II

I znów mówię: Gdy w nagłej stu zmierzchów żałobie

Czekałaś na me przyjście, nim się Bóg nadarzy, —

Mnie tylko, mnie jednego nie było przy tobie!

Zapóźniłem się... Winna jakaś mgła bez twarzy...

Nieraz w obcych mi cieniów biegnę rozwiewiska

I zatracam ścieżynę do własnej rozpaczy.

Czemuż jestem daleki? A ty — czemu bliska?

I tak zawsze i zawsze i nigdy inaczej!

Czemu wczoraj tę brzozę wśród słońca błyskotów

Ozdobiłem, pląsając, w perły i korale?

Dziś dla ciebie mi zbrakło strwonionych klejnotów,

Puste są moje dłonie i czcze moje żale.

Czasem bywają takie na uboczu święta,

Dusza przez sen tak szumi, że w tym właśnie szumie

O tych, których się kocha, najmniej się pamięta...

Wszak rozumiesz? Nieprawdaż?

Dziewczyna rozumie.