Zero mapy

Pled pod plecy zamiast posłania, szereg posłań — na żadnym nie

możemy odpocząć — nabijamy w butelki — fala je znosi na rafy przy końcu

układu. Można jedynie wyjść na balkon i zmierzyć się z realną odległością

od ziemi.

Miało być życie z zamorskich opowieści, marynistyczne obrazki,

które kołyszą przed upojnym zaśnięciem. Miłość w obszernej kajucie

z najgustowniejszym jazzem zamiast szant, z musującą kropelką

prawdziwego szampana.

Nie można mieć pewności, czy chodzi o winę. Nawet ta drobna radość

wymknęła się nam jak przystało na węża, na motyla, na zielonkawą

jaszczurkę — wszystkie z rajskich zwierząt opuściły ten akwen. Można

już tylko mówić.

Na mostku trwa niestrudzona próba mikrofonu. Nieważkie zdania, my

nie do poznania, a po poznaniu padają komendy: cała, pół, wstecz.

Co oznacza: dwa bieguny słońca w przechowalni bagażu.