II. Opowiadanie patrona
— Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!... — rzekł patron.
— Może być! — dorzucił krótko mecenas.
— O jest i nie jedno!... Woda, arak, cukier na przykład... — zakończył adwokat.
— Kolego! — upomniał go patron — kolego... Znałem ja takich, którzy wyśmiewali wszystko, byli zdecydowani na wszystko i w końcu, panie dobrodzieju, zbankrutowali na czysto! W naturze jest coś i w duszy ludzkiej także coś. Nie drwijcie z tej struny tajemniczej, bo jak wam, panie dobrodzieju, pęknie!...
Patron zabębnił w stół palcami, skosztował odrobinę ponczu i zamyślił się. Młody adwokat z lekkim uśmiechem spojrzał na mecenasa, lecz dostrzegłszy w twarzy jego chłód dyplomatyczny, spuścił oczy i słuchał.
— W szkołach jeszcze — prawił podtatusiały obrońca — kolegowałem z niejakim Stefanem... Kochaliśmy się bardzo. Kiedy profesor wykładał lekcję, a nasi towarzysze sensaci8 czytywali romanse, my obaj rżnęliśmy w diabełka, albo pod ławką spaliśmy na jednym płaszczu.
Chłopak ten miał wielki spryt. Toteż kiedy jedni utrzymywali się z lekcji, drudzy z przepisywania, inni nawet z czyszczenia butów profesorom, on opłacał mundur i stancję swoim dowcipem9, bo ojciec, co prawda, oprócz starych, panie dobrodzieju, szopów i wolteriańskich zasad nic mu nie zostawił.
Nawiasem wspomnę, że Stefanek, nie kto inny, wynalazł loterię na rubla. Rozpisywał sto biletów po pięć groszy, losował, i — wygrywającemu oddawał rubla, a sam chował półtora. Chcieli go tam inni naśladować w tej sztuce, ale chłopak miał pięść, panie dobrodzieju, twardą i przy monopolu utrzymał się.
Mnie osobiście najwięcej imponował odwagą. W naszych czasach człowiek w dwudziestym roku życia nie bawił się w filozofię, ale jak i jego ojcowie w karty grał, czasem wypił, jeżeli co było, za dziewczętami, panie dobrodzieju, latał jak kot z pęcherzem, a dla strachów poszanowanie miał wielkie. Stefan zaś, o ile w hulatyce trzymał prym10, o tyle kpił sobie z żywych i umarłych, tak jak na przykład nasz kochany adwokat, co zresztą kryminału jeszcze nie stanowi.
Jednego dnia, jakoś w czasie egzaminów, zeszło się nas kilku na mojej stancji, gdzieśmy mieli pokoik pod strychem do nauki. W dzień jeszcześmy tam miętosili trochę książczyny, ale jak nadszedł wieczór ciepły, widny, taki, panie dobrodzieju, pociągający do złego... Odleciały, powiadam wam, książki w kąt! Każdy czuł, że trzeba dziś zrobić jakieś głupstwo, ponieważ jednak na to, co by nam się podobało, pieniędzy nie mieliśmy, ktoś zatem szepnął, aby iść na cmentarz...
W tym punkcie opowiadania mecenas zauważył, że wieczór robi się chłodny, uwagę tę potwierdzili dwaj inni, skutkiem czego na stole ukazały się nowe szklanki ponczu.
— No, ale może was nudzi to opowiadanie? — spytał nagle patron.
— Bynajmniej! Gdzież znowu!... — zaprzeczyli słuchacze.
— Ha! Jeżeli tak, panie dobrodzieju, to słuchajcie dalszego ciągu.
W stancyjce było nas ośmiu, lecz wyszło nas tylko siedmiu, potem na mieście zrobiło się sześciu, a na rogatce zostało tylko pięciu. Ile pamiętam, kpinkowaliśmy11 sobie całą drogę, stopniowo jednak gardła nam jakoś chrypły, dowcip zakulał na powagę, a u wrót cmentarnych skończyło się na tym, że wszyscy, z wyjątkiem pogwizdującego Stefana, zdjęliśmy, panie dobrodzieju, czapeczki, i przeżegnali się z większą, niż kiedykolwiek, pobożnością.
Szanowny mówca, zapewne dla nadania dźwięczności swemu głosowi, coraz częściej podnosił szklankę do ust, choć, jako człowiek wstrzemięźliwy, niewiele połykał od razu.
— Kiedyśmy się znaleźli za cmentarnym murem, rzetelnie powiadam wam, że nam w pierwszym momencie tchu, panie dobrodzieju, zabrakło. Cmentarz zupełnie inaczej wygląda w dzień, a inaczej w nocy...
Księżyc jakoś wtedy nie świecił, wiatr wiał... Kiedyśmy jeszcze szli prędko naprzód i każdy o własnym strachu myślał, było jako tako; ale kiedyśmy się już znaleźli na środku...
Patron znowu łyknął ogrzewającego likworu12.
— Cmentarz w porze nocnej, powiadam wam, to nie chychy!
Przed tobą groby, za tobą groby, na prawo i na lewo także groby, pod tobą resztki, panie dobrodzieju, ludzkie, a nad tobą być może rój duchów... Ten krzyż pokazuje ci, że pod nim leży, panie dobrodzieju, umarły, ten kamień, zdaje ci się, że przyciska nieboszczyka, który inaczej wychyliłby, panie dobrodzieju, na świat głowę; te drzewa i krzaki, wykarmione krwią i ciałem, pochylają się tak, jakby ci w oczy, panie dobrodzieju, spojrzeć, lub do ucha szepnąć coś chciały...
Patrząc na garbate mogiły, przypomniałem sobie kretowiska na łąkach. Co będzie, pomyślałem, jeżeli się kopce te poruszą, panie dobrodzieju, rozpadną i jeżeli uwolnieni z grobów, panie dobrodzieju, nieboszczykowie tłumem pędzić poczną około nas, uciekając z tych, panie dobrodzieju, miejsc strasznych, do których my, dzieciaki głupie, przyszliśmy samochcący?...
Mówiąc to, szanowny patron był widocznie nie tylko głębiej wzruszony od obu swoich towarzyszów, ale nawet od wszystkich razem spacerujących w Saskim Ogrodzie.
— W tej chwili — ciągnął obrońca — dzika myśl przemknęła mi przez głowę. Przypomniałem sobie, że ja mam szkielet i moi koledzy mają także szkielety, że cały ten piękny świat jest niczym więcej, tylko pokrywką, z poza której wyszczerza, panie dobrodzieju, zęby śmierć obrzydliwa.
Powiadam wam, myśli te tak mi zamąciły w głowie, że pod słowem, zwariowałbym niechybnie, gdybym w tej chwili jakiś oryginalny szelest usłyszał. Na szczęście oprócz jednostajnego szumu liści i krakowiaków, wygwizdywanych przez Stefana, nie było słychać nic...
Gdyśmy nieco z wrażenia ochłonęli, odezwał się jeden, już nie pamiętam który:
—„Więc ty, Stefek, naprawdę się nie boisz, czy tylko tak miną, panie dobrodzieju, nadrabiasz?”
—„Cha! Cha! Cha! Jak się masz głupi! — krzyknął Stefan. — Ja się boję?... Jeżeli chcecie, to wam zaraz trupią, panie dobrodzieju, głowę wykopię...”
—„I ja bym to potrafił!” — szepnął któryś.
Stefan zakipiał z rozdrażnienia.
—„No, słuchajcie! Ja zrobię to, czego żaden z was nie potrafi... Oto przyniosę wam ten krzyż spróchniały, około którego przechodziliśmy.”
—„Zgoda!”
Krzyż ów, porosły mchem i opleciony, panie dobrodzieju, bluszczem, stał o kilkaset kroków, pośród gąszczu, do którego żaden z nas pojedyńczo nie poszedłby za neapolitańskie sumy13. Stefan jednak ani się zawahał; pobiegł śmiało naprzód, a my tymczasem usiedliśmy na mogiłce.
Dziś jeszcze słyszę szelest jego kroków i klątwy, jakie rzucał, potykając się o groby. Drżałem jak listek, zdawało mi się, że Stefanowi ktoś drogę zastępuje, albo znowu, że nieboszczyk, którego przysiedliśmy, chce kościstymi i z mięsa obranymi palcami uszczypnąć mnie, panie dobrodzieju, w łydkę...
Brru...
Nagle ucichły kroki Stefana, a w mojej piersi dech... Słucham, coś puka: łup! łup! łup!... — to tak pulsa biją mi w głowie. Wreszcie i pulsa bić przestały, a wtedy rozległ się na cmentarzu suchy, przeciągły trzask, którego nawet przy śmierci nie zapomnę...
To Stefan złamał krzyżyk nadpróchniały i ciągnął ge z wielkim hałasem po zagonach grobów.
Pobiegliśmy naprzeciw. Tamci winszowali Stefanowi odwagi, a ja tymczasem obejrzałem złamaną figurę. Drzewo było sczerniałe i miękkie, a na nim blacha zardzewiała, na której z trudnością przeczytałem:
Maryja...
... t 17...
... stchnie...
... Boga.
W kwadrans potem byliśmy już przy rogatce...
Patron umilkł, a mecenas odezwał się:
— W opowiadaniu tym uważam jakiś brak. Spodziewałem się, że będzie ono cudowne, tymczasem zaś nie widzę tego...
— Przypominam koledze — odparł patron — żem ja co innego miał na myśli. Chciałem po prostu naszemu koledze adwokatowi dowieść, że ludzie zdecydowani na wszystko stają się niekiedy moralnymi bankrutami...
— Więc ma być dokończenie?
— Rozumie się.
— A zatem słuchamy. Chłopcze! Daj-no jeszcze trzy szklanki ponczu...
*
— Od owej nocy — ciągnął patron — Stefan zmienił się, jakby nie... ten sam. Nie powiem, broń Boże, aby mniej pił, albo mniej w karty grał; owszem, robił to częściej i w porcjach większych. Zmiana jednak była gorsza: z odważnego bowiem zrobił się (jakby siekierą ciął) tchórzliwy, sam spać w jednym pokoju nie mógł i często zrywał się przez sen, wrzeszcząc:
— „Maniu! Maniu!...”
W parę miesięcy później dowiedzieliśmy się, że owa Mania była jedną z pierwszych ofiar jego, że się tak wyrażę, niepowściągliwości, i że przed trzema laty zmarła.
— W tym miejscu — przerwał adwokat — pozwolę zrobić sobie uwagę, żeś kolega miał porządnych przyjaciół!...
— Niczego, panie dobrodzieju, niczego! — odparł patron i mówił dalej.
Upłynęło lat kilka.
Byłem już wtedy tym, czym jestem do dziś dnia, czyli patronem, i konkurowałem o moją pierwszą nieodżałowanej pamięci małżonkę; lecz choć stołowałem się u jej rodziców, kiedy niekiedy jednak zaglądałem do starych znajomych.
Pewnego wieczoru zaszedłem do jednej lichej kawiarenki, w której nie byłem już od półtora roku. Wchodzę, patrzę, dziewczęta te same, choć podstarzały się, ściany te same, choć poczerniały bardziej, i kanarek ten sam, choć mu ogon, panie dobrodzieju, kot urwał...
Wchodzę, witam się, i one się witają; mówię: — „Dajcie kawy!” — dają kawy; siadam na krześle i gapię się po ludziach.
Eh! Panie dobrodzieju, jakże ten świat zmienia się powoli! Goście ci sami, a choć przybyło kilku nowych, za to trzech starych umarło, a jeden się ożenił. Ubiory te same, rozmowy te same, a nawet i te same fajki, bo wówczas papierosów nie używano.
Już chciałem knajpinę opuścić, kiedy nagle weszło do niej dwu grajków: jeden mały i pękaty z fletrowersem14, drugi wysoki, czerwony i zarosły ze skrzypcami...
Siadają... Grają... Tfy! Do kaduka, a toż ten skrzypek wykapany Stefan!
Podchodzę, on sam! — „Jak się masz... — Jak się masz...” —„Co robisz?” — „Jestem grajkiem. A ty co?... —„Jestem patronem.” Od słowa, panie dobrodzieju, do słowa, kupiłem kawy, wódki, którą pasjami lubił, i dla oporządzenia, jako dawnego przyjaciela, wziąłem do siebie na noc.
Posłałem mu na kanapie, dałem koszulę i parę innych rzeczy... Gadaliśmy może do pierwszej, a potem dalejże spać, panie dobrodzieju, aż do śniadania...
Ledwiem się zdrzemnął, słyszę krzyk:
—„Maniu!... Panie dobrodzieju... Maniu! Twój krzyż!... Nie wiedziałem! Nie wiedziałem!”
Zrywam się na równe nogi, zapalam światło... Patrzę, Stefan siedzi na łóżku, z oczyma w słup, z pięściami zaciśniętymi, i ciągle jedno w kółko powtarza...
Nimem go dotrzeźwił, ranek nadszedł, a gdy na drugi dzień odprowadziłem go na Powiśle do domu, w którym mieszkał razem z pękatym fletrowersistą, ten na moje pytania krótko mi odpowiedział:
—„Co pan chcesz, to człowiek, panie dobrodzieju, nieprzytomny! W dzień dlatego, że pije, w nocy dlatego, że go prześladuje jakaś Mania, którą nie tylko, że o śmierć przyprawił, ale jeszcze krzyż jej z grobu ukradł!...”
Powiedziawszy to, patron wychylił szklankę do dna i umilkł.
Dwaj jego słuchacze byli głęboko wzruszeni: adwokatowi melancholijnie błyszczały oczy, a zimny mecenas miał na obu policzkach ciemnoamarantowe plamy.
— Dziwna rzecz! — zaczął mecenas. — Świat ten niby jest budowany po prostu. Rządzą nim niezłomne prawa natury. A jednak... są tu zagadkowe powikłania interesów. Któżby się na przykład spodziewał, że ja panom dokończę historię Stefana? Przypomniałem ją sobie w tej chwili dopiero.
— Czy być, panie dobrodzieju, może! — wykrzyknął bardziej, niżby wypadało zdumiony patron.
— Szanowni panowie! — wtrącił adwokat. — Prosiłbym o słówko ad hoc15. Przypuszczam, a nawet jestem prawie pewny, że będę mógł szanownym panom udzielić niejakich informacji co do interesującej Marii...
Zaniepokojony patron szeroko otworzył usta. Patrząc na jego fizjognomię16, można było mniemać, że człowiek ten wszystkiego spodziewał się w życiu, wyjąwszy uzupełnień do swej zajmującej historii.
— Ustępuję adwokatowi głosu — rzekł mecenas — ponieważ chciałbym mieć ostatnie słowo.
Przyniesiono znowu poncz, i adwokat tak rzecz rozpoczął: