Dr Józefa Joteyko
Była przewodnicząca belgijskiego Towarzystwa Neurologicznego. Pięciokrotna laureatka paryskiej Akademii Nauk i Akademii Medycznej, Członek honorowy Akademii Fizyko-Chemicznej w Palermo. Redaktorka kwartalnika „La Revue Psychologique”, który wychodził od 1908 do 1914 r. Prezydentka jednego z kongresów neurologicznych. Członek kilku komisji międzynarodowych — dr Joteyko należy do pierwszorzędnych powag w świecie naukowym. Skończyła dwa fakultety: przyrodniczy w Genewie, medyczny w Paryżu, gdzie w 1896 r. doktoryzowała się na podstawie rozprawy La fatigue et la respiration élémentaire du muscle.
W 1898 r. przeniosła się do Brukseli, gdzie przez 14 lat prowadziła wykłady psychologii doświadczalnej a także laboratorium psychologiczne w uniwersytecie miejscowym. Współpracowniczka Instytutów Solvaya92 (fizjologicznego i socjologicznego), założyła w 1912 r. w Brukseli międzynarodowy fakultet pedologiczny. Po wybuchu wojny, w 1915 r., przeniosła się do Paryża, gdzie — pierwsza kobieta — otrzymała katedrę Michonisa, przeznaczoną dla uczonych zagranicznych w Collège de France, prastarej uczelni, założonej przez Franciszka I, a stojącej pod względem naukowym wyżej od uniwersytetów.
Jak wiemy, wykładał tam w swoim czasie Adam Mickiewicz. Drugim po genialnym wieszczu przedstawicielem Polski była dr Józefa Joteyko.
Prócz Collège wykładała jeszcze w Sorbonie i w Uniwersytecie Lugduńskim.
Naukowa kariera jej wyryła więc za sobą ślad głęboki. Wydała poza tym już przeszło 200 prac z dziedziny fizjologii mięśni i systemu nerwowego, psychologii doświadczalnej i, pedologii. Stworzyła nową zupełnie tzw. „obwodową teorię znużenia”, poświęciwszy temu zagadnieniu podstawowe i jedyne w swoim rodzaju dzieło La fatigue oraz kilka większych i mniejszych rozpraw. Niezwykle ruchliwy jej umysł nie mógł poprzestać wszakże na tym ogromie pracy naukowej. Jakaś niezmożona siła pchała ją wciąż dalej i wyżej, ku coraz nowym zadaniom. Nie odpoczywała nigdy. Nawet wyjazdy letnie, zwykle w towarzystwie przyjaciółki, uczonej przyrodniczki, dr Michaliny Stefanowskiej — połączone były z przygotowaniami do świeżo obmyślonych poczynań. Wielki dar organizacyjny odwracał na chwilę uwagę od abstraktu teoretycznej wiedzy i wprowadzał prężną wolę na drogę konkretnego czynu.
Z myślą o Polsce, tak zaniedbanej w czasie niewoli pod względem naukowych zdobyczy, stworzyła tzw. „kursy wakacyjne” na Wolnej Wszechnicy Brukselskiej. Ściągali uczeni ze wszystkich stron świata, żeby prowadzić wykłady. Ściągali słuchacze — najczęściej siły wybitne, wyrobione już w pracy umysłowo-zawodowej.
Założeniem dr Józefy Joteyko było uzupełnienie wiedzy pedagogicznej naszego nauczycielstwa, które pod byłym zaborem rosyjskim i pruskim, zduszone kleszczami zakazów, nie mogło dokształcać się i wstępować na coraz wyższe szczeble zawodu. W tym celu zwróciła szczególnie baczną uwagę na wykłady z dziedziny pedagogiki.
Weszła wówczas w życie nauka nowa zupełnie, związana z całokształtem wychowywania i kształcenia dziecka. Młody Amerykanin, O. Ohrisman, obrał ją za przedmiot doktorskiej swej rozprawy i nazwał ją „pedologią”.
Gdy na Zachodzie już począwszy od 1896 r. poświęcano jej dzieła całe i pisma specjalne, u nas jeszcze głucho było o niej. Bąkała coś prasa. Ten, ów sprowadził sobie książkę, zaprenumerował miesięcznik. Ale ogół ciała nauczycielskiego mało lub nic prawie nie wiedział. Dr. Józefa Joteyko, która przez dziesięć lat wykładała pedologię w seminariach Mons i Charleroi pod Brukselą, bolała gorącym swym sercem patriotycznym nad tym, że wykładów tych żywcem nie może przenieść do Polski. Uwzględniła je więc przede wszystkim na swoich kursach wakacyjnych, które przyciągały co rok grupy polskich nauczycielek i nauczycieli.
Po rewolucji rosyjskiej, gdy zelżały zakazy, sama niejednokrotnie przyjeżdżała do Polski i w szeregu odczytów zaznajamiała z nową nauką tych, co nie mogli jechać do Belgii.
Nieustanna była łączność jej z krajem. Mimo pracy na obczyźnie, nie przestawała oddziaływać na polską umysłowość. Pociągała siły nasze naukowe do współpracy w kwartalniku swoim. Obdarzona niezwykłym talentem popularyzatorskim, zaznajamiała podczas każdego swego pobytu w Polsce szeroki ogół z najnowszymi prądami wiedzy na Zachodzie.
Przy nawale pracy naukowej nie mogła zaciągnąć się pod sztandary czynnych feministek, korzystających z każdej sposobności, żeby wywalczyć jakąś ulgę, usunąć jakąś krzywdę, wołającą o pomstę. Jednak we wszystkich okolicznościach, przy każdej sposobności opowiadała się bądź piórem, bądź żywym słowem z katedry, z mównic publicznych — gorąco i serdecznie za bezwzględnym równouprawnieniem kobiety, zarówno w dziedzinie prawnej, jak i obyczajowej.
Żądała tego nie tylko w poczuciu sprawiedliwości, lecz także ze względu na „niezastąpioność” kobiety, która „wprowadza właściwe sobie pierwiastki do wszystkich dziedzin życia, a zwłaszcza do spraw, które zrozumieć może lepiej od mężczyzny”.
W jakimś odczycie swoim wyraziła się, że „nie walka płci, ale przymierze płci” winno być podstawą współżycia społecznego.
W kilku niedawno ogłoszonych pracach swoich wypowiedziała się kategorycznie przeciwko uprzywilejowaniu grup lub jednostek w prawie zdobywania najwyższych stopni wiedzy.
„Nie kasta, ród, majątek, płeć mają tu decydować, lecz jedynie uzdolnienia”.
„Uskarżają się nasi profesorowie uniwersytetu — mówi gdzie indziej — na to, że nadmierna ilość kobiet na studiach wyższych przyczynia się do obniżenia poziomu nauk. Jest to oczywiście możliwe, stosuje się jednak nie tylko do kobiet, lecz i do tej części młodzieży męskiej, która wstępuje do uniwersytetu bez odpowiedniego przygotowania, bez uzdolnień i istotnych zamiłowań. Jedyną drogą byłoby tu ustanowienie przy wstępie do uniwersytetu egzaminu selekcyjnego nie tylko z wiadomości, ale i z inteligencji. Tym sposobem osobniki nienadające się byłyby usunięte i z konieczności musiałyby obrać inną drogę. Cała sprawa byłaby rozpatrywana wówczas bezstronnie, nie wprowadzając przykrego i jakżeż przedawnionego fermentu antyfeministycznego”.
Kwestię tę poruszyła dr Joteyko jeszcze w 1908 r. w redagowanym przez siebie kwartalniku „La Revue Psychologique”.
Nieznana u nas była wówczas zgoła metoda badania uzdolnień drogą eksperymentalną, która w czasie wojny oddała takie niesłychane usługi przy kwalifikowaniu lotników, kierowców samochodowych, dróżników, obserwujących sygnały itp. Po wojnie dopiero zaczęto pisać o niej w prasie bieżącej. Dziełko Claparède’a w tej sprawie, przetłumaczone przez p. Marię Sokalową i wydane nakładem Ligi Pracy, rozpowszechniło zdobycze naukowe w tym kierunku. Powstały już pracownie psychofizyczne i psychometryczne. Zaprowadzono testy w szkołach. Żółwim krokiem, jak zawsze, podążaliśmy za Zachodem. Na sześć lat przed wojną artykuł dr Joteyko w „La Revue Psychologique” to jeszcze była u nas rewelacja, czytana przez kilku zaledwie wybitnych pedagogów, śledzących ruch naukowy zagraniczny.
„Poznanie uzdolnień — pisała dr Joteyko — da możność zorganizowania klas jednolitych, w których dzieci o jednakowych uzdolnieniach otrzymywać będą nauczanie odpowiednimi dla nich metodami. Później zaś od określenia uzdolnień zależeć będzie wybór zawodu, co jest dotychczas wynikiem przypadku lub kaprysu. Dziś wybrani nie zawsze należą do powołanych. A jednak w interesie zarówno jednostek, jak i społeczeństwa, leży, aby ludzie najzdolniejsi i najlepiej przygotowani zajmowali stanowiska najwyższe. Należy przeto otrząsnąć się z tej mediokracji, która nas przytłacza”.
Z chwilą Odrodzenia Polski dr Joteyko rzuciła zaszczytne katedry, żeby pracować tylko i wyłącznie dla wolnej Rzeczypospolitej.
Przez czas trwania Państwowego Instytutu Pedagogicznego wykładała tam psychologię pedagogiczną i prowadziła laboratorium psychologiczne. Po zamknięciu wykładała w Wolnej Wszechnicy. Poza tym zmobilizowała na szeroką skalę badania psychofizyczne. Wypracowała sekcję polską przy Międzynarodowym Muzeum Pedagogicznym w Brukseli. Zorganizowała współudział Polski na Międzynarodowym Kongresie Opieki nad Dzieckiem w 1923 r. Posłała referat swój, wyszukała ludzi, przynagliła ich do uczestnictwa w zjeździe, rozumiejąc, że nie powinno ich zbraknąć tam, gdzie przemawiają wszystkie ludy świata...
Żywiołowa energia jej, zapał i ofiarność dla pracy naukowej nie mają sobie równych. Prowadząc wykłady, wygłaszając odczyty, utrzymując nieustanną łączność ze światem naukowym zagranicznym, czemu daje wyraz we wszystkich swoich studiach, szkicach i artykułach bieżących, znalazła czas na redagowanie organu Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół Powszechnych „Polskie Archiwum Psychologii”, kwartalnika poświęconego zagadnieniom psychologii teoretycznej i stosowanej.
W artykule Jedność szkolnictwa ze stanowiska psychologii i potrzeb społecznych wraca do założeń swoich, głoszonych w „La Revue Psychologique” przed wojną jeszcze i powtarzanych odtąd zawsze przy każdej sposobności, że nie może być uprzywilejowania płci, rodu, kasty, majątku w żadnym przejawie życia społecznego, a tym bardziej, gdy chodzi o zdobywanie wiedzy i wyższych czy najwyższych stopni naukowych.
Wielka powaga i autorytet naszej uczonej, która mimo teoretycznych podstaw prac swoich naukowych, ujętych w ścisłe ramy refleksji, głęboko i trzeźwo patrzyła w życie, bystrą intuicją i spostrzegawczością ogarniała krzyczące potrzeby i braki społeczne — nadawała postulatom jej wagę bezsporną.
*
Odszedł od nas ten człowiek niezwykłej miary. Odeszła wszechświatowej sławy kobieta, dla której nie było warsztatu pracy w wolnej Polsce.
Zamknięto Instytut Pedagogiczny — to ukochane, wypieszczone dziecię jej myślowych założeń, jej wysiłków i dążeń w kierunku doprowadzenia polskich wychowawców do skali wymagań wielkich prądów Zachodu. Gdy zawakowała w Uniwersytecie Warszawskim Katedra Psychologii Doświadczalnej, oddano ją komuś innemu.
Bo jakżeżby kobiecie?
Rzuciła szerokie pola wszechświatowych dorobków, gdzie szła za nią sława i najgłębsze uznanie. Wróciła do „swoich”, żeby oddać im wiedzę, doświadczenie lat całych i ten pęd „roztrwaniania” siebie dla celów rodzimych. A zlekceważono jej polski „bezrozum”.
Poczucie krzywdy, tym dotkliwsze, że mocno w sobie tłumione, grążyło nadwątlony pracą i chorobą lat kilku organizm. Aż padło pod nim to bujne, nauce i trosce o „swoich” poświęcone życie.
*
Rozpłonęły nad trumną Jej światła w kościele Zbawiciela. Rozkołysały się sztandary szkół i wyższych uczelni. Poniosła się na skrzydłach pieśni do Boga dusza, która spełniła trud swój na ziemi. Ale może jeszcze nie wszystek. Może została zaródź niezrealizowanych poczynań, niewzeszłych siewów. Może jak płatki róży spłyną kiedyś niedopowiedziane Jej myśli, nierzucone wskaźniki93.
Płonął kościół. Na szarą ulicę niosło się światło i łkanie Crucifixu94.
— Kto umarł? — Czyj ten pogrzeb królewski?
Nazwisko w czarnej obwódce na murach kościoła nic nie mówiło garstkom przechodniów, którzy wstępowali poza kruchtę świątyni. Ale wszedł na ambonę ksiądz, uczeń zmarłej, i wygłosił serdeczny, mądry, płomienny Jej życiorys.
Wtedy zrozumiano, że pod wiekiem trumny legło ciało wielkiej uczonej, która rozsławiła Polskę.
Podniosły się westchnienia. Zaszemrały pacierze.
Żegnano ducha dostojnego, myśl wielką, prawą, czystą, dla której nie było wśród swoich oceny.
Więc gdy rozszumiały się na cmentarzu żałobne proporce i przyczaiły w biczyskach drzew cierpkie wichrowe skomlenia, przeszedł po nich jakby cichy szloch.
Może tej krzywdy, która w wolnej Polsce zabiła genialną Polkę?