Wieczór

Słońce, zachodząc, wlecze wzdłuż po łące

Wielki cień chmury, ciągnąc go na wzgórza,

Zetknięte z niebem, co życie, gasnące

Pod barw przymusem — w głąb marzeń przedłuża,

Aby dowidzieć poprzez dale puste

Jedyną wokół purpurową chustę

Dziewczyny, która swych dłoni oplotem

Kolana zgodnie wgarnęła pod brodę

I coraz bardziej pod niebios namiotem

Samotniejąca w tę dal i pogodę,

Od dawna ruchu i snu nie odmienia,

Chłonąc czar drętwy samego patrzenia

We wszystko naraz, w nic zasię28 z osobna,

Wpobok29, zaledwo30 do siebie podobna,

Wyolbrzymiona wobec próżni świata,

Krowa się w świetle różowi łaciata,

Co jednym rogiem pół słońca odkrawa,

A drugim wadzi o daleką gruszę...

Sennych owadów nieprzytomna wrzawa

Umacnia pustkę i podsyca głuszę31,

Wspartą na stogach, powiązanych w drągi.

Kolejne idą nad polem przeciągi

Tchu ziół dalekich, zaprawnego32 potem

Zoranej ziemi, co — tknięta wron lotem —

Paruje ciężko i chłodnieje z wolna.

Na widnokresie33 jakaś mgła dowolna,

Cień, niemający przyczyn wśród przestworu34,

Rośnie, by zwiększyć potęgę wieczoru,

I wśród rosnących z nim razem bezmiarów

Dziwnie brzmią zgiełki świerszczących komarów.