14
Kiedy ocknął się, było zupełnie jasno. Przez niewielkie okratowane okno umieszczone w górze padało białe, oślepiające światło księżyca. Pokój był mały i nie umeblowany. W snopie białego światła mieniły się kamienne kostki podłogi.
Wstał lekko i elastycznie. Dopiero teraz zauważył, że jest skrępowany. Bez najmiejszego wysiłku zdjął z ramion dziwaczny kaftan i cisnął go pod łóżko.
Księżyc świecił jasno i jednostajnie.
— Pójdę na ulicę — pomyślał Berg i zbliżył się do drzwi. Drzwi jednak nie miały klamki i były zamknięte. Wtedy podszedł wolno do ściany, odsunął ją lekkim wysiłkiem i wyszedł.
Na ulicy pochłonął go zaraz rozgorączkowany, pędzący w którąś stronę tłum, Szedł popychany przez szerokie, jasno oświetlone ulice, których nie znał. Księżyc świecił, jak wielka żarowa lampa, rzucając chłodne, silne światło.
Na rogu jakiejś ulicy uczuł pod ramieniem swoim czyjąś drobną rękę. Obejrzał się. Szła obok niego szczupła, młoda dziewczyna o miłej dziecięcej twarzy i długich, ciemnych rzęsach. Nie mówili do siebie nic. Na następnym rogu dziewczyna skręciła. Szedł za nią posłusznie, nie zadając sobie trudu myślenia dokąd idzie. Przeszli tak jedną ulicę. Na następnej dziewczyna wprowadziła go do czarnego olbrzymiego domu, oświetlonego słabo lampką naftową. Wszedł po wązkich, drewnianych schodach na drugie piętro. Otworzyła drzwi kluczem.
W szczupłym, czysto umeblowanym pokoju posadziła go na łóżku i zaczęła się rozbierać. Kiedy zdjęła koszulę zobaczył, że ma maleńkie, bardzo białe i jędrne piersi i szerokie, ładnie wykrojone biodra. Przypomniał sobie, że od dwuch miesięcy nie miał żadnej kobiety. Wziął ją łapczywie, tak jak ludzie biorą chleb w czasie głodu. Biodra miała miękkie i elastyczne, jak sprężynowe, podnosiły się i opadały rytmicznie, tak, że można było pozostawać nieruchomym, a akt odbywał się sam przez się. Brał ją jeszcze i jeszcze. Kiedy zmęczony wyciągnął się na poduszkach, zaczęła się ubierać. Wtedy zobaczył, że niema pieniędzy. Powiedział jej. Nie gniewała się. Ubrała się szybko. Powiedziała mu, że musi jeszcze iść. Wyszli. Przed bramą rozeszli się w różne strony.
Ulica, którą szedł Berg, była szeroka i pełna ludzi. Wszyscy biegli szybko, jakby zdenerwowani czymś, w jedną stronę. Aby nie być potrącanym, Berg zeszedł z trotuaru i szedł dalej ulicą. Myślał o dziwnej kobiecie, którą przed chwilą posiadł i o jej niepojętych biodrach. W pewnym momencie usłyszał za sobą przeciągły, złowrogi zgrzyt. Obejrzał się. Tuż za nim jechał tramwaj. Dotykał już prawie jego pleców. W tej chwili dopiero Berg uświadomił sobie, że idzie środkiem białych, wyślizganych szyn. Zaczął biec, ile mu sił starczyło. W bok nie mógł. Wiedział z jasną dokładnością, że jeżeli tylko postawi nogę na szynie, — poślizgnie się i tramwaj przejedzie po nim. Biegł wprost przed siebie wzdłuż szyn z szybkością dla siebie samego niepojętą, słysząc tuż za sobą złowrogi śpiew ścigającego go tramwaju. Próbował krzyczeć — bez skutku. Zaraz, musiał tu być przecież gdzieś przystanek... Ale przystanku nie było. Wreszcie zamajaczył w oddali. Berg wytężył wszystkie siły. Byle dobiec. Dobiegł.
Ale tramwaj na przystanku nie stanął i pędził dalej z niezmienioną szybkością. Tak minęli jeden przystanek, potem drugi. Nagle Berg poczuł, jak włosy jeżą mu się na głowie, a nogi odmawiają posłuszeństwa. W mózgu zamajaczył mu nagle stary, wytarty, kiedyś napisany ośmiowiersz:
To się stanie jednego popołudnia, czy ranka,
niespodzianie, zwyczajnie, tak, jak wszystko się staje,
zobaczycie, że naraz na narożnych przystankach
nie przystaną łoskotem mijające tramwaje.
Będą pędzić w podskokach, przeskakując z szyn w szyny,
długie szyje poprzecznic przewylocą, jak nurki,
zasapane, czerwone, ogłupiałe maszyny
18-tki, 16-tki, 19-tki i 4-ki...
Obejrzał się — tramwaj dotykał jego pleców. Na oświetlonej tarczy miał 18.
Mijały ich tramwaje. Na tylnym pomoście jednego, Berg zobaczył opartą lekko o poręcz Izoldę, która powiewała mu chustką.
Wtedy ostatnim wysiłkiem uczepił się oburącz wystającego ślepia latarni i zawisł w powietrzu.
Koło niego leciały jedne za drugimi długie, oszalałe tramwaje, pełne bladych, obłąkanych z przerażenia ludzi.