V
— Rozumie się!... Pan doktór, dobrodziej, nawet przez ścianę poznaje życzliwego człowieka.
To wesołe powitanie wpłynęło z wnętrza osoby ubranej w jasne palto i trzymającej w ręce połyskliwy cylinder. Gość był pulchny, biały, różowy, wygolony i uśmiechnięty; nie najmniejszą ozdobę jego oblicza stanowił olbrzymi zarost, poczynający się na końcu brody, a rozłożony na wypukłych piersiach jak ogon pawia. Cała wreszcie postać robiła wrażenie cherubina22, którego Stwórca zbyt długo zostawił w wylęgowym piecu i pozwolił mu wyrosnąć do dwu centnarów23 żywej wagi.
Ułomności ludzkiej natury przypisać należy fakt, że ukazanie się tego pięknego zjawiska w mieszkaniu studentów nie obudziło między nimi entuzjazmu. Gromadzki razem ze swoją portmonetką cofnął się i zbladł, jak gdyby zobaczył upiora, Kwieciński był zakłopotany, Łukaszewski spochmurniał, i tylko Leśkiewicz, obrzucając nowoprzybyłego żółciowym spojrzeniem, zapytał:
— Skądże się tu pan wziąłeś?
— Wszakże sami panowie naznaczyli mi przyjazd doktora Łukaszewskiego jako ostatni termin...
— Nie jestem jeszcze doktorem — odparł zimno Łukaszewski.
— Ale dziś trzynastego września, pięć dni zwłoki!... — zaśmiał się gość, pieszcząc delikatnymi palcami swój fantastyczny zarost.
— Dobrą ma pan policję — wtrącił Kwieciński, zwany Niezapominajką — bo Łukasz dopiero co wysiadł z wagonu.
— Boże uchowaj! Cóż znowu za policja? — protestował gość. — Ale panowie tak serdecznie witali się z kolegą, że pół miasta wie o przyjeździe... Cóż to za chłopaczek?... Ładny chłopak — dodał gość, pogłaskał chłopca pod brodę i strzepnął palce.
— Taki sobie zwyczajny Wałek — objaśnił Łukaszewski.
— A pasport24 ma?
— Co za dziwna kwestia!— wtrącił Kwieciński. — To samo, co gdyby pana kto zapytał, czy rządcy domów umieją pisać.
Gość rozszerzył białe dłonie, jakby zabierając się do odlotu, i rzekł głosem, w którym czuć było mniej słodyczy, a więcej stanowczości:
— Zatem niech ten młodzieniec przyśle mi dziś pasport przez stróża, a dwadzieścia cztery ruble panowie będą łaskawi doręczyć mi zaraz. Idę właśnie do gospodarza, który mnie wezwał, a czuję, że zrobi awanturę za te pięć dni... Nawet właściwie za dwanaście dni, bo on zwykle pierwszego odbiera komorne.
Łukaszewski wydobył portmonetkę, to samo zamyślał25 zrobić Kwieciński; Gromadzki zaś mocno zaaferowany biegał po swoim pokoju, jak gdyby w rozmaitych kątach jego szukał pieniędzy. Tylko Leśkiewicz, zaopatrzony widać w duże kapitały, usiadł konno na amarantowym fotelu i, oparłszy ręce na poręczy, pytał drwiącym tonem:
— Cóż pański gospodarz taki pedant w odbieraniu komornego? Nie mógłby jeszcze tydzień zaczekać?...
Gromadzki nadstawił ucha; odsunięcie terminu zapłaty na tydzień wydało mu się nader szczęśliwym pomysłem, chociaż wniosek ten sformułował jego wróg, Leśkiewicz.
Piękny rządca zrobił się amarantowy, jak fotelik.
— Bójcież się panowie Boga! — zawołał — Nie narażajcie mnie wobec gospodarza! Przysięgam...
— Ale na co jemu tyle pieniędzy?... — badał Leśkiewicz.
— Panie, czy pan tego nie rozumiesz?... Tu idą podatki, tu odnawiaj kamienicę...
— Kiedy? Gdzie? — odezwały się głosy.
— A to gaz, a to wodociągi, a to znowu kanalizacja... Panie — ciągnął rządca — ile ta przeklęta kopanina zjada nam pieniędzy!... Dawnaż to historia, kiedy na Królewskiej burza (właśnie przez kanały) wyryła taką jamę, że przysięgam Bogu, można było wsypać w nią pół Warszawy...
— Oho!
— Pół ulicy Marszałkowskiej...
— No, no!...
— Więc niechby tylko pół Królewskiej, a i to straszny wydatek... Miliony!... — prawił piękny rządca, aż mu błyszczały oczy.
— Zdaje mi się, że pan trochę kalospintechromokrenizujesz? — wtrącił Kwieciński.
— Jak to? — spytał rządca.
— No, trochę pan łżesz — objaśnił Leśkiewicz.
Gość tak rzucił rękami, że o mało nie upadł mu połyskujący kapelusz.
— Ehe!... — zawołał wzburzony — Panom chodzą po głowach figle, a ja mam przykrości...
— No, daj już, daj, Śledziu, sześć rubli — wtrącił Łukaszewski. — Gromada, a nie zgubiłeś tam klucza do swojej kasy?...
— Zaraz!... Zaraz!... — odparł Gromadzki tonem, w którym czuć było zgnębienie.
I stojąc pod oknem, jakby chodziło o mikroskopijne poszukiwania, szeroko otworzył sponiewieraną portmonetkę. Wydobył trzy ruble, potem rubla, znowu rubla i wreszcie zaczął z różnych skrytek wyciskać drobne, mrucząc:
— Sześćdziesiąt kop, siedemdziesiąt kop, siedemdziesiąt pięć kop, jest cały rubel!... — zakończył głosem, w którym było więcej melancholii, niż triumfu.
Zebrać wszystkie bankocetle26 w jedną wiązkę, wymienić drobne na rubla i doręczyć rządcy była to czynność, której wykonania podjął się Łukaszewski. Spełnił ją szybko i dokładnie, chociaż bez zwykłej mu zamaszystości; może dlatego, że moralny nastrój kolegów był w tej chwili dziwnie uroczysty.
— No, zdaje mi się, że jesteś pan zadowolony — rzekł Kwieciński:
— Ach, panie! — westchnął rządca, z pośpiechem chowając pieniądze. — Kiedy po komorne idę do panów, to zupełnie jakbym miał ząb rwać... Moje uszanowanie... A o pasport tego chłopczyka będę prosił dziś...
I pędem wybiegł za drzwi, a potem ze schodów, aż dudniło.
— Myślę — rzekł Leśkiewicz, wskazując na Walka — że ten młody uczeń nieprędko będzie miał garnitur, nawet z Pociejowa.
— Może byśmy poszli co zjeść — wtrącił Łukaszewski. — W pół do pierwszej... Nic w ustach nie mieliśmy... Czyś i ty głodny?... — spytał Walka.
— Głodny, panie — odpowiedział Wałek.
— Roztropne chłopię i śmiałe — zauważył Kwieciński.
— A nade wszystko obdarte — mruknął Leśkiewicz, brzydko patrząc na chłopca, który swoją drogą już zaczął mu się podobać.
— No, Śledziu, ubieraj się... Gromada, idziesz z nami? — mówił Łukaszewski.
— Mam dziś prywatny obiad — odparł z nienaturalnym ożywieniem Gromadzki i znowu zabrał się do pisania.
Tymczasem Leśkiewicz zdjął marynarkę, potrzymał ją przez chwilę za kołnierz i nagle rzekł do chłopca.
— Włóż-no to... Nie tak, ośle, nie w ten rękaw... O tak... Phi, jak ta bestia wygląda!... Gdyby nie oberwane nogawice, można by go wziąć za hrabiątko...
Ubrany, niby w worek, w marynarkę Leśkiewicza, chłopak z dumą spoglądał na jej długie rękawy i mocno odstający przód.
— Portki, jak morowe powietrze — wtrącił zamyślony Łukaszewski.
— Czekajcie — No!... — wykrzyknął Kwieciński.
Z łoskotem otworzył szafę, zniknął w niej i po chwili wydobył stamtąd popielaty strój, który stanowił chlubę rodu męskiego, a przedmiot nigdy nie gasnącej zazdrości kobiet.
— Próbuj... Przymierz!... — nalegał na chłopca, którego piegowata twarz zajaśniała uśmiechem.
Mierzenie spodni z dużego mężczyzny przez małego mężczyznę zwróciło uwagę wszystkich panów. Nawet Gromadzki wstał od przepisywania i z miną człowieka, który głębiej zna kwestię, zaczął robić spostrzeżenia, odznaczające się trafnością.
— Za długie — mówił — na ćwierć łokcia... O!... Za szerokie na dłoń...
— To musi zobaczyć krawiec... — wtrącił Łukaszewski.
— Po co krawiec?... — oburzył się Gromadzki. — Nogawice trzeba uciąć o tyle... O!... Z tyłu wyciąć klin, o taki... O!... Paski przesunąć, jeden tu, drugi tu... i wszędzie pozszywać podwójną nitką. Bo to przecie młody chłopak; żelazo by na nim pękło, a nie dopiero pojedyncza nitka... Ale Barbara może to zrobi bez krawca.
— Barbara!... — wrzasnął Kwieciński, chwytając dzwonek i biegnąc do okna. — Barbara!...
— Mama poszła na miasto — odpowiedział za oknem cienki głosik, jak ze studni.
— Słuchaj, Gromada, długo tu jeszcze zostaniesz? — spytał Łukaszewski.
— Do trzeciej... Proszony obiad mam o trzeciej... w prywatnym domu.
— Będzie używał — rzekł Kwieciński.
— Jak na kartoflisku — mruknął Leśkiewicz.
— Więc zrobimy tak — mówił Łukaszewski. — Ja ci, Gromada, zostawię czterdzieści groszy, a ty zawołaj babę, daj jej to tymczasem i opowiedz, co ma zrobić ze spodniami. Możesz także wspomnieć o tej podwójnej nitce, bo to dobra myśl; ale nade wszystko daj niewolnicy w zęby, ażeby wzięła się zaraz. Pewnie dziś pojedziemy z chłopcem do teatru, więc musi być spreparowany jak na ostateczny egzamin. Masz tu spodnie, masz czterdziestówkę, a morduj babę, ażeby skończyła przed wieczorem.
— Za pozwoleniem!... — rzekł pochmurny Leśkiewicz.
Spostrzegłszy, że czterdziestówka jest nowa, zabrał ją ze stołu, a położył czterdziestówkę z dziurką.
— Na zadatek i taka wystarczy — dodał.
— A teraz w drogę — rzekł Łukaszewski, widząc, że dwaj koledzy już stoją w czapkach. — Wiesz, dokąd idziemy? — spytał chłopca. — Na obiad do restauracji... Bądź zdrów, Gromada; a jak ci dadzą co dobrego, myśl o nas, jedząc.
I wyszli, a między nimi chłopak, w którego niekulturalnym umyśle wyraz „restauracja” przemienił się w „resztancję” i wywołał wspomnienie gminnego aresztu, gdzie dorośli za karę odsiadywali po kilka dni, a małoletnich wójt załatwiał w ciągu kilkunastu minut, ale także przy drzwiach zamkniętych.
Na dziedzińcu gromadka studentów zetknęła się z posłańcem, który przypatrzywszy się im, wydobył z torby list i podał go Łukaszewskiemu, mówiąc:
— Pan Kwieciński...
Łukaszewski w pierwszej chwili doznał pełnego słodyczy zakłopotania, jakby go oblano ciepłą wodą. Lecz gdy usłyszał nazwisko kolegi, a tym bardziej, gdy na kopercie przeczytał jego adres, zrobił minę kwaśną i, niedbale oddając list właścicielowi, rzekł:
— To do ciebie, Niezapominajko.
Kwieciński zdawał się być przerażony. Szeroko otwartymi oczyma przebiegł list, zmiął go i mruknął:
— A bodaj te baby choro...
— Cóż to?... Teklunia? — spytał Leśkiewicz, nie mogąc powstrzymać się od mimowolnego mrugania powiekami.
— Walerka! — mruknął Kwieciński.
— Słyszałeś?... — zdziwił się Łukaszewski, patrząc na Leśkiewicza. — Takie ma szczęście i jeszcze zły...
— Już za dużo!... — odparł Kwieciński, rozpaczliwie machając ręką.
Leśkiewicz potarł sobie bok, a idący z nimi chłopak zdawał się być pełny roztargnienia; nie wiedział bowiem, na co patrzeć — czy na rojną ulicę, czy na piękną marynarkę, która zastępowała mu palto.