Śmierć Buddy

U wód Hiranjawati46 — nad brzegiem żałoby

Poległ Budda47, trawiony mgłą ślepej choroby.

Był w pobliżu tłum uczniów i był ptak na drzewie,

I dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie.

Śmierć opodal, we zgubne zwinięta pierścienie,

Czekała, jak pies wierny, na jego skinienie.

Uczył ją wlec obrożę i lizać złe pęta

I patrzał, jak w ślad za nim po snach się wałęta48,

A dziś — choć się skłębiła nad wspólną otchłanią —

Nawet jej nie pogłaskał i nie spojrzał na nią...

Było ponad potokiem drzew tyle a tyle, —

A kwiatów jeszcze więcej. Fruwały motyle.

A on mówił do uczniów: «Czylim się spodziewał,

Że będę wspomnieniami zgon zimny zagrzewał?

Pamiętam, jak bystrego dosiadłem Kantaki,

By odjechać na zawsze w ten świat byle jaki49, —

I pamiętam snu nędzę i noc lotusową50,

Gdy się księżyc do reszty spełnił nad mą głową,

A jam poglądał51 duchem, co złudzeń unika,

W przepaść rozkwieconego kędyś października.

Krążyła w sokach drzewnych szalenizna52 czasu,

I jeziorniała53 nicość opodal śród lasu,

I chyliły się kwiaty nadmiarem brzemienia

W cienistość zgęstniałego od rosy istnienia,

A ja, tropiąc kres bytu w kierunku ich woni,

Czułem dumną zniszczalność ust, piersi i dłoni,

Czułem, że duch mój, w leśną schwytany zieloność,

Potrafi zdławić w sobie czar i nieskończoność...

O, wytępić ślad gwiezdnej z błękitem łącznicy!

Wymknąć się zwinnym sidłom pustej tajemnicy!

Stracić z oczu brzeg niegdyś znajomej rozpaczy!

Umrzeć, dopóki jeszcze śmierć trwa i coś znaczy!»

I śmierć to słowo: umrzeć — pochwyciła mętnie

I węsząc zdobycz, dla niej zachowaną skrzętnie,

Ku ciału śladem duszy podpełzła zawile.

Lecz dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle.

A on mówił: «Com widział w obłędnej pogoni

Za źródłem nieistnienia, gdzie się nic nie trwoni?

Widziałem Wieczność w górach — w godzinie niewiary

W trwałość własnej żałoby i w uciszeń czary,

Gdy odziana w śnieżycy wzburzony gronostaj

Z płaczem o wszystkich zmarłych — wybiega na rozstaj!

Widziałem, jak się borów osoba liściata

Wyłania z pęt zieleni i bada głąb świata,

Co powstał wbrew jej szumom i z myślą nie o niej, —

Liście zwiędłe — od niego, on od liści stroni...

I tu jeszcze widziałem, jak trup się spopiela,

A popiół, zamiast spocząć, w inny kształt się wciela:

Psem się staje u wrótni54 obcego mu domu

Lub dziewczyną zdradzoną, co łka po kryjomu, —

Lub przypłodkiem55 tygrysim, lub dłonią zbrodniarza —

Trup na długość tej dłoni uchodzi z cmentarza —

I bruzda po umarłym czernieje w niebycie...

A gdziekolwiek poszedłem — szło za mną w krok życie,

Szło, skomląc o kęs ciała i tucząc się troską,

Szło z tej nędzy człowieczej w tamtą nędzę boską.

Próżno jego czepliwej ujść pragnąłem zmorze:

Jest wszędzie — jest zawczasu — i nie być nie może!

Byłem w miazgach mdłych mroków, w tumanach bez treści —

Lecz i tam się coś krząta, szemrze i szeleści!

Wiem: sen wieczny to tylko czasu w grobie strata,

Bo w najdalszych zakątkach i przerwach wszechświata

Nie ma zwłok dość umarłych, dość znikłego cienia

I pyłów dość nikczemnych — bez łez, bez istnienia!

I jąłem wówczas walczyć z tym pyłem ostatnim —

Z tym szelestem, z tym szmerem na pozór tak bratnim...

Aż krusząc najdrobniejsze istnienia kajdany,

Znalazłem nagłą wolność w otchłaniach Nirwany56!...

Mój to twór! W nim się zmieszczę, mimo żądz ogromu!

Grób na miarę nicości, nieznanej nikomu!

Ciemność, której nie tyka żaden promień słońca!

Trumna, gdzie nieskończoność dobiega do końca!

Zanim w niej się ułożę, zanim rzucę ziemię,

Niech jeszcze przed odjazdem śmierć poda mi strzemię»

To rzekłszy, w ślepie śmierci popatrzył tak bacznie,

Że pobiegła ku niemu, bledniejąc nieznacznie

I część ruchu w przydrożnym zostawiając krzewie.

Lecz dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie,

Krzyknęła: «Nie umieraj! Chociaż nic nie znaczę

Dla ciebie we wszechświecie, lecz spojrzyj, jak płaczę...

Nie umieraj! Raz jeszcze oprzyj się mogile!» —

Więc dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle.

A dziewczyna szeptała: «Czas nagli! Śmierć — bliska!

Spójrz prędzej w moich oczu modre57 zmierzchowiska —

Nie umieraj! Daremnie o nicość się kusisz!

Nie znalazłeś jej nigdzie! Po śmierci trwać musisz!

Pójdź ze mną w żal bez końca i pójdź w beznadzieję!

Wszystka teraz dla ciebie z całych sił istnieję...

Kocham moc twego ducha — zmarszczki twojej twarzy,

I schorzałość, co w oczach trucizną się jarzy.

Nie umieraj! Pieszczotą wyróżnię twe ciało,

By dla ciebie i dla mnie niezbędnym się stało!

Myśl zatopię w rozkoszy obłędnym bezkresie,

Aby nic nie myślała prócz tego, co chce się...

Białą szyję potrafię giąć do twej rozpaczy —

I zrozumiesz, że rozpacz nic wówczas nie znaczy.

Żyj, dopóki me dłonie bieleją po świecie,

Dwa narzędzia pieszczoty, a usta — to trzecie!

Twego bólu do życia żaden grób nie schłonie58!» —

I dziewczyna obydwie wyciągnęła dłonie,

I usta doń zbliżyła, by go zmóc za chwilę.

Budda skinął. Śmierć przyszła. Fruwały motyle.