III

a potem pszyszły dńi,

dńi dźiwne,

pełne purpurowej grozy

i krutkie, blade, pszerażone noce.

ulicami pędźiły ćężkie autowozy

naładowane ludźmi, od bagnetuw ostre

i pełno było wszędźe lepkiej, skszepłej krwi,

jakby kto rozdarł wielką, zaropiałą krostę.

hodńikami wałęsali śę bladźi, dźiwńi ludźe

z błyszczącymi ńesamowiće, wklęsłymi oczyma

i wszystko był dźiwńe mętne,

jak w gorączce.

czas śę zatszymał.

dńi pszyhodźiły śpiące

i noce koloru khaki.

nad pustymi ulicami żażyły śę lampy,

żucając długie ćeńe białe i czerwone.

po nocah, pod eskortą, zawsze w jedną stronę

wywoźili żołńeże długie, czarne paki.

jednego rana żeki wygłodńałyh ludźi

korytami zaułkuw spłynęły na plac

i kszyk miasto obudźił:

te śćerwy!

oszukją nas władzą, kturej ńe hcą dać.

mamy ih władzę gdźeś!

nam praw ńe potszeba!

ńeh nam dadzą hleba!

my — hcemy — jeść! !

— — — — — — — —

na możu białym ćiho z dołu,

gdy pszypływ okręt muj kołysze

pszykładam ręce tubą do ust

i kszyczę:

SŁYSZĘ!!

coś śę wyrwało z pętuw tam,

kszyk zbuntowanej czarnej załogi.

czekajće, sprute mam wyłogi.

powiodę wszystkih dźiśaj sam!

na cztery strony cztery drogi,

rozkładam ręce, wszystkie tam!

hodźće tu,

wołam was, jak gustaw,

kturyh zapadłe w głąb policzki

pozwolą jasno mi policzyć

ileśće dńi ńe mieli w ustah.

czarńi, brązowi, biali braća!

zgrajo obdarta i wyhudła!

gdy nocą kśężyc wyjży z hmur,

jak szczury wyłaźiće z nur.

pełzńeće,

wlokąc nug swyh szczudła,

pod okna, gdźe pszy stołah żrą

za szybą natłoczonyh baruw

sterty kompotuw i homaruw

drańe spaśone waszą krwią

i dźiwńe oczy wam śę lśńą,

aż was ńe spłoszy kszyk zegaruw.

gdy wiatr pułnocny dżewa czesze,

pszez taśmy gur po nocy widnej

od śńeżnyh tundr do portu w sidney

widzę rozlane wasze żesze.

gdy w polah czarne ćeńe tańczą,

splątane w jeden długi łańcuh,

do miast spełzaće śę szarańczą,

śadaće ćiho w progah dżwi

czuwać nad zdrowym snem mieszkańcuw,

kturym śę wtedy w snah

majaczą

kałuże czarnej, tłustej krwi.

o braća moi wszystkih ras

z europy, azji i ameryk,

ilu was jeszcze jest gdźe więcej,

armje zgłodńałe!

nowe stany!

nastąpił czas

i świat, jak kleryk

pszyjmuje hszest czerwonyh święceń.

pujdźeće za mną dźiśaj tam,

gdźe żrą zamorskie mangustany!

— — — — — — — —

opadała na miasto mgła jeśennej słoty.

był dźeń hłodny, bezbarwny, wilgotny, jak kanał.

w mokrej mgle po zaułkah do rana

kasłały kulomioty.

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

— — — — — — —

bżuhy nasze źelone, granatowe, śine,

takie lekkie pszedźiwńe, ćężą nam, jak więzy.

w dźeń żujemy ńesmaczną słodkockliwą ślinę,

a w nocy śśemy własny zskorupiały język.

w głowie huczą nam ćągle jakieś dźiwne szmery

i straszna czczość w żołądku okropńe nas nudźi,

widźimy tylko w guże pszez okna suteryn

nogi szybko ulicą pszehodzącyh ludźi.

a nocą gdy zaśńemy strawieńi bezruhem,

poskręcawszy wyhudłe, popuhńęte członki,

śńi nam śę taki słodki prawdźiwy baumkuhen

na dźedźińcu słonecznym sąśedńej ohronki.

wyćągamy do ńego ręce pszez sztahety,

węsząc palcami prużńę, jak ssawkami macek,

a małe, czyste dźeći i białe kobiety

kładą nam w ńe pahnący ukrajany placek.

pożeramy ksztusząc śę, kawałami, gwałtem

dobre, słodkie, pszedźiwne, wypieczone ćasto...

gdźeś blizko słyhać trąbki...

... to mięćutkie auta

pszysyła po nas wielkie, dobroczynne MIASTO.