Pieśń siódma. Blu podróżuje znów

Tchnienie jak wiatr zdmuchnęło mnie czule

ruszyłem w kierunku cichych konstrukcji

pełen nieśmiałego oczekiwania na jakieś zaproszenie

to wszystko przez te kokosy, jak zwykle

Ich egzotyczna woń kołysała mnie w uśpieniu

CHODŹ — szepnęło niejęzykiem jakieś nieistnienie

Wszystko zaczęło się wzajemnie znosić

ten szum był szeptem miliardów istnień

Żaden z tych głosów nie był głośniejszy czy cichszy

dlatego wszystkie były słyszalne równocześnie

Chodź do nas, chodź do nas, wielość cię woła

Jesteśmy cudnie przeludnieni

jakże piękna ta istna katastrofa demograficzna

w obfitości przelewamy się na wszystko

Usłyszałem w swoim duchu rwącą tęsknotę

byłem ścigany z wielką szybkością

Czułem, jak wszystko ściszone do tej pory

ryknęło przeciągle z ukrytego schowka

odpowiadając twierdząco na zawołanie

zaklęte w tym dźwięku, przenikliwie pytające

Pozostawiłem wspomnienia, zbędne powidoki

Nędzne, żebracze wybory zdmuchnięte zostały

Przymknąłem swoje już nieoczy z powodu blasku

gdy je otworzyłem, byłem już w czymś innym

gdzie powietrze było gęste od Wielkiego Jodu

Oddychało się już tylko nim

przy pierwszym oddechu poczułem bliskość morza

Biegnij, biegnij, zaraz je zobaczysz

Przestrzeń była podobna do niezwykłej plaży

Na szerokim, ciepłym brzegu zobaczyłem

w różnych odległościach od siebie postaci

Jeszcze były w odległościach od siebie

czekały na przypływ, aby je zabrał

gdy spojrzałem w stronę morza, poczułem

AAAAAAbsolutne spełnienie mnie i wszystkiego

Pieśń ósma. Mare1

Wielkie, czarne, rozlewające się po policzkach

Nieskończona liczba koncepcji, myśli, konstruktów

powołanych z przepełnienia do przepełnienia

do jeszcze większej obfitości przelewana

Czułem miliardy, były wspólne i oddzielne

Chłód owiewał mi twarz, spełniona rewolucja

To chłód dostrzegany przez niewielu

za słaba jakość soczewki w lornetce

Dryfowały tu nieoczekiwane metafory

burzycielskie i dzięki falom rytmiczne

Były jak resztki po rozbitych samo lotach

Drzazgi z drewna, resztki wsłuchane ostatecznie

Nie było tam czasu teraźniejszego, passato prossimo

Ja stałem, wchłaniałem ten widok otwartą gębą

Pocztówka z widokiem za 1,50

plus znaczek znaczeń, by odnaleźć nadawcę

Wiekuiste leżenie na zabujanym w tobie hamaku

podczas zmasowanych ataków rozwiązań

z butelką niepotrzebnego wina oglądasz sufity

nie dotykasz podłóg zabezpieczonych izolacją

Dotykam głową sufitu, no proszę

mój policzek przykleja się do niego

no, już nareszcie nie można wyżej

To bardzo staroświeckie standardy wysokości

Supłana konstrukcja przyjemnie cię obejmuje

Nie ma tu wielce oczekiwanych staruszków — owadów

Wszystkie możliwości są tu spełniane w spokoju

wszystkie oprócz ograniczeń, koncert życzeń

Słowa mają tu swoje liturgiczne głębokości

zaskakujące w swych turbulencjach i przejawach

Sanctus, sanctus, sanctus2 łamie porządki

porządki szklanych gablotek

porządki systematyczności gatunków

ułożonych przez moralizatorów, przez archeologów

Morze ma swoje przypływy i odpływy

Teraz lekko się wycofało, odsłaniając piaszczysty brzeg

odsłaniając swą anarchiczną antygramatykę

Oto reklama ośrodka wypoczynkowego

gdzie ciągle brakuje kompletu na turnus 27.07.–30.08