Pieśń czterdziesta piąta. Molo w Ahlbecku

Na molo impregnowanym solą, sezonowo odświeżanym

idę, podziwiając głęboką czerń złożoną z przemnożenia

Wychylam się niebezpiecznie za dziwną barierkę

tracąc prawie równowagę, próbuję złapać tę wilgoć

Latarnie nieczynne oświetlają mi tę wieczorną drogę

Mój pas startowy, rozpędzam się, odfruwając daleko

z lewej i prawej strony wiatr całuje mnie coraz namiętniej

Nie mogę się ciebie doczekać, no choć już, chodź do mnie

Chłodny wiatr poczułem na swojej żylastej karkówce

No rozbierz się już, rozbierz, niech nastąpi rajska nagość

Zdejmij te przyciasne stopy, ten płaszcz wysuszającej się skóry

ten kapelusz tłustych włosów zostaw gdzieś przypadkowo

Rozbieraj się szybko, chodź do mnie, nie wstydź się

nagi i zawstydzony, i przygarnięty, tak zależny, Tak

Niech się otworzy ta czarna dziura pochłaniająca wszystko

do siebie z szerokimi ramionami, zagarniającymi każdą drobinę

Jestem w miejscu, gdzie wszystko jest dawno nieczynne

nigdy nie było czynne, zamknięte z powodu remanentów

W samotności przecieram swe oblicze

jednocześnie je rozmazując na zawsze

Nic nie będzie już do siebie podobne

na drewnianym pomoście obserwacyjnym

Połykam wiatr, otwierając swój pysk szeroko

Anioł zwiastujący przypływ w moim przełyku

utknął zdziwiony kształtem mej krtani