.

Ojciec nieszczęsnej córki miał za granicą krewnego. Był to człowiek biedny. Tak biedny, że nie był w stanie zarobić na kawałek chleba dla swojej licznej rodziny, składającej się z dziesięciu synów. Chodził z nimi codziennie do lasu, żeby zbierać chrust, opadłe gałęzie i kawałki drewna na opał. Zebrane w wiązki sprzedawał na targu i z tego się utrzymywał. Pewnego dnia nie udało mu się nic sprzedać. W domu zapanował głód. Najstarszy syn widząc, że ojciec jest zupełnie załamany, postanowił pojechać do bogatego krewnego. Uzyskał zgodę ojca i matki i wyruszył w drogę.

Na miejscu został serdecznie przyjęty. Wszyscy ucieszyli się z jego odwiedzin. Wypytywali go o zdrowie ojca, matki i braci. Dowiedziawszy się, że żyją w biedzie, bogacz oświadczył, że im pomoże.

— Powiedz, czego sobie życzysz — powiedział do młodzieńca — a spełnię twoją prośbę.

— Naprawdę? Nie odmówisz mi niczego?

— Przysięgam. Powiedz, czego sobie życzysz.

— Życzę sobie, żebyś wydał córkę za mnie.

Usłyszawszy życzenie młodzieńca, ojciec młodej wdowy wpadł w rozpacz. Opowiedział o śmierci trzech jej mężów, po czym zawołał:

— Nie! Za nic jej nie wydam. Szkoda mi ciebie. Z powodu moich grzechów mą córkę dotknęło nieszczęście. Jeśli czynisz to przez wzgląd na pieniądze, to dam ci je. Dam ci złoto i srebro, nie musisz brać jej za żonę. Jesteś mądrym i przystojnym młodzieńcem i nie powinieneś z jej powodu narażać życia.

— Ale przysiągłeś spełnić każde moje życzenie.

Przysięga zobowiązuje i bogacz nie miał wyjścia. Poszedł do córki i przekazał jej prośbę młodzieńca. Usłyszawszy ją, córka wybuchnęła płaczem. Podniosła oczy ku niebu i zawołała:

— Boże! Władco wszystkich światów! Lepiej będzie, jeśli mnie uśmiercisz. Nie chcę, żeby przeze mnie dalej ginęli ludzie.

Ślub się odbył. Wyprawiono wesele, na którym byli najzacniejsi mieszkańcy miasta. Zanim zasiedli do stołu weselnego, młodego żonkosia odwiedził jakiś stary człowiek. Był to prorok Eliasz937. W sekrecie powiedział mu rzecz następującą:

— Kiedy zasiądziesz do stołu, zjawi się przed tobą człowiek w łachmanach. Obdarty, bosy i zmęczony. Włosy na głowie rozwichrzone i twarde jak gwoździe. Takiego żebraka jeszcze w życiu nie widziałeś. Masz go serdecznie przywitać i posadzić obok siebie przy stole. Dasz mu się najeść i napić do syta. Okażesz mu cześć i szacunek i do końca uczty będziesz mu usługiwał. Masz to wszystko skrupulatnie i dokładnie co do joty938 wykonać.

To rzekłszy, zniknął. Kiedy wszyscy już zasiedli do stołu, wszedł na salę zapowiedziany biedak. Podszedł do pana młodego. Na jego widok pan młody wstał z krzesła, zaprosił do stołu i zaczął wykonywać nakazane przez proroka Eliasza czynności.

Po spożyciu posiłku biedak poprosił pana młodego do oddzielnego pokoju na rozmowę.

— Synu mój — oświadczył — jestem wysłannikiem Wszechmogącego. Przyszedłem po twoją duszę.

Młody żonkoś zaczął go prosić:

— Panie mój, daj mi trochę czasu. Rok albo pół roku.

— Nie zrobię tego — odparł biedak, który był Aniołem Śmierci.

— Daj mi chociaż trzydzieści dni. Pozwól mi pożyć choćby jeszcze siedem dni, siedem dni weselnej uczty.

— Nie dam ci nawet jednego dnia. Twój czas bowiem nadszedł.

— To pozwól mi pożegnać się z żoną.

— Na to mogę się zgodzić. Idź i wracaj szybko.

Młodzieniec wszedł do pokoju żony. Zastał ją w rozpaczliwym stanie. Zanosiła się płaczem. Na jego widok wstała z krzesła, podeszła do niego i pocałowała.

— Z czym przychodzisz, mój kochany?

— Przychodzę pożegnać się z tobą. Nadszedł dla mnie czas rozstania z życiem. Anioł Śmierci przyszedł po moją duszę.

— Nie wracaj do niego! Siedź tutaj i czekaj na mnie. Ja z nim pogadam.

Poszła do pokoju, w którym siedział anioł, i z miejsca go spytała:

— Przyszedłeś zabrać duszę mego męża?

— Tak, po to przyszedłem.

— Ale on nie powinien jeszcze umrzeć! W Torze jest bowiem napisane, że kiedy mężczyzna pojmuje kobietę za żonę, nie idzie na wojnę. Ma być wolny. Ma siedzieć w domu przez cały rok, żeby nacieszyć się żoną. My zaś doskonale wiemy, że Bóg jest prawdą i Jego Tora jest prawdą. Jeśli więc zabierzesz mojemu mężowi duszę, to stwierdzisz, że Tora jest kłamstwem. Jeśli się ze mną zgadzasz, to dobrze, jeśli zaś nie, to stańmy przed Najwyższym Sądem.

W tej samej chwili Bóg odwołał Anioła Śmierci.

Pan młody i żona ze szczęścia nie mogli usnąć. Cieszyli się i radowali.

A tymczasem rodzice panny młodej przeżywali męki. Przez całą noc płakali. O północy wykopali grób dla nieszczęsnego zięcia. Byli pewni, że podzieli los swoich poprzedników. Kiedy rano wstali, usłyszeli dochodzące z pokoju małżonków śmiechy i okrzyki radości. Wpadli do pokoju i zastali młodych w szczęściu i weselu. Nic innego, tylko cud — orzekli i nie przestając chwalić Imienia Najwyższego, opowiadali wszem i wobec o Jego łasce.