Zwierzyniec

Flamingo7, różowiejąc, smukli8 się nad wodą

Skrzydlatego jedwabiu zaciszną urodą.

Sama dal tak w nim skupia swe znikliwe dzieje,

Że — czy leci, czy stoi — zawsze daleczeje9.

Wielbłąd w słońcu zapłowiał10 stąd o kroków siedem

Jak sprzęt Boży, okryty poniszczonym pledem11.

Świat, co szuka oparcia dla swego zamętu,

Korzysta z pogarbionej ciszy tego sprzętu.

Ślepie, z których się słońce nigdy dość nie wylśni,

Patrzą na mnie z plamiście rozwrzaskanej12 pilśni13,

W której mrok się tygrysim gęstwi uścierwieniem14, —

Ten sam mrok, co w ogrodzie był tylko — brzóz cieniem...

Pies mój, kwiat oszczekując, łbem się tuli ku mnie, —

By poistnieć w mym świecie trafnie i beztłumnie, —

I oczami po prośbie w twarz mi się człowieczy,

A ja wchodzę — w Mgłę zwierząt i w Tuman wszechrzeczy.