Pieśń dwudziesta czwarta. Pieśń metafizyczna

to nie będzie pieśń miłosna, lecz pieśń

która nie powinna być wyśpiewana

bo nie ma takich głosów

bo nie ma już takiej ciszy

podpiwniczone okna z wilgotną głębią

schowane przed szeroką publicznością

zdradzają jej wytworne szaleństwo ukrycia

moje argumenty czystej negacji

niebyt jest bardziej rumiany niż byt

to, co się nie stało

moje zdrady ciche

moje wycofywanie się

nie w szereg, ale za szereg

moja bierność wobec układu planet

i promieniowania ultrafioletowego

unitarnie zebrać wielkie przestrzenie

tak większość ucieka między, całe masy

pominąć mnóstwo, nie dotykając niebytu

jeszcze ta niemożliwość zrealizowania

dość przekonującej prezentacji, slajdów

grafów, szlaczków, obrazków humorystycznych

na ten nietemat

dlatego też wszyscy się na pewno znudzą

nie ukoronują cię, o wrajterko, o fajterko

nie musisz popisywać się i podpisywać

nie musisz łasić się do odpowiednich osób

atrakcyjna wobec czerni rozpraszającej

wyblurowana rozkoszą i egzotycznym pączem

tańczę sama, nieoczekująca kogokolwiek

nie będzie owacji na stojąco ani laurów

nikt ci ich nie przyklei na ślinę do skroni

dawno zwietrzał ich zapach na szczęście

połamane liście laurowe wsypywane do zup

nieestetycznie jest wkładać głowę do spływu

obserwując, gdzie to wszystko ucieka

co z tym dalej

wsadź tam łeb głęboko

każdy taki ściek trafia w końcu do Morza

to jest moja nieekologiczna pociecha