Maria Skłodowska-Curie

To żywe świadectwo prężności geniuszu twórczego kobiety — przez samą zjawę84 swoją rozcięło węzeł gordyjski sprawy kobiecej.

Nikt już nie powie: „Umysł kobiety sięga obok, nigdy do dna wiedzy”. Bo kobieta właśnie wydarła ziemi najgłębszą tajemnicę: może duszę, może intelekt, może motor życia — światło, które świeci i nie gaśnie — wieczność.

Nad czym biedziła się ludzkość, tego dokonało cichutkie niegdyś, zamknięte w sobie, jasnowłose, niebieskookie polskie dziewczątko, któremu wróżki wsunęły na palec pierścień zaczarowany.

Życie wielkich ludzi bywa jak bajka. Tylko w bajce pierścień czarodziejski obraca się nagle i szary Kopciuszek sam nie wie, kiedy staje w olśnieniach pałacowego przepychu. A mędrzec po latach znoju, męki, wytrwania dochodzi do swoich Sezamów i nie zatrzymuje się, bo iść musi wciąż dalej, a dalej, szukać, nieść ludzkości pełne ręce nowych darów.

Marię Skłodowską pamiętam za lat jej bardzo młodych. Wiecznie zamyślona, błękitnymi oczami szukała prawd swoich w sobie. Zdawało się, że nie widzi, nie słyszy nic dokoła.

Chodziłyśmy równocześnie na prywatne wykłady historii filozofii Adama Mahrburga85. Miała kajecik. Notowała trochę sennie, od niechcenia, ot, jakby tak sobie. Jednak skrypty jej, nie stenograficzne, były najdoskonalszym, prawie dosłownym streszczeniem wykładów i przechodziły, podziwiane, z rąk do rąk.

Miała wtedy może lat 18. Marzyła o uniwersytecie, ale pierścień wróżek nie poruszał się na palcu. Oczy tylko patrzyły w głąb siebie i szukały prawd swoich. Aż znalazły trzy:

Wytrwałość — pracę — cierpliwość.

Wzięła miejsce nauczycielki prywatnej. Po kilku latach zebrała maleńki fundusik. Pojechała do Paryża na studia.

Pierścień drgnął.

W mansardzie86 na V piętrze już roiły się sny górne. Już wolno, wolniuśko zaczęły wróżki obracać pierścień.

Pierwsze odkrycia — polon, aktyn, hel87. I błyski coraz jaśniejsze. Pierścień wiruje.

Ma lat 29. Już znana w świecie uczonych, poślubia idealistę, marzącego o wyzwoleniu ludzkości, prof. Sorbonny, Piotra Curie, który dzielił studia swoje między mineralogię, optykę i elektryczność.

Wróżki szepczą do ucha młodej pani dziwy nad dziwami. Pierścień mocno wibruje.

Skłodowska-Curie jest na tropie odkrycia radioaktywnych promieni. Zwierza się mężowi. Pociąga go do badań swoich.

W mizernej szopie klecą naprędce za własne pieniądze prowizoryczne laboratorium i pracują dniem, nocą oboje.

Przychodzą na świat dwie córki88. Sama, bez służącej, bo pensja profesorska (300 franków miesięcznie) nie starczy na zbytek obsługi, zajmuje się młoda uczona gospodarstwem i dziećmi, coraz biegnąc do szopy, w której miała objawić się wielka tajemnica.

W 1898 r. rozgłosiły telegramy całej kuli ziemskiej o wynalezieniu przez pp. Curie tzw. radu (radium), który — rozpalony sam w sobie — świeci ciągle, nigdy nie gaśnie i nie ubywa, mimo że płonie bez przerwy.

Przyszły nagrody Nobla89. Przyszły wielkie złote medale, milionowe dary na zakupy radu.

Pierścień wróżki wykonał pełny obrót. Szopa-lepianka zamieniła się w pałacowy Instytut z ulicami dokoła — wszystko imienia pp. Curie.90

Wprowadziła uczona polska wraz z mężem swoim ludzkość w tajemnicze głębie nadzmysłowego poznania.

Lecz za późno, żeby olśnienia radości były, jak niebo jasne. Nie mogli dzielić ich pp. Curie oboje. Piotr Curie zmarł 1906 roku, najechany — w wiecznym swym zamyśleniu — przez ciężarowy samochód91. Wdowa objęła po nim wykłady w Sorbonie i prowadzi nadal badania, odsłaniające światu coraz nowe widnokręgi wiedzy.

Francja przyznała jej 400 000 franków pensji dożywotniej. Czci ją świat cały. Doznaje hołdów, jakich przed nią nie otrzymywał żaden chyba uczony. Jest pierwszą kobietą, najgenialniejszą w korowodzie geniuszy.

Ale zwycięski pochód sławy nie porwał jej w otchłań zewnętrznych rozkoszy życia. Zmęczone oczy patrzą zawsze w głąb własnego ducha i ciągle, ciągle szukają.