[O majowym poranku deszcz ciepły i przaśny...]

O majowym poranku deszcz ciepły i przaśny107

Trafia w liście na oślep — prawie bezhałaśny.

Krople, spadłe i kurzu pociągnięte błoną,

Podskakują na piachu i wzajem się chłoną,

I wspólnie olbrzymiejąc108, trwają same przez się,

Aż je ziemia powoli uszczupli i wessie.

Coraz mniej ich przybywa na drogi i łany.

Już wygładza się strumień, deszczem pręgowany,

Już zza chmur, rozpostartych na kształt kruczych skrzydeł,

Słońce pęk wysztywnionych ku ziemi promideł109

Rozwachlarza110 znienacka i przez wyzior111 w chmurze

Prześwitując, rozwidnia strojne brzozą wzgórze

I klin pola przygodny i pogrąża w złocie

Sad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,

Co, światłem zaskoczony, ćwierka wniebogłosy.

I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosy

Skrzą się tłumnie, u liści zawieszone brzegu,

I wzdłuż łodyg cwałują resztą swego biegu.

Motyl, któremu skrzydła posklejał miód słodki,

Na bakier112 wpięty w kitę zachwianej tymotki113,

Kołysze się w cudownym oczom bezukryciu,

Znacząc jakiś świat w świecie, jakieś życie w życiu,

I coś sobie wyznają dwa milczące znoje,

Dwa szczęścia niepojęte — i jego, i moje.