Pieśń siedemnasta. Uszy stają się mleczne

W dniu swojej śmierci miałem dziewiętnaście lat

dwie plomby w zębach, jeden ubytek

Nastrojowy zachód słońca w mojej głowie

Była zima i wcześniej zachodziło słońce

Była zima, więc szybciej zachodziłem i ja

Wybuch gwiazdy, katastrofa astronomiczna

wylew w mózgu, wylew na ten brzeg tutaj

Zadano mi tylko jedno pytanie w przejściu

uśmiechnąłem się, znając odpowiedź

Anarchistyczne echo we mnie się odezwało

śpiewne spojrzenia we mnie, na mnie

Poślubiony z czarną oblubienicą, ulubienicą

patrzę na jej cichy rytm, leżąc tutaj, słuchając

Oto idę mleczny i zależny już teraz od niej

tylko moje białe uszy jeszcze tu pozostały

nie są już czerwone, usłyszały nowe rzeczy

Noc poślubna tylko dla mnie, z morską tonią

Połóż się przy mnie towarzyszu, głowę oprzyj

Patrzmy na naszą nieznaną piękność schowaną

przed światem tutaj skrytą, niepodglądaną

Chowa się ona przed nami, kusząc nas

swoim egzotycznym spojrzeniem niewinnej

Nie musisz degustować, dzisiaj jest szwedzki stół

kosztuj mnie z ciała bez ciała, ile chcesz

można wywalić ten pachnący wilgocią ręcznik

do wiecznego podcierania krocza

Leżę więc bez ręcznika na lśniącym piasku

Kto zna takie trudne pieśni?

Kto zna ich smak, gdy melodia jest wymagająca

od piejącego odpowiedniego, niemożliwego głosu?