Gwiazdy

Tej nocy niebo w dreszczach od gwiazd mrugawicy12

Kołysało swój bezmiar w sąsiednie bezmiary,

To w próżnię swe radosne unosząc pożary,

To zbliżając je znowu ku mojej źrenicy.

Patrzę, niby przez nagły w mej ślepocie wyłom,

A światy roziskrzone — zaledwo13 na mgnienie

Odsłaniają mym oczom, jak nieba mogiłom,

Dalekie, zatajone w srebrze ukwiecenie.

Odsłaniają swe jary14, wzgórza i parowy15,

Już z jednego szum borów płonących dolata16,

Z drugiego — cisza grobów, a z trzeciego świata —

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.

Zasłuchany, wpatrzony stoję tak do świtu,

Aż niebo wron zbudzonych przesłoni gromada,

Gwiazdy giną w jaśnistych17 roztopach błękitu,

I gąszcz rosy na rzęsach zbłyskanych osiada.

Skroń znużoną pochylam do stogu na łące,

Garścią rozćwierkanego rojem świerszczów18 siana

Rzeźwię19 oczy, smugami gwiazd jeszcze gorące,

I do snu odniałego20 padam na kolana.

I śni mi się, i trwogą uderza do głowy

Krzyk o pomoc i zawiew południa lipcowy.