Odjazd

Gdym odjeżdżał 21na zawsze znajomym gościńcem22,

Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,

Podkute szafirowym dookoła sińcem.

Był klomb i rój motyli, i błękit przezroczy23,

I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy24.

A gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy

I czemu — przypomniałem25 te oczy, przyziemnie

Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie

Tym wszystkim, czym się można wpatrzeć w świat i dalej.

Co widziały te oczy, nim w tysiącu alej

Zginąłem, jedną chatę rzucając za sobą?

I czemu z szafirową zawczasu żałobą

Patrzyły w ten mój odjazd poprzez zieleń rdzawą

Rezedy, co pachniała, przytłumiona trawą?

I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?

Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze

I zostawiać samopas26 kędyś27 — na uboczu?

Czy nie wolno odjeżdżać znajomym gościńcem

I oddalać się zbytnio od tych złotych oczu,

Podkutych dookoła szafirowym sińcem?