Zmierzchun

Póty w cieniu jałowca śniła rozłożyście,

Aż z lasu wybrnął Zmierzchun — i pomącił liście.

Złote żuki, wylęgłe z ciepłych snów dziewczyny,

Wnicestwiły34 się w bujnej piersi — kosmaciny.

Poznał żuki — po złudzie... I jednym spojrzakiem35

Ogarnął — krzak — dziewczynę — i nicość za krzakiem.

Płodząc we łbie żądz nagłych jadowite męty36,

Pełznął ku niej — w biel ramion zaborczo wśmiechnięty.

Tchem drapieżnym uderzył o senny brzeg ciała...

— „Śmierć, lub miłość!”... Pobladła — i miłość wybrała!

A w dalekim ogrodzie — za siódmą gęstwiną —

Tam widziano dwie dłonie, co z baśni w baśń płyną.

Żałowały się wzajem, zmarniałe przedwcześnie, —

A deszcz padał w ogrodzie — i padał deszcz we śnie.

Obie mokre od deszczu, w nierównej z snem walce

Do modlitwy o szczęście splatały swe palce.

I w dalekim ogrodzie omdlewały czasem,

Gdy je Zmierzchun zbyt pieścił w swej norze — pod lasem.

Śnigrobek

Kiedy las od ukąszeń zmór drzewnych pożółciał,

Śnigrobek, błękitnawo zapatrzony w paproć —

Wędrownie się zazłocił — z dali w dal — po dwakroć,

Aż się wsnuł do krainy półduchów i półciał.

Tam ukochał przestwornie mgłę — nierozeznawkę37,

Co się na wznak — uśmiecha, a na klęczkach — ginie,

Albo się uwysmukla — podobna dziewczynie,

Która los w snach zgubiła, jak pustą zabawkę.

Mgła rzekła: «Ust mych przyszłość — z bzu się nie wyzwoli!

Prócz dreszczu — nie mam w kwiatach innego dorobku...

Kochaj mnie w mej pośmiertnej za grobem niedoli,

Bom bez niej — nie ta sama... Sprawdź mój czar, Śnigrobku!» —

I rzekł na to Śnigrobek: «Niech nicość nam sprzyja!

Tak mi modro dziś z tobą!... Łzy — oddaj aniołom.

Wszelka radość jest w końcu tyleż, co niczyja...

W urojonych ogrodach znajdź mnie i oszołom!» —

Szołomiła mu usta, obłąkała ręce,

A on tulił cud chwiejny i czar jej nieścisły, —

I patrzył w zakochane mglistości dziewczęce,

Gdzie obok żądzy śmierci — wrą pieszczot domysły.

I ginąc od nadmiaru mgły w czujnym objęciu

Wpośród złotawych przyćmień i błękitnych zadym, —

Skonał wreszcie — posłuszny temu wniebowzięciu,

Które przez sen zawdzięczał — fioletom bladym.

Czas się włóczył po drzewach. Noc przyszła — żałobna.

Cienie wszystkich umarłych — ubożuchno szare —

Pochowały Śnigrobka na wieczną niewiarę —

We wszystkich grobach naraz i w każdym — z osobna.

Mgła mu w trumnę skrzystego nawrzucała nieba,

A wszechświat, co już stał się czymś w rodzaju mitu, —

Ożywiony pogrzebem — pomyślał, że trzeba

Zmienić cel nieistnienia i miejsce — niebytu.

Więc — choć ktoś go do mgławic i dróg mlecznych przykuł, —

On, wstrząsając łańcuchy przeznaczeń bez treści, —

Śnił, że w drogę wyrusza, jak rdzawy wehikuł,

Zbłąkany w złotym wnętrzu zamierzchłej powieści.