Z tamtej strony

Mrużyłem oczy, nie chcąc widzieć straszliwej prawdy.

Więc znowu jestem w ręku wroga.

Nie śmiem myśleć, co się stało z żołnierzem, który nas wiózł, zacnym Jaśkiem. Nie śmiem myśleć, co będzie z Zosią.

Czuję na sobie bezustannie jej konwulsyjny uścisk. Bladą jak śmierć twarzyczkę widzę tuż przy moim łbie. Usta zaciśnięte znów milczą.

Nie! nie wolno mi poddawać się rozpaczy. Trzeba myśleć przede wszystkim o Zosi.

Obandażowane ramię dziewczynki sprawia, że zostajemy oboje skierowani na punkt opatrunkowy. Tam otaczają nas znowu obce, ale jakby mięknące na widok dziecka twarze. Podchodzą do nas dwie siostry miłosierdzia. Jedna z nich, uśmiechnięta i różowa jak lalka, zaczyna się głośno rozczulać nad Zosią. Ale doktór zwraca się do drugiej, starszej, o poważnej, surowej twarzy:

— Wy, siestrica, jedziecie jutro?

— Jadę.

— Tak coż, jeśliby z małą? A?

— A cóż. Można. Odwiozłabym ją do „prijutu61”, do znajomych „monaszek62”. Wiecie?

— Pewnie, że tak. Wam i nie z drogi nawet. Na Stanisławów jedziecie...

To słowo zelektryzowało Zosię.

— W Śtaniślawie ciocia. Zosia chce do cioci.

Zrozumieli.

— A jaka twoja ciocia dzieciątko? A jak się nazywa? — bada doktór.

Mała nie umie odpowiedzieć:

— Ciocia Mania.

Niczego wy się od niej nie dowiecie, doktorze — konkluduje siostra. — Jakiej mnie tam cioci Mani szukać? Do prijutu małą damy, tak i chwały Bożej przybędzie. Duszę zbawim niewinną.

Drżałem. Wiedziałem ja dobrze o tych prawosławnych w Polsce przytułkach. Jak żywa stanęła mi w oczach głowa o strączkowatych, długich włosach pod stosem zakąsek na przewróconym fotelu we Lwowie. Więc on jeszcze działa? Biedna Zosia!

Muszę przyznać, że myślałem więcej o niej, niż o sobie. Całą tę noc spędziłem w niepokoju i rozpaczy.

Próżno jednak łamałem głowę nad obmyśleniem ratunku powrotem do swoich. Nie! Nie widziałem rady.

Nazajutrz rano wyruszyliśmy z siestricą.

Wysilałem się, jak mogłem, na raźną i wesołą minę, aby choć trochę dodawać ducha Zosi, co siedziała nastroszona jak ptak, pod surowym spojrzeniem nowej opiekunki.

Nie szło nam jednak obojgu z wesołością. Nawet świadomość jazdy nie zdołała pocieszyć mnie tym razem. Przyszłość przedstawiała się zbyt ponuro.

Niedaleko już Stanisławowa do przedziału, którym jechaliśmy, z brzękiem ostróg i szabli wszedł młody oficer.

Coś jak sympatyczna iskierka przebiegło po mnie nagłem przeczuciem — swój!

Czemu? Skąd? Tutaj! A jednak... Mundur ułański, biały orzełek. Tak. wyraźnie.

Więc oni tu — a tamci... Nagły, krótki błysk przerażenia.

Lecz oto przypominają się długie rozmowy papierów na wozie Dziadka. Budzi się dawna pewność serdeczna z pierwszej chwili wojny:

— „Przeciw wszystkim trzem!”

I postanowienie rozumu niezłomne:

— „Z każdym, byle o Polskę!”

Dobrze jest. Dobrze, że są tu i tam. I ci, i tamci wrogów mają przed sobą. I ci, i tamci za sobą mają wrogów, a ponad sobą jedyny wszędzie i zawsze cel — Polskę.

— Daj wam Boże!

Młody ułan usiadł koło Zosi. Po krótkiej chwili był już z nami w przyjaźni. Nawet surowa twarz siestricy rozpogodziła się na widok tego młodego uśmiechu, co błyskał mu pod wąsami przy figlach z dzieckiem.

W pewnym momencie dojrzał napis na mojej obróżce. Zdumiał się, potem westchnął:

— To nazwisko i adres moich krewnych. Ba! gdyby oni nie byli gdzieś tam we Francji, odcięci! Nie byłoby z tobą maleńka, kłopotu. Ale tak, sam — nic wam pomóc nie mogę. Już tej cioci Mani aby dobrze szukajcie siestrico!

Przyrzekła.

Pożegnanie było nad wyraz smutne. Coś jak reszta nadziei odeszło razem z nim i zostawiło sam już tylko smutek. W znalezienie cioci Mani nie wierzyłem.

I słusznie. Ani ogłoszenie w miejscowym piśmie, ani zgłoszenia w urzędach nie pomogły. I oto po paru dniach pobytu w Stanisławowie mieliśmy wyruszyć dalej i tym razem beznadziejnie już — do przytułku.

Szliśmy ulicą ku dworcowi. Zosia, trzymając mnie w objęciach, dreptała obok swej przygodnej opiekunki, nie rozumiejąc oczywiście całej grozy położenia. Ja rozumiałem ją za nas oboje. Tępym z rozpaczy wzrokiem patrzyłem przed siebie, w daleką perspektywę ulicy.

I nagle... Czy to sen? Czy rozpacz wyczarowała ten najszczęśliwszy obraz z dna pamięci, aby tym bardziej straszliwość swą mi ukazać? Czy też to — prawda?

Ulicą na wprost nas idzie przyjaciel naszej podróży, ułan. a obok niego... nie! jeszcze nie mogę wierzyć oczom własnym! — obok niego — moja dawna, kochana pani — Hala! Hala z panią Niedźwiedzką. Tak jest. Nie ma wątpliwości! Te lata zmieniły ją wprawdzie trochę — wyrosła, wysmuklała — ale te dwa płowe warkocze nie mylą i te oczy śmiejące i każdy ruch znany, niezapomniany, najdroższy!

Zosia także spostrzegła. Wyprzedziła siestricę, podbiega do swego przyjaciela. Ten podnosi ją w górę razem ze mną i przedstawia paniom.

W krótkich słowach streszcza dzieje małej. Widać opowiadał je już poprzednio. Pani Niedźwiedzka słucha z zajęciem. Hala patrzy na mnie — Jedną chwilę nie dowierza, waha się. wreszcie spogląda na obróżkę, i oczy jej napełniają się łzami podwójnego wzruszenia:

— Mamo! To jest Miś!

Nie umiem opowiedzieć, co działo się ze mną przez te chwile. Wszystko przeistaczało mi się w oczach. Więc koniec złego! Bo przecie nie wątpiłem ani na mgnienie oka: wszystko rozstrzygnąć się musi szczęśliwie — od razu — albo — nie jestem Misiem.

Byłem Misiem. Znałem moją panią. Już ramionka Hali oplotły szyję pani Niedźwiedzkiej, główka schyliła się i szepce coś gorąco do jej ucha.

— Ależ oczywiście, moje dziecko! Ależ najchętniej! — mówi matka. — Jeśli tylko ta pani się zgodzi...

Krótkie porozumienie z siestricą: czy pozwoli wziąć sierotkę na wychowanie państwu Niedźwiedzkim. Mała znajdzie opiekę stałą — będzie jej dobrze. Czego szukać przytułków? Widać los lak zrządził.

W sercu siestricy toczy się walka między domniemanym obowiązkiem religijnym a rozsądkiem. Ostatni przeważa. Rada63, że dziecku będzie tu dobrze i że pozbędzie się sama kłopotu, oddaje uroczyście Zosię i mnie w ręce Hali.

Ostatnia wymiana grzeczności. Wszystkie twarze są rozradowane.

We mnie łka nieme dziękczynienie przeżytego cudu.

Teraz zdaje mi się, że lecę na skrzydłach do mieszkania państwa Niedźwiedzkich.

My, pluszowe niedźwiadki, łączymy w sobie wierność i przywiązanie zwierzęcia z wytrwałością przedmiotu.

Cóż za radość, że jestem znów u mojej pani!

Bieda tylko, że Staś tuła się tam gdzieś jeszcze na obczyźnie! Ale — toż to nie koniec dzieła! — mówiłem sobie.

Odnalezienie w Stanisławowie Hali z matką nie było właściwie takim cudem, jak mi się to z początku wydawało. Zrozumiałem później całą jasność biegu rzeczy. W moim ówczesnym życiu tylko — to był cud.

Państwo Niedźwiedzcy, zatrzymani we Francji, jako obcopoddani, zdołali uzyskać po pewnym czasie pozwolenie powrotu do kraju. Że jednak Staś, ukończywszy nauki, wstąpił we Francji do szkoły lotniczej, pan Niedźwiedzki zdecydował się pozostać z synem.

Hala zaś z matką umyśliły mimo wszystko wracać do domu.

Po powtórnym zajęciu Stanisławowa przez Rosjan dojechały aż tu i postanowiły, tak już czy inaczej, czekać na możność dalszego powrotu.

Bezpośrednio po przyjeździe spotkały się z nami.

Jakąż rozkoszą był mi ten chwilowy u nich wypoczynek.

Zasłużony! Rozbłysk między wczorajszą a jutrzejszą burzą. Powtórnie z Zosią przeżywane dzieciństwo.

Mała ma raj na ziemi.

Nazywa Halę Mamahalą i istotnie znalazła w mojej pani małą, troskliwą mateczkę.

Patrzę z radością na to szczęście, którego jestem poczęści sprawcą, i jestem z siebie rad64.

Dwom jasnowłosym główkom tak dobrze u macierzyńskich kolan!

O zmierzchu płyną nieskończone bajki.

Zapomina się o świecie, o wojnie...

I tylko czasem zakłuje niespodzianie natrętna, niespokojna myśl:

Że tu oto zrobione już wszystko. I że czas może dalej... Uszy nastawiają się same na lecące ze świata, wieści.

Pewnego ranka zdumiał mnie niezwykły wygląd miasta. Cóż takiego?

Ulicami ciągną z radosną pieśnią gromady ludzi, a nad głowami ich powiewają, niby krwawo łopocące na wichrze skrzydła — czerwone sztandary.

Naprzeciw naszych okien, z daleka widoczny na frontonie65 rosyjskiego urzędu, malowany orzeł dwugłowy wyraźnie drży. Widzę, jak zbiega go długi dreszcz, ilekroć załopoce bliżej czerwono płonąca w blasku płachta. Ach! Teraz zbliża się wprost ku niemu gromadka przechodniów. Co to? Ktoś podnosi wielki pędzel, ociekający farbą... Nie ma orła! Już na jego miejscu zawieszono czerwoną chorągiew.

Do domu wracają ludzie z nowinami.

Rewolucja! Car padł. Wielki rosyjski biały car, co słał szeregi zaborców na naszą ziemię, przeciw któremu walczyły od wieka zastępy bojowników Ojczyzny — padł.

Teraz zrozumiałem, co znaczy czerwony sztandar na miejscu dwugłowego orła: to car utonął we krwi, którą przelewał.

Radowało się we mnie serce wolnego niedźwiadka tym zwycięstwem wolności — ale niepokoiła mnie — wojna.

Jak żywy stanął mi w pamięci Griszka. I któż to teraz każe niechętnym wojować?

Przewidywałem słusznie.

Do Stanisławowa jęły66 dolatywać od frontu trwożne wieści: Armia rewolucyjna pobita. Ucieka w nieładzie. Pali, rabuje, grabi.

Straszna to była noc, kiedy szyby naszych okien zaczerwieniły się od łun, zadygotały od strzałów, grzmiących w mieście.

Hala i Zosia leżały ubrane w łóżeczkach — Mała miała mnie tuż przy sobie na poduszce.

Pani Niedźwiedzka modliła się z twarzą ukrytą w dłoniach. Kiedy podnosiła głowę, widziałem, że twarz miała białą jak wigilijny opłatek.

Co chwila wbiegał ktoś z coraz straszniejszymi nowinami:

— Już na naszej ulicy rabują! Już u sąsiadów!

Blady ranek zajrzał grozą do okien i oświetlił wybladłe, postarzałe twarze.

Przyszła chwila, kiedy i brama naszego domu zajękła pod ciosami pijanej rabunkiem tłuszczy.

Jakże głucho zajękła! Huczy jak dzwon na trwogę:

— Idą!

Nie zdołam nigdy opisać wyrazu twarzy pani Niedźwiedzkiej w tej chwili. To jedno widziałem wtedy i długo jeszcze potem, to jedno tylko widziałem.

Ale jednocześnie... Cóż to się stało w mieście? Po rabusiach poszedł nagły popłoch. Ulicą leci wyciągniętym galopem odddział znanego mi polskiego uniformu. I koniec.

Zanim zrozumieliśmy, co się dzieje — niebezpieczeństwo było usunięte.

To wracający z frontu ułani polscy obrócili oręż przeciw rabującemu miasto żołdactwu. Uratowali Stanisławów.

W ciągu dnia wpadł do pani Niedźwiedzkiej nasz młody przyjaciel.

Jakże go powitano!

Nie mogąc przemówić ze wzruszenia, pani Niedźwiedzka ściskała mu głowę. Mamahala przyprowadziła Zosię ze mną.

— A ot, przyszedłem się pożegnać, bo nas znowu na front ślą — zawołał na wstępie.

— Jezus Maria! — przeraziła się pani Niedźwiedzka — jeszcze i to!

— Cóż robić! Rozkaz. Im wolno, jak chcą, ale my musimy do końca — mówił, więcej do siebie niż do nich.

— Zosiu — zwróciła się Hala do małej. — A jakże my mu podziękujemy? Przecież on nas obronił! Cóż mu za to damy na drogę? Na wojnę — Zosiu? Co?

Mała patrzała wielkimi oczami w swego przyjaciela. I nagle zdobyła się widać na bohaterskie postanowienie. Poczułem na sobie uścisk i pocałunek tak gorący, jak może nigdy dotąd w życiu — i oto Zosia gwałtownym ruchem wręcza ułanowi — mnie:

— Zosia da mu Misia. Miś z nim pójdzie na wojnę — będzie go bronił.

Nikt nie śmiał się sprzeciwić bohaterstwu małej.

— Może istotnie przyniesie ci szczęście! — mówiła Hala.

Ułan z uśmiechem, ale wzruszony do głębi, ucałował Zosię, pożegnał się ze wszystkimi, niezręcznym ruchem zabrał mnie pod ramię i wyszedł.

Po chwili byłem zawinięty w płaszcz i przytroczony do ułańskiego siodła.

Pierwszy to raz brałem udział w ataku.

Wprawdzie zawinięcie płaszcza zasłaniało mi nieco widok bezpośredni, ależ i koniom w powozowej uprzęży nakładają przecie klapy na oczy, aby się nie płoszyły patrzeniem w bok. Była to zbyteczna wobec mnie ostrożność, rasa bowiem nasza nie należy do tchórzliwych, ale też przyznać muszę, że było czego się płoszyć.

Trzykrotnie szarżowaliśmy austriacko-niemiecką armię. Mieliśmy rozkaz osłaniania do końca odwrotu tych samych rozprzężonych pułków rosyjskich, przeciwko którym wczoraj jeszcze broniło się miasta.

— A więc wszędzie to samo! — myślałem. — Wszędzie i zawsze!

Wielka jedność polska błysnęła mi, jako rozjaśniająca błyskawica pośród chaosu strzałów, świstu wichru, piekła impetu walki.

Takie chwile, jak ta, nauczyły mnie losów polskich więcej, aniżeli wszystkie niegdyś gawędy i lekcje historii.

Ale była to straszna nauka.

Pędziliśmy jak wicher. Czułem, jak wszystko łamie się przed nami — przeszkód nie ma.

Tylko co chwila przeraźliwie spokojny głos komendy:

— Szlusuj!

To trzeba ściskać szeregi, które wyszczerbia — śmierć.

Kiedy po trzecim ataku przyszedł ostatecznie rozkaz odwrotu, pułk był zdziesiątkowany.

Mój nowy pan miał czapkę dziurawą jak sito, a na ciele parę lekkich na szczęście ran.

Wracali samotni, wbrew wszystkim i wszystkiemu, wierni obrońcy polskiego honoru.

Pod koniec przewlekłej kuracji mego pana pewnego wieczoru ktoś cicho zastukał do drzwi.

Patrzałem jak zwykle ciekawie spodwysokiej lampy, kiedy dwaj goście weszli do pokoju.

Pierwszy — tak, to przyjaciel i towarzysz broni mego pana — odwiedzał nas często — ale drugi?

Kiedy podszedł w krąg światła, o mało nie spadłem z biurka.

Toż to mój chłopiec! Stamtąd. Tak! nie mylę się. Odzież nie zdołała go odmienić. To jeden z oficerów, spotkanych niegdyś przed chatą Komendanta — tam. Najmłodszy.

Siedli przy biurku. Przez sinawy dym papierosów widzę dobrze trzy pochylone ku sobie, młode, szlachetne twarze. Mówią cicho.

Przemieniam się cały w słuch. Cóż się dzieje?

Słyszę — I nagle... Jezus Maria, co oni mówią! To nieprawda!

— Komendant uwięziony. Pierwsza brygada rozwiązana. Większość ludzi po więzieniach. Rozsypka. Źle.

— Cóż będzie dalej? — pyta mój pan.

— Ha! zeszliśmy pod ziemię, jak krety — brzmi odpowiedź. — Skrycie trza znowu iść. Wszędzie dotrzeć. Wszędzie być. Taki rozkaz.

Mówią o organizacji. O zadaniach pracy.

Pójdziemy razem.

Mój pan od dawna służył już wspólnej sprawie. W organizacjach wojskowych pracował. Stanie się teraz ważną sprężyną ruchu.

Rozmowa schodzi na szczegółowy plan działań. Ręce się uścisnęły.

W pewnej chwili czuję na sobie uporczywy wzrok gościa.

— Widzę, że i wy — odzywa się do mego pana — macie tu niedźwiadki „na szczęście”. Mnie bo to przypomina inne, lepsze czasy.

Wyciąga po mnie rękę. Och, dać się poznać!

I nagle:

— Jezus Maria! toż to ten sam! Skądżeście go tu wzięli? Czy nie wiecie, co z dzieckiem? Rany Boskie, skądżeście wy mieli wiedzieć? Szalone rzeczy! — zachodzi w głowę gość.

— Chcecie wiedzieć, co z Zosią? — uśmiecha się gospodarz.

— Co? Wy naprawdę? wiecie? No i cóż Zosia? Mówcież! Mówcie!

— A no, Miś doprowadził szczęśliwie małą do swoich państwa, a moich krewnych, Niedźwiedzkich w Stanisławowie, którzy wzięli ją na wychowanie. A mała — raz kiedyś — dała go mnie. Gdzież bo on nie był!

Westchnął na wspomnienie tamtych czasów — Po czym w krótkich słowach opowiedział dzieje nasze od chwili spotkania w wagonie.

Jak mogłem, podkreślałem słowa jego gestem żołnierskim. To był mój raport. Na końcu mruknąłem z zadowolenia.

— No i pomyślcie — dziwił się gość. — A myśmy tam za tę Zosię natrzebili kozaków. Żal się Boże! Chłopcy chcieli na gwałt odbijać małą. Ale gdzie? Wiatru w polu szukać — A to ten niedźwiadek zrobił swoje. No! no!

— Ale skąd on się tam u was wziął? — pytał teraz mój pan.

Przyszła kolej na gościa opowiadać moje dzieje w Legionach. Teraz jemu zamgliły się oczy od wspomnień.

— Ale nie wypuszczajcie już z rąk tej małpy — rzekł wreszcie, otrząsając się ze wzruszenia. — Niechże on i nas teraz doprowadzi do szczęśliwego portu.

— Jak Zosię! co?

Roześmieli się, poklepali mnie na pożegnanie i wyszli.

Nawet „małpą” nie byłem urażony.

Radość moja stała się zupełną, kiedy, dzięki szczęśliwym okolicznościom, pan mój dostał samochód i, umieściwszy mnie na koźle, zaczął objeżdżać w ten sposób szerokie drogi rosyjskie.

Pierwszy raz byłem pijany wiatrem — Zrozumiałem, co to jest pochłanianie przestrzeni. To była rozkosz.

Automobil był pochodzenia belgijskiego. Zacna, solidna maszyna, pełna najlepszych zasad.

Zaprzyjaźniłem się z motorem. Wszystkie części składowe powierzyły mi swoje tajemnice. Prowadziliśmy nieraz długie rozmowy, z których dowiedziałem się wiele.

Automobil tęsknił do kraju i twierdził, że takich dróg, jak w jego ojczyźnie, nie ma nigdzie na całym świecie. W tęsknocie pocieszało go jedynie to, że służy u nas dobrej i pokrewnej sprawie. Całą siłą bowiem swego czterdziestokonnego motoru nienawidził Niemców i pragnął powrotu do wolnej ojczyzny.

Byliśmy sobie bliscy. Rozumieliśmy się i szanowali wzajemnie.

Piękne też były nasze wspólne jazdy.

Ale najpiękniejsza ze wszystkich — ta, co powiodła nas, szalonych pędem i nadzieją, na wieść, że druga brygada Legionów przeszła na naszą stronę.

Motor pędził, jakby już był na drogach belgijskich. W uszach śpiewał wiatr najpiękniejsze marzenia.

Wszyscy troje wstąpiliśmy na służbę do Hallera67.

Aż oto radosne drogi nasze przegrodziła błękitna woda Dniepru pod Kaniowskim obozem.

Tu rozstałem się z moim panem. Poszedł walczyć w szeregach, mnie zostawiwszy na koźle samochodu.

I nie miałem go już wówczas zobaczyć — długo.

Jeszcze jedna bohaterska obrona. Jeszcze jedna klęska. I oto wyciągają się ku mnie obce, najstraszliwsze ręce.

Obóz zdobyli Niemcy.

Alianci68

Obcy ludzie w szarych hełmach obstąpili automobil.

Obcy język brzęczy ciężkim, natrętnym żartem.

Sieroctwo. Złość. Bezradność.

Brrr!

Ale żaden prawowity Miś nie zostaje długo w przygnębieniu. Zresztą mam obowiązki.

Mój przyjaciel samochód, zbyt oszołomiony okropnością losu, postanowił się zepsuć. Od godziny już nie odpowiadał na wszystkie majstrowania i próby puszczenia go w ruch. Dręczony motor odsapywał tylko, potem wstrząsał się gorączkowym szlochem — i milkł.

Była to jednak taktyka niebezpieczna.

— Jeżeli uznają maszynę za beznadziejnie zepsutą — tłumaczyłem — gotowi zostawić nas, na Bóg wie jak długo, w jakichś składach — a wtedy co?

Lepiej przeciwnie, wykazać całą sprawność, żeby jak najprędzej wysiali nas gdzieś do pracy — a świat jest taki szeroki!

Rozumowanie moje trafiło do przekonania motorowi. Wpadł momentalnie w należne, wzorowe tętno i okazał się jak najposłuszniejszem narzędziem. — Zdumienie!

W tryumfie skierowano nas do głównej kwatery.

Po drodze przyjrzałem się po raz pierwszy niemieckim żołnierzom.

Drogą sunął nieprzerwany ich wąż. Jeszcze jeden! Szare hełmy, szare mundury w kurzu gościńca sunęły marszem tak miarowym, że zdawało mi się, iż widzę szereg nakręconych maszyn, a nie ludzi.

Twardym, mechanicznym krokiem szli, niby jakieś nieznane, straszliwe stwory, z innej planety przybyłe — na zabór ziemi.

Nagły, potężny, bezduszny przewala się koło nas takt marszu:

Deutschland, Deutschland über alles!

Über alles in der Welt!69

Patrzę z przerażeniem na tę tępą moc. Więc to — to — zwycięża?

Cala moja niedźwiedzio-ludzka, polska, grunwaldzka tradycja budzi się gwałtownym odruchem.

Razem z motorem belgijskiego automobilu dygocę i podrywam się, jak do skoku.

I to w takich rękach jest w tej chwili pół świata?

Więc w takich rękach mam pozostać ja?!

Nigdy!

Czy to siła mego postanowienia przyciągnęła losy?

Czy tak była z góry znaczona droga moich przeznaczeń?

Nie wiem.

Dość, że odesłano nas bezpośrednio na zachodni front.

Jedynie dzięki wyjątkowej skrupulatności niemieckiej nie zostałem od razu rozdzielony z moim przyjacielem.

Gruby Bawarczyk, Hans, który dostał w opiekę nasz automobil, uważałby sobie bowiem ze śmiertelne nadużycie, dać naruszyć w czymkolwiek jego całość.

Opakował więc jak najtroskliwiej, co się dało, na mnie zrobił nawet specjalny, nieprzemakalny futerał, i — gotowe! W towarzystwie innych aut, aeroplanów70 i wszelakiej zdobyczy wojennej zostaliśmy załadowani do pociągu.

Droga była smutna: wszak byliśmy w niewoli. A na dobitkę taki bierny sposób podróżowania oburzał do głębi istoty tak samodzielne jak samochody albo samoloty.

— Aeroplan koleją wozić! — jęczał z oburzeniem najbliższy nasz sąsiad samolot.

— Jak to jedzie! Jak to jedzie! — wydziwiały z pogardą automobile na poczciwe, zasapane lokomotywy, stukające nieskończonym szeregiem wozów ciężarowych po szynach.

— Zabytki średniowiecza! — zadecydował samolot i popadł w futurystyczną zadumę.

Eskortował nas gruby Hans i paru innych Bawarczyków z tego samego pułku.

Na postojach śpiewali. Słuchałem z ciekawością pieśni. Najczęściej wracał długi sentymentalny refren:

In der Heimat! in der Heimat!71

Więc i oni tęsknią do ojczyzny? Ze zdziwieniem odnajdywałem w tych automatach rygoru — ludzi. Przypomnieli mi Griszkę.

— A więc i ci tak samo? — myślałem. — Po cóż tedy wszystko? Po co — wojna?

Ha! nie mnie sądzono to rozstrzygać!

Podróż nasza skończyła się aż w głębi Francji, w bezpośredniej bliskości frontu, w okolicach Marny.

Tutaj też nastąpiło moje pożegnanie z przyjacielem.

Nie zapomnę nigdy tej chwili.

Samochód dostał się na służbę oficera pruskiego. Motor aż się trząsł ze złości pod jego ręką.

W pierwszą podróż Prusak zabrał z sobą towarzysza, wracającego na front oficera artylerii. Ten niezmiernie zainteresował się moją osobą.

— Wiesz, Franz — mówił do Prusaka — to musiała mascotte’a być. Jacy ludzie głupi, co?

— Najlepsza mascotte’a — to to! — burknął Prusak i pokazał mocno ściśnięty kułak, śmiejąc się głośno.

Towarzysz jego oglądał mnie ciągle. Zobaczył obróżkę.

— Was ist das?72 — „Mis Niedzwiedzki” — zdziwił się napisem.

Prusak popatrzył.

— Do diabła! Polski niedźwiedź! Ależ zabawna bestia!

Przygniótł mnie ręką. Mruknąłem groźnie, krótko.

Roześmieli się obaj.

— Kolossal73! — zachwycał się artylerzysta, zmuszając mnie do wydawania coraz nowych odgłosów. — Umarłego by rozśmieszył!

— Jak ci się tak podoba, to go weź — zaofiarował Prusak.

— Co mi po nim?

— Weźmiesz go z sobą na balon.

— Chyba by zrobić z niego jaki użytek — namyślał się chwilę — przymocować mu do obróżki kompas albo mapę. Bo tak... Nie warto.

— Zrobisz, jak zechcesz. Mnie i tak tu nic po nim. Wstyd nawet z takim głupstwem się wozić.

— Zgoda. Dziękuję — Potem odeślę go siostrzeńcom do domu.

Masz tobie los!

Ledwo zdołałem powstrzymać mego przyjaciela od nagłego zahamowania motoru w trakcie tej rozmowy. Na cóż by się to przydało!

— Zachowaj te sztukę na moment odpowiedniejszy — przekładałem. — Napewno przyjdzie chwila, kiedy będziesz bliższy ratunku.

Sam jednak byłem wzburzony do głębi zarówno okazywaną przez Niemców pogardą, jak i obietnicą odesłania siostrzeńcom. Tego mi tylko brakowało! Niby mało miałem zmartwień bez tego!

Dojeżdżaliśmy. Nasi pasażerowie żegnali się z sobą.

— Pamiętaj, że ci naznaczam spotkanie — z tamtej strony! — zdążyłem tylko jeszcze szepnąć na pożegnanie wiernemu towarzyszowi niedoli.

W kilka dni później z umocowanym u obróżki kompasem i przywiązaną na tasiemkach dużą, złożoną, podklejoną mapą, znalazłem się wraz z moim posiadaczem w łódce obserwacyjnego balonu.

Całe szeregi takich balonów kołysały się wzdłuż frontu na wysokich linach. Niebo było pogodne. Pełnia lata.

Nastrojony byłem uroczyście i ponuro: Taka chwila! taka rozkoszna chwila — z kim?! — Podczas kiedy oficer odbierał ostatnie instrukcje, ja rozglądałem się i zaznajamiałem z otoczeniem.

Nad głową kołysała się nam olbrzymia, a dziwnie bezradna masa balonu. Łódka, otwarta zewsząd, miała kształt pierścienia z otworem w podłodze.

W pewnej chwili przez otwór ten zobaczyłem, że ziemia zaczyna się pod nami zapadać. Zabrakło mi tchu. Co za dziwo! Stoimy przecie. A jednak wszystko z piorunującą szybkością jedzie w dół.

Widnokrąg rozszerza się pod nami i zmienia do niepoznania.

Ziemia ma teraz kształt wklęsły, jak wielka, okrągła, zielona miska. Czarne rysy krają ją jak pęknięcia. Błękitna wstęga Marny błyszczy w słońcu.

Z dwóch stron długą, jak okiem dojrzeć, linią wybuchają co chwila błękitnawe dymki.

Drobne mróweczki uwijają się dokoła.

Widok jest tak dziwny i piękny, że nie mogę przyjść do siebie ze zdumienia.

Mój oficer ze słuchawką na uszach, z lunetą przed sobą, bada teren.

Zrozumiałem, że porozumiewa się z ziemią. Że kieruje obstrzałem.

Tak. Te śliczne błękitnawe pióropuszki dymków — to artyleria. Te ruchliwe mróweczki — to wojsko. A ta czarna rysa przed nami — to francuskie okopy.

A więc wystarcza podnieść się trochę w górę, aby patrzeć na wojnę jak na zapasy mrówek?

Ależ ja nie chcę! Nie chcę przeciw tamtym!

— Baczność! — zgrzytnęły nagle wyprężone liny. Balon począł się kiwać kłopotliwie w silnie dmącym wietrze, zupełnie, jak wielki, dobroduszny, zaniepokojony zwierz.

— Co się stało? — pytałem.

— Nic! nic! fałszywy alarm! — uspokoiła luneta.

— Myślałem, że już leci — martwił się balon.

— Czegóż na takiej wysokości jeszcze się bać można? — badałem zdumiony.

— On napada z góry — wzdychał balon.

Spadochron, przyczepiony do niezwykłego kroju spodni niemieckiego oficera, objaśnił mnie wreszcie.

— Balon boi się francuskich aeroplanów. Ciska taki bombę z góry i — krrach! — po wszystkim!

— A wtedy co? — pytałem zaniepokojony.

— Od tego jestem ja — odrzekł dumnie. — Wtedy się skacze z łódki, ja się rozwijam i znoszę gościa powoli na ziemię.

— Bez szwanku74? — badałem.

— Bez. Tylko, że czasem niezupełnie tam, gdzie chce. Szczególniej, jeśli wiatr zły — jak dziś — Dziś nie radziłbym nikomu skakać. Znalazłby się u Francuzów, jak dwa a dwa cztery.

Zrodziła się we mnie nagła, szalona myśl. A gdyby tak... Mam swoją mapę na plecach...

Wytężyłem uszy, czy nie usłyszę nadlatującego terkotu. — Nie.

Ale cóż z tego? Czyliż nie mogę sam?

Mój posiadacz pochyla się właśnie po coś. Wziął mnie w rękę, opiera o barierkę. Chce rozwinąć mapę.

Kichnął.

Korzystam z tego, by całą energią — wysunąć mu się nagle z ręki.

Chce mnie chwycić.

Oho! akurat! Bez przytomności skaczę w dół.

Zaczepiam się o barierkę, która chce mnie złapać. Nie daję się. Co będzie, to będzie! Przymykam trochę oczy i lecę w pustkę.

Chwilę czuję, że spadam wprost, jak kula. Wnet jednakże mapa, przyczepiona do mojej obróżki, rozwija się, tworząc idealny spadochron. — i oto zaczynam płynąć wolno, łagodnie, coraz bardziej na skos, na skos...

Silny wiatr ponosi mnie wyraźnie ku Zachodowi.

Spadochronowy pas Niemca mówił, że to wiatr zły.

Błogosławiony wiatr!

— Byle dalej! byle dalej niósł! — piszczy we mnie jedyne świadome błaganie.

W pewnej chwili widzę pod sobą błękitną wodę Marny.

Lecę ciągle.

Tracę rachubę czasu. Nie wiem już nic.

W dole jakieś okopy. Lot mój zaczyna powoli opadać.

Ląduję.

Upadek z takiej wysokości, choć złagodzony spadochronem mapy, oszołomił mnie jednak.

Kiedy znalazłem się wreszcie na ziemi, byłem na wpół przytomny. Zdawało mi się, że śnię.

Tak. To jest — dawno.

Siedzimy kołem przy stole jadalnym we Lwowie. Staś czyta głośno W pustyni i w puszczy Sienkiewicza. Słucham, jak czarne, zdumione głowy Murzynów oglądają latawiec. Białka oczu i zęby błyskają.

Nie. Nie ma stołu, nie ma Stasia, nie ma książki. A przecie czarne twarze pochylają się wciąż zdumione, a wywinięte wargi błyskają zębami.

Przytomnieję. Gdzież jestem?

Otaczają mnie istotnie czarni. Okrążyli ciasno miejsce, na którym leżę, i pokazują jednocześnie na niebo, tłomacząc gorąco:

— On spadł z góry.

Rzecz jest wzajemnie niepojęta: ani oni nie wiedzą, skąd ja się tu wziąłem, ani ja nie mogę pojąć, skąd oni?

Po chwili jednak zjawia się oficer — Francuz.

A więc jestem uratowany.

Tak. To „kolorowe” pułki francuskie. To okopy sprzymierzeńców.

Ja pierwszy zrozumiałem sytuację.

Oficer jest z kolei niemniej zdumiony, jak czarni:

Voyons! Voyons! un ours?75 Niedźwiedź? Spadł z nieba? Ah, c’est trop fort!76

Bierze mnie ostrożnie w ręce. Ogląda mój spadochron. Mapa niemiecka, sztabowa. Mimo woli patrzy w górę. Z tamtej strony, daleko, kołysze się wielki, biały balon.

Ça! Par exemple!77 — kiwa głową. — Nie, to niemożliwe. Za daleko. A przecież?

Zabiera mnie wesoło pod pachę i odchodzi.

Za nami czarni patrzą z zabobonnym strachem. Nie dowierzają stworzeniom, spadającym z nieba. Co to z tego wyniknie?

Zaniesiony zostałem do ziemianki, gdzie siedziało paru oficerów.

W dobry moment trafiłem. Była chwila stosunkowego zacisza, a pułk, do którego zaniósł mnie szczęśliwy traf, odchodzić miał nazajutrz z frontu na wypoczynek. Humory były pyszne.

Mój piastun postawił mnie ostentacyjnie na środku

— Przybysz z nieba — oznajmił.

— Co za farsa, André?

— Fakt.

Zaczęli mnie oglądać.

Oczywiście pisnąłem na przywitanie. Odpowiedziała obowiązkowa wesołość.

Obejrzeli mnie na wszystkie boki. Podziwiali pomysł umocowania na mnie mapy i kompasu. W końcu jednomyślnie orzekli, że muszę być niemiecką mascotte’ą lotniczą.

— Ładna mascotte’a, co sama idzie do nieprzyjaciela — osądził ktoś lekkomyślnie.

Byłem oburzony, ale czułem, że prawda musi wyjść na wierzch.

Jakoż zobaczyli napis.

— To nie po niemiecku! — zawołał jeden. — Co to za język? patrzcie!

— „Mis Nied — wied — ki” — sylabizował ktoś z trudem. Czy to nie po angielsku — Mis — Miss? — pytał z iście francuskim językoznawstwem.

— Nie! — zadecydował inny, bieglejszy — to coś słowiańskiego.

Un russe78 — trafił ktoś kulą w płot.

Tego tylko brakowało.

Ale i tym razem pospieszono mi z ratunkiem.

— Nie! Rosyjski alfabet inny! To chyba po polsku.

— Co się kłócić? — zakończył mój opiekun. — Spadł z nieba do naszego okopu to nasz. Francuz i koniec. Dajmy mu obywatelstwo francuskie.

Roześmiali się chórem.

— Niechże będzie własnością pułku.

— No, kiedy tak, to ja go umieszczę na liście chrześniaków — odezwał się, piszący coś na boku młody oficerek — Niech ma marraine’ę79.

— Brawo, Feliks!

— A to się ucieszy jakowaś niewiasta — no! — śmiał się, przypisując starannie i nie bez błędu na szykowanej liście chrześniaków pułku obce sobie sylaby mojego nazwiska.

Awantura!

W miasteczku, do którego skierowano nas na wypoczynek, zaczęło się wesołe, żołnierskie życie. Umieszczono mnie w oficerskiej menaży80, gdzie schodzili się wszyscy na posiłek, gawędę, gry.

Zapoznałem się tam z Anglikami i Amerykanami. Byłem ulubieńcem wszystkich — Do Francuzów moich zbliżyłem się jednak najwięcej.

Lubiłem, kiedy, otrzymawszy dobrą wieść z frontu, śpiewali chórem bohaterską Marsyliankę81. Albo kiedy, napełniwszy szklanki wesołym francuskim winem, wznosili toasty zwycięskiej Madelon:

Quand Madelon vient nous verser à boire...”82

Ale mimo wszystko czułem się trochę bezpańsko. Brakowało mi niby właściwej przynależności i zaczynałem na dobre tęsknić do swoich.

Pewnego wieczoru wpadł do menaży ten sam młody oficerek, który wciągał mnie ongiś na listę chrześniaków pułku, powiewając tryumfalnie nad głową zaklejoną kopertą.

— Panowie! — wołał. — Korespondencja naszego niedźwiedzia! Mis-Nied-wied-ki ma list od marraine’y z Paryża.

— Co pleciesz?

— Patrzcie sami: Mis Niedzwiedzki — régiment83 etc., etc. Kto otworzy?

— Jego opiekun. André, jesteście?

— Oficer, który odebrał mnie niegdyś czarnym w okopie, umieszcza mnie teraz uroczyście na środku stołu i z powagą mistrza ceremonii otwiera kopertę.

Wszyscy pękają ze śmiechu.

Czyta:

„Kochany Chrześniaku, panie Mis Niedzwiedzki! Jestem szczęśliwa i dumna, że los wybrał mnie właśnie na chrzestną matkę pana — — francuskiego żołnierza i syna bohaterskiego narodu. Znam zacną rodzinę polską pańskiego nazwiska. Są rodem ze Lwowa i syn ich jest lotnikiem. Czy to nie krewni pana?

„Wdzięczna będę za słowo odpowiedzi, a tymczasem pozwalam sobie przesłać Panu trochę przydatnych na froncie drobiazgów, a przede wszystkim najlepsze życzenia i wyrazy gorącej sympatii dla Pana i dla jego nieszczęśliwej Ojczyzny.

Laura d’Antin.

Paryż.”

— Sacrebleu!84 Pokaż! — krzyknął, przyskakując nagle do stołu mój oficerek. — Laura d’Antin. Ależ tak! Nie ma wątpliwości — to ta sama. Ja ją znam!

— To odpisz za niedźwiedzia, a tymczasem dawaj przesyłkę!

— Przesyłka przesyłką! Weźcie tam z przedpokoju, ale — na miły Bóg! — przysłużycie mi się niesłychanie! Jutro mam jechać do Paryża: wiecie! Dajcież mi zabrać niedźwiedzia. Będę miał sposobność oddać wizytę d’Antinom z tym chrześniakiem.

— Jak Boga kocham, nasz Feliks się kocha!

— Głupiś!

— Damy ci niedźwiedzia, ale przyjedź z pierścionkiem!

Posypały się żarty.

Stanęło wreszcie na tym, że jadę do Paryża.

Spełniły się wróżby, rzucone żartem Feliksowi w menaży oficerskiej:

Zabrał niedźwiedzia, a wrócił z pierścionkiem. Panna Laura d’Antin, dawna jego znajoma, kiedy zjawił się w domu jej rodziców z tak nieprawdopodobnym chrześniakiem wojennym, uczuła się w pierwszej chwili nieco dotkniętą. Dała się jednak przebłagać tym łatwiej, że sprawcę mimowolnie jej spłatanego żartu otaczała już głośna sława wojenna. Zgoda została zawarta i przypieczętowana zaręczynowym pierścionkiem.

Wyjeżdżając z końcem urlopu, zostawił narzeczonej mnie, ponieważ panna Laura była zaciekawiona związkiem, jaki mógł zachodzić między pluszowym niedźwiedziem a znaną jej rodziną państwa Niedźwiedzkich. I postanowiła mnie z nimi zetknąć.

Serdeczne zaproszenie zastało wysłane i któregoś wieczoru — czyż mogło być inaczej? — zjawili się u państwa d’Antin’ów — tak! — oni — moi: najpierw pan Niedźwiedzki, a za nim — Staś.

Patrzyłem z mojej etażerki i nie wiedziałem, na jakim świecie jestem.

Staś! Mój Staś! Niby inny w tym swoim uniformie85 lotniczym, a przecież jakże ten sam! Rozkoszowałem się jego widokiem. Rozczulało mnie jego poważne spojrzenie i męski głos, i dziecinny uśmiech. Kochałem w nim każdy szczegół. Ze wzruszeniem patrzałem, z jaką troskliwością zwraca się do ojca, którego głowa pochyliła się nieco i zbielała przez te lata wojenne.

Po herbacie panna Laura przypomniała sobie mnie.

— Mam tu ciekawego imiennika państwa — rzekła. — Muszę go zaprezentować, czy znajomy — Szybkim ruchem zdjęła mnie z etażerki86 i podała panu Niedźwiedzkiemu.

Nastąpiła chwila osłupienia.

I nagle ręce, które mnie wzięły od niej, zatrzęsły się lekko, w oczach, wpatrzonych teraz we mnie z bliska — widzę dwie duże łzy. Staś, zajęty przed chwilą rozmową w innej stronie pokoju, zbliża się teraz do nas.

Spojrzał. Na twarzy maluje mu się to samo osłupienie. Wyciąga po mnie ręce:

— Miś! Słowo daję, Miś!

Wziął mnie. Sprawdza, głaszcze, pieści, bada obróżkę.

— Miś! Miś!

— Co za dzieciństwo, prawda! — odzywa się wreszcie pan Niedźwiedzki do zdziwionych tą sceną państwa d’Antin. — Ale, widzicie państwo, to była ukochana zabawka moich dzieci. I dlatego...

Staś zwraca się gwałtownie do panny Laury:

— Ale skąd on jest u pani, tutaj? Skąd?

Panna Laura opowiada wszystko, co wie od narzeczonego z moich dziejów.

— Więc on był na tym froncie? Niesłychane!

— A jakież jeszcze dzieje musiał przechodzić, zanim się tutaj dostał — dodaje pan Niedźwiedzki. — Żeby to Hala wiedziała! Co Stasiu?

Nie przypuszczają, że Hala wie z moich dziejów to właśnie, czego oni tutaj nie wiedzą.

Na wspomnienie Hali smutnieją obaj. Brak wieści od pań niepokoi ich od zbyt dawna.

O! gdybym mógł mówić!

Panna Laura d’Antin po chwili wahania zdobywa się na postanowienie.

— Widzę, że trzeba będzie nam się rozstać, przyjacielu — zwraca się nie bez żalu do mnie. — Czas ci wrócić do prawowitych państwa.

— On się panu należy podwójnie — dodaje, zwracając się do Stasia — i jako dawna własność, i jako mascotte’a. Ręczę, że nie miał pan dotąd mascotte’y na swoim aero!

— Oczywiście, że nie — uśmiecha się Staś.

— A widzi pan. A trudno o lepszą!

I oddaje mnie Stasiowi, który ze wzruszenia ściska lekko oburącz mój brzuszek.

Mruczę pożegnanie państwu d’Antin, rozpływając się jednocześnie ze szczęścia.

Co za jutro! Co za boskie jutro!

Szczęścić aeroplanowi Stasia!

Zaczynam wierzyć, że jestem swoją własną mascotte’ą.

Po chwilowym urlopie paryskim, Staś razem ze mną powrócił na front. Służył bowiem już wówczas jako lotnik wywiadowca w polskich oddziałach we Francji.

Mimo całej radości towarzyszenia memu jedynemu, prawowitemu panu, z czasów tych zachowałem wspomnienie prawdziwego piekła na ziemi. Był to moment ostatecznej walki.

Strumienie żelaza i ognia lały się nieprzerwanie — Grozą przejmowały potworne machiny wojenne: i działa olbrzymie, i wieże strzelające i, najstraszliwsze ze wszystkiego, potworne olbrzymy żelazne, nieubłagane czołgi.

Te przerażały mnie najwięcej. Mroziła mnie ich ślepa, obojętna moc. Sunęły na czele ataków, gniotąc wszystkie przeszkody. Zapatrzone były we własną tylko potęgę, wszystko jedno przeciw czemu skierowaną. Szły jak sama śmierć.

O, jakże żałowałem ludzi!

Szczęśliwy byłem, że dano mi przeżyć te okropne chwile wysoko w górze, razem z moim panem, na tak szlachetnej jak samolot machinie.

Zaprzyjaźniłem się z aparatem od razu. Zaszczycił mnie zwierzeniami. Jakże współczułem mu, że musiał służyć celom wojennym — on — tak zapatrzony w słoneczne jutro ludzkości.

Kiedy, potoczywszy się chwilę na terenie, odrywał się od ziemi jak wielki, królewski ptak, czułem dla niego niedającą się wypowiedzieć słowami wdzięczność.

Wszystko zostawało w dole. W przestworzu, grzmiącem od szalejącej poniżej walki, byliśmy sami, wolni!

Czasem przeciwko nam leciał drugi olbrzymi, powietrzny ptak. Okrążaliśmy się szeroko wzajemnie. Coraz wyżej! coraz wyżej! Zawiązywała się walka: Dziwny turniej skrzydlatych rycerzy. My — albo on. — Uchodził.

Często kule świstały nam koło uszu. Skrzydła naszego samolotu były od nich dziurawe. Śmierć krążyła koło nas w nieskończonej pustce.

Wtedy czułem, jak serce mego pana bije gorącą myślą o Ojczyźnie.

— O, czemuż to nie tam! I ci wszyscy bracia tam na dole, ofiarni w piekle cudzych walk — dla Polski. Wszyscy oni jednacy — myślałem — wszyscy — wszędzie!

Niebezpieczeństwo jednak tylko igrało z naszym samolotem. Przez cały czas walki zły los omijał nas, jak cudem.

I przeważyło się nareszcie zwycięstwo.

Front niemiecki został złamany. Wspólny wróg padł. W Austrii i w Niemczech rewolucja.

Teraz już wszyscy trzej zaborcy Polski leżeli w prochu.

Sprawa triumfowała.

Przyszła chwila, że dostaliśmy rozkaz wycofania się z frontu na wypoczynek.

Jechałem na ciężarowym aucie, co wiozło mnie razem z samolotem Stasia. I wtedy to — w mijającym nas w drodze, długim orszaku zdobyczy wojennej, spotkałem raz jeszcze mego przyjaciela, wierny samochód belgijski.

Przy chwilowym zapchaniu drogi znalazłem się tak blisko, że zdołałem zamienić z nim kilka słów.

Był szczęśliwy.

Udało mu się tak pomyślnie zastrajkować w odpowiedniej chwili, że Prusak musiał go zostawić na środku gościńca. Teraz służy swoim. Kieruje nim żołnierz rodak — Nie wątpi, że potoczy się jeszcze kiedyś po drogach belgijskich.

Gorącem życzeniem powrotu do wolnej Ojczyzny pożegnaliśmy się wzajemnie na zawsze.