Jasne, cholerny trupie

Jasne, kocham cię,

cholerny trupie — tak mi się powiedziało kiedyś

kiedy wychodziłam z domu, świeża, dzień lekki

i słoneczny,

i skąd to „jasne”? Czy pytał mnie wtedy? Odpowiadam

co jakiś czas, ciągle od 15 lat,

choć nie wiem, jak właściwie miałabym mu wyznawać:

wypluć gumę do żucia, przykleić do obcasa, zsunąć

kowbojski kapelusz

i ciepło, rzeczowo powiedzieć: kocham cię, na początek

mam 20 dolarów; czy dopić truciznę i ciągnąc za sobą

tren ciężkiej

sutej sukni

paść na dywan u jego stóp, łowiąc

ostatni

boski błysk jego eleganckich trzewików;

czy szarpnąć za łokieć w tangu i z przechyłu zionąć

mu w twarz:

chcę pana pragnę pana;

czy skoczyć za nim z mostu i spadając śpiewać:

kocham cię! kocham kocham —

Może był tą połówką, której brak tak boli, może

to nie on i nie ja

a tylko możliwość, trop, pokrewieństwo,

bo i ja i on

niby byliśmy osobno albo razem z innymi, ale każde

samo

z tym pragnieniem despoty, prostaczka, dandysa

mieć niemożliwe, niech koi koniecznością, zmieniać świat

swym spojrzeniem! Dostać ten diament! Więc on

eksplodował z niepokoju i z poczucia pustki,

choć był szalejącą, rozrastającą się dżunglą,

a ja i dziś myślę: Co? Mam tak stać i wyznawać miłość

i okazywać żal i gubić się w domysłach i snuć refleksje?!

Tak

się poddać, tak się dać wpasować w jakieś opowiastki,

tak — powiedziałabym — zdradzić, choć oboje

woleliśmy pojęcie zdrady niż wierności. — O, nie! Niech będzie

że to jakby oddźwięk, nawiedzenie,

niech nie wiem, kto pierwszy uderzy w ten tam-tam

żywa czy trup. Nieważne. Jedna strona hipotezy nie żyje

lub tylko jedna żyje

już nie gadać nie gadać już

kochać

1985

Solo Berkeley (solipsystycznie)

Czekałam na niego

w dolinie kamieniołomu nad morzem. Za mną

białe promieniujące skały, niżej

kamienisty, krzewiasty brzeg — na cały horyzont

słońce i świecąca woda. Nie

nadchodził.

Spacerowałam jak po estradzie: równo, biało, blask

z góry i spod stóp. Sprawdziłam zegarek: chodził. To

cykanie

wydało mi się odcięte od własnej oczywistości. Nie lokowało się

na tym pełnym widoków bezludziu. Jakby

coraz ciaśniejszym. Jakby

zwykły bieg życia

był poza zasięgiem — oplątywała mnie

paniczna, drętwa samotność. Nie widziane

nie widzi. Nie słyszane

głuchnie. Spojrzałam na zbocze — oślepiło mnie.

Nie widzę go — nie istnieje. Zamknęłam oczy:

za moimi plecami jakiś punkt

rozrastał się w gigantyczną otchłań. Odwieczna

wszystkość

wchłaniająca sens, obecność, znaczenie.

Te skały, brzeg, morze — to jej wglądówka dla mnie.

Negatyw.

To, co mi chce pokazać. Serce

roznosiło mnie na kawałki. Otworzyłam oczy. Schodził

zboczem!

Ostrożnie, skupiony, zeskakiwał z ostatnich bloków

na estradkę. Zobaczył mnie, kiwnął ręką. Ja też

kiwnęłam. Jakie świetne stworzenie! Jakie

podobne do mnie: głowa, ręce, nogi. Okulary

przeciwsłoneczne. Ja też mam takie.

Dotknęłam ich. Wszystko

przycichło, jakby tyłem wpełzało

na swoje miejsce. Złapałam oddech

i poszliśmy razem, przed siebie. Ale właściwie

to poszliśmy

przodem —

1984