IV

Drzwi od przedpokoju rozwarły się z impetem, i ukazał się w studenckim szynelu13 i czapce na bakier młodzieniec oryginalnej powierzchowności. Był to szatyn, duży i rozrosły, który cieszył się posiadaniem ogromnych rąk i stawiał zamaszyste kroki; robił przy tym wrażenie człowieka, który patrząc w jakiś odległy punkt, dąży tam z brutalną energią i rozpycha wszystkich po drodze.

Panowie: Kwieciński, Leśkiewicz, Gromadzki — stanęli rzędem w pokoju. Kwieciński krzyknął:

— Łukasz jest!

I w tej samej chwili zaczęli śpiewać:

— „Niech żyje nam!... Niech żyje nam!... Niechaj żyje, niechaj żyje, niechaj żyje nam!... Wiwat!...”

Sprawiedliwość nakazuje przyznać, że najgłośniej na swoją cześć wyśpiewywał nowoprzybyły medyk, sam pan Łukaszewski.

— No, jak się macie? — rzekł, szeroko otwierając ramiona, w których znalazł się szczupły Gromadzki.

Dwaj inni panowie rzucili się na szyję gościowi, przy czym Kwieciński pocałował go w lewe ucho, a Leśkiewicz w prawą łopatkę.

Po przywitaniu Łukaszewski rzucił czapkę na stół, między szklanki, szynel na łóżko Leśkiewicza, i ująwszy się pod boki zawołał:

— Powariowaliście!... A co to?...

I kopnął nogą amarantowy fotelik.

— To fotel... — odparł obrażony Leśkiewicz. — Ale tamto co?...

I wskazał palcem do przedpokoju, gdzie w tej chwili weszła stróżka z walizą, a za nią mały chłopak, z wyrazem obawy na piegowatej twarzy, odziany w kapotę do samej podłogi, z tak długimi rękawami, że mu wcale rąk nie było widać.

— To?... — powtórzył Łukaszewski, obzierając się14 przez ramię. — To nic, to nasz Walek.

— Jaki nasz Walek? — zdziwił się Kwieciński, zwany także Niezapominajką.

Stróżka Barbara, osoba tęgiej budowy, z pięknie rozwiniętym biustem, rzuciła w kąt walizę, i wsunąwszy ręce pod fartuch, zabiegała Łukaszewskiemu z prawej strony.

— Cóż to? — rzekła, pochylając głowę i mrużąc oko. — Cóż to?... Może teraz on będzie usługiwał panom?...

— A wam diabli do tego!... — odparł zuchwale Łukaszewski.

— Diabli?... — powtórzyła baba, podnosząc głos. — To pan płaci za usługę rubla na miesiąc, trzynaście dni nie ma pana w domu, i jeszcze będzie pan lokajczuków naprowadzał?... A pan myśli, że panu taki fąfel wyczyści buty porządnie, zamiecie pokoje?...

— Milcz, Barbaro!... — zawołał Łukaszewski.

— Dołóż węgli do samowara, niewolnico!... — dodał Kwieciński.

— Piękny lokajczuk!... — wtrącił Leśkiewicz. — Ależ on się ruszać nie może w swojej kapocie.

— Po coś ty go, Łukaszu, przywiózł?... — dorzucił Gromadzki.

— A bodaj was do prosektorium zanieśli! — krzyknął Łukaszewski, chwytając się dużymi rękami za głowę.

Potem złapał za ramię Barbarę i rzekł:

— Baba... pyf!... samowar, i gnaj do kuchni...

Baba spokorniała jak gołąbek i w jednej chwili znikła z samowarem w przedpokoju.

— Dobrze, ale co to jest?... — spytał nieustraszony Kwieciński, pukając nowoprzybyłego chłopca w głowę.

— Walek, idź do kuchni... Zrzuć kapotę i zobacz, jak się nastawia porządny samowar... — rzekł Łukaszewski.

— Po coś tu przywiózł tego świniopasa??? — odezwał się Leśkiewicz.

— Ażebyście w szkodę nie włazili — odparł Łukaszewski.

— Do nas niepotrzebny — odrzucił śledziennik — a ciebie ani Gromadzkiego nie upilnuje...

— Aj, dowcip!... — mruknął Gromadzki. — W sam raz na podgardlaną kiszkę.

Łukaszewski wzruszył ramionami.

— Zaraz wszystko wam wytłumaczę — rzekł. — Ale ponieważ mam zwyczaj wiedzieć, z kim rozmawiam, więc może mi powiecie, co to za dzwonek i na co?

Teraz wystąpił na środek Kwieciński, mówiąc:

— To jest, widzisz, dzwonek brązowy, kupiony za czternaście groszy od handlarza, ażeby dzwonić na służbę.

— Przecież baba nie usłyszy go na dole.

— No, jeżeli baba go nie usłyszy, to ty usłyszysz, albo twój Walek — odparł Kwieciński.

— Aha! A ten podły mebel, który wyrzucono z publicznego...

Na te słowa Leśkiewicz spochmurniał. Włożył ręce w kieszenie, i odwróciwszy się od kolegi, zwanego Łukaszem, odparł:

— Trzeba być osłem, ażeby nie poznać, że to jest styl Ludwika...

— Którego Ludwika?... zdziwił się Łukaszewski.

— Tego, który był markierem15 u Loursa — szybko wtrącił Gromadzki.

Leśkiewicz na znak pogardy zwinął usta w rurkę i mimo woli wziął się za puls. A ponieważ zdawało mu się, że puls uderza za prędko, więc postanowił już nie brać udziału w rozmowie.

— Powiedzże nareszcie o tym Wałku — rzekł Gromadzki, mocno zadowolony z konsternacji Leśkiewicza.

Łukaszewski zamyślił się, jakby układając plan mowy; usiadł na krześle, spuścił oczy i zaczął:

— Wiecie, że „Popiel” jest na guwernerce w Miętuszynie.

„Popielem”, na cześć wielkiego baletmistrza teatrów, przezywano pewnego kandydata matematyki, który w ciągu trzydziestu praktycznych wykładów nie mógł nauczyć się kontredansa16, skutkiem czego musiał porzucić zbiorowe lekcje tańca.

— Otóż Popiel — ciągnął Łukaszewski — spotkał tam chłopca, właśnie Walka, którego wszyscy bili, ponieważ był niezdatny do robót wiejskich.

— Do pasania bydła... — mruknął Leśkiewicz.

— Tak... Ale za to miał wielkie zdolności do rzeźbiarstwa i robót mechanicznych...

— Na przykład do otwierania cudzych zamków — wtrącił półgłosem Leśkiewicz.

— Popiel tedy — mówił dalej Łukaszewski — zajął się chłopcem, nauczył go czytać, pisać i rachować... A kiedy teraz oto, w czasie wakacji, wziął go przy nas na egzamin, panna Maria Ciechońska była tak zachwycona jego postępami, że... postanowiłem go wziąć do Warszawy i kształcić dalej...

— Co znowu za panna Maria?... — spytał zdziwiony Kwieciński.

— Albo co nas obchodzi jakaś tam panna Ciechońska? — dorzucił Leśkiewicz.

Łukaszewski przez chwilę siedział ze spuszczoną głową, widocznie zakłopotany. Nagle zerwał się z krzesła i zawołał grzmiącym głosem:

— Ech!... Co ja z wami będę gadał o rzeczach, na których się nie znacie...

— Na pannach Mariach znamy się — wtrącił Kwieciński. Łukaszewski błysnął oczyma.

— No, no... Niezapominajko, tylko bez kpin... Panny Marii możemy nie dotykać...

— Nawet nie możemy inaczej... — szepnął Gromadzki.

— Właściwa zaś kwestia przedstawia się tak — ciągnął Łukaszewski — jest biedny, ale zdolny chłopak, który na wsi zginie, a w mieście może się wyrobić na człowieka. Otóż tym chłopcem musimy się zająć...

— Niby... W jaki sposób?... — zapytał drwiącym tonem Kwieciński. — Chyba, nie czekając, aż go złapią na ulicy, oddać go do Osad rolnych, jak tylko nas okradnie.

— Albo do szpitala przy pierwszych objawach wysypki... — dorzucił Leśkiewicz.

-– A! Bydlęta! — wrzasnął Łukaszewski, zrywając się i wykonywając tak zamaszyste ruchy, jakby miał zamiar porozbijać ściany mieszkania, a kolegów powyrzucać za okno. — A! Bydlęta! — powtórzył — Ja wam robię łaskę, a wy kpicie?... Wiem już, coście warci i zaraz dziś wyprowadzam się z chłopcem, ażeby nie oddychać jednym powietrzem z takimi łajdakami... A! Żmije!... — mówił, biegając po pokoju. — Trzy lata wdaję się z taką hołotą, głowę dałbym sobie uciąć, że to chłopaki porządne, a tu masz!... Ledwie zdarzyła się okazja, i otóż z tej szlachetnej młodzieży wyłażą lichwiarze17, szachraje, lombardziści i wszelkiego gatunku eksploatatorowie... Dajcie mi roztworu sublimatu18, ażebym umył ręce, zakażone waszymi uściśnieniami!

— Ale o co ci chodzi, Łukaszu?... — przerwał zdziwiony tym wybuchem Gromadzki.

— Ty mnie się pytasz, hołyszu19?... — krzyknął rozbestwiony Łukasz, tupiąc nogą. — Przecie sam nie raz mówiłeś mi, że gdyby nie pomoc dobrych ludzi, byłbyś szewcem albo organistą, a tak... będziesz lekarzem! Pozwólże i młodszemu hołyszowi nie pasać bydła, do czego nie ma ochoty, ale także starać się o prawo pisania recept.

Gromadzki zawstydzony cofnął się do stolika i dalej zaczął przepisywać niewyraźny rękopis, a Kwieciński wtrącił:

— No, nie każdy, kto jest złym pastuchem, musi zaraz być dobrym lekarzem...

— Więc może być dobrym adwokatem, albo chemikiem — odparł Łukaszewski.

— I umiejętnie fałszować wódkę, czy wody mineralne — dorzucił Leśkiewicz.

— Albo zostać pokątnym doradcą i odbierać nam klientów! — dopełnił Kwieciński.

— Nie bójcie się! — odparł zaperzony Leśkiewicz. — Nim on zacznie konkurować z wami w fałszowaniu wódki, czy w pokątnych poradach, już nie będzie nie tylko was, ale nawet tego cukru, który wyrafinują na waszych kościach.

Na wzmiankę o smutnym terminie Leśkiewicz roztarł sobie piersi, jakby go zakłuło w płucach.

Kwieciński wzruszył ramionami i rzekł tonem perswazji:

— Po co ty się ciskasz? — Po co się pienisz... Lepiej powiedz wyraźnie, czego chcesz?

— Chcę, ażebyśmy pomogli temu chłopcu kształcić się.

— Na lekarza albo na prawnika — mruknął Leśkiewicz.

— Nawet na chemika od robienia margaryny, wszystko mi jedno — odparł Łukaszewski.

— Więc musi pierwej skończyć gimnazjum — mówił Kwieciński. — A jeżeli jest za stary i nie przyjmą go?

— To pójdzie do rzeźbiarza.

— Rzeźbiarze sami nie mają butów.

— No, to go oddamy do stolarza — zakończył Łukaszewski, któremu nie robiły subiekcji20 nagłe przejścia od uniwersyteckich szczytów do warsztatowego padołu.

— Tak... do stolarza... do rzemiosła, to nawet i ja mógłbym mu wyrobić miejsce — odezwał się Leśkiewicz.

— A widzisz — rzekł Łukaszewski. — Tylko musi gdzieś mieszkać i coś jeść.

— Mieszkać może u nas — wtrącił ze swego pokoju Gromadzki.

— Z głodu przy nas nie zdechnie — mruknął Kwieciński.

— No, widzicie... Widzicie... — mówił już udobruchany Łukaszewski. — Mnie tylko o to chodziło... Wreszcie każdy z nas może go czegoś nauczyć...

— Ja będę mu wykładał niemiecki, kaligrafię i rysunki — rzekł Gromadzki, nie podnosząc głowy od stolika.

— Ja mogę wziąć geografię i jeszcze co... — dodał Kwieciński.

— No, to ja będę go uczył arytmetyki — rzekł posępnie Leśkiewicz. — Tylko niech się pilnuje, bo mu łeb obedrę, i będzie wyglądał, jakby go mole zjadły.

— Wybornie! — krzyknął, śmiejąc się Łukaszewski — No, widzicie jacy z was porządni faceci... Walek!... Walek, psia wiaro (on inaczej nie rozumie), wyłaź z kuchni i podziękuj panom.

Z kuchni wynurzył się chłopak z włosami w strąki i w odzieniu bardzo podobnym do kupy popielatych łachmanów. Niedobrze rozumiał, o co chodzi, ale ponieważ pan Łukaszewski kazał mu za coś podziękować, więc obszedł wkoło mieszkanie i pocałował każdego z panów w rękę. Przy tej ceremonii Kwieciński rozczulił się, ponury Leśkiewicz wysunął do pocałunku rękę aż na środek pokoju, a Gromadzki tak się przestraszył, że od stolika skoczył pod przeciwległą ścianę, wołając na Walka:

— Dajże mi spokój!... Oszalałeś...

— Ależ bestia obdarta! — mruknął Leśkiewicz. — Nie przypominam sobie, ażebym widział kiedy co równie oberwanego.

— Dziury na łokciach... ani jednego guzika przy spencerku21... — A spodnie, fiu!... On je zgubi na schodach — mówił Kwieciński, wykręcając chłopaka na wszystkie strony.

— Nic nie wypatrzysz — odezwał się Leśkiewicz. — Trzeba od razu złożyć kilka rubli i kupić jaką garniturzynę na Pociejowie.

— Rozumie się — wtrącił Łukaszewski.

— I to zaraz, dzisiaj — dodał Kwieciński.

Usłyszawszy to, Gromadzki zerwał się od stolika, pobiegł do kufra i po chwili wrócił. Zarumieniony, wzburzony, stanął na progu swego pokoju i chciał w te słowa odezwać się do kolegów:

„Moi kochani, mam całego majątku pięć rubli z czymś... A ponieważ jutro odbiorę za przepisywanie z osiem rubli, więc dzisiaj dam na chłopca dwa ruble... Nawet trzy ruble...”

Tak chciał powiedzieć, ale nie śmiał odezwać się pierwszy, tym bardziej, że ze wzruszenia ręce mu się trzęsły i coś go chwytało za gardło.

— Co tobie?... — zapytał go Łukaszewski, widząc niezwykłe zachowanie się kolegi.

— Ja... Ja... — zaczął Gromadzki.

— Nie masz pieniędzy? — spytał Kwieciński.

— Owszem... Ja...

— Tylko mu ich żal — mruknął Leśkiewicz.

— Ja... Ja... — krztusił się Gromadzki.

W tej chwili zapukano do przedpokoju.

— Prosimy! — zawołał Łukaszewski. — Pewnie któryś z naszych...