Pieśń trzydziesta druga. Trzydzieści dwie dłonie do potęgi n

Naturalną konsekwencją licznego rozgałęzienia

był nowotwór mojego zdeformowanego ciała

Rozrastał się on wraz z moimi kończynami

pod skórą zamieszkał i był nielegalny

Piszczałem wewnętrznie z przeciągłego bólu

ciągle zatykając sobie licznymi rękami usta

Twarz wysuszała się z niepokoju

a w dłoniach pierwszy raz poczułem drżenie

Wielkie dziedzictwo moje pozostanie same

dorosłe dzieci będą karmić młodsze filetami

Otwarte buźki ze zdziwienia, że odchodzę

Zapamiętałem ich pożegnanie z refrenem

każde z nich było długą, samodzielną zwrotką

rytmiczne zderzanie się

codziennie z ich kamienistymi brzegami

Kolejna dawka morfiny na uśmierzenie bólu

serce stęknęło w skurczu podwodnym

znużone zmęczeniem tego opierania się jeszcze

Wszystkie moje dłonie cicho opadły na pościel

spokojnie na dno morza opadałem, czując chłód

Zostałem złowiony słowami Obcokrajowca

liczne ramiona wplątały się na szczęście

w najpiękniejszą z sieci utkanej z pytań do mnie

Zostałem wyrzucony tutaj na czarną plażę

Teraz gałęzie z każdą pieśnią mnożą się

coraz liczniej, coraz liczniej zajmują miejsca

obrastają mnie jak porosty niezwykle płodne

Jest to znak braterstwa z tym, co ma najwięcej

ramion, a każde możliwe zakończenie je zna

Nasycę się więc nieskończonością na brzegach

choć zawsze śpiewałem periplusy5 blisko lądu

W tej mnogości zachowam ostrość wszystkiego

każdego detalu obrzędowego przy nawigowaniu

na nieznane lądy