Kazimiera Bujwidowa

Byt polityczny Polski pozwolił kobiecie tylko w byłej Galicji stanąć do walki czynnej o równe prawa. Tam też prowadziły ją w ścisłej ideowej łączności z Warszawą najwybitniejsze działaczki z końca XIX wieku, bądź stale, bądź czasowo zamieszkałe w Małopolsce Zachodniej i Wschodniej.

Bujwidowa była jedną z najśmielszych, najbardziej nieustraszonych partyzantek ruchu kobiecego. Walkiria122, której nie zmogły najzawziętsze prześladowania wrogich obozów, najzuchwalsze podjazdy i otwarte ataki prasy, najtwardsze kłody, rzucane pod nogi w marszu na przełaj po przez kolce i zasieki nieustępliwych przesądów.

Trzęsły się różne „Śmigusy”, „Diabły”, „Głosy narodu”. Huczało od niewczesnych konceptów. „Bujwidowa organizuje składkę na pieluszki dla studentek, którym się wydarzył przypadeczek”... Fruwały karykatury, plotki, bezecne potwarze. A ona szła swoją drogą ognistą z bronią słowa i wiarą w hasło rzucone.

Gimnazistki, studentki, absolwentki, licencjantki, doktorki, docentki dzisiejsze, jak wy nic nie wiecie i nie myślicie o tym, co było!...

Zdaje się wam, że ot, pewnego jasnego południa otwarto przed wami na ścieżaj drzwi męskich uczelni. Weszłyście przez nie z hardym uśmiechem, jakby to była wasza zdobycz i konieczność waszych czasów. Narzekacie na mękę przedmaturalną, na wystawanie w ogonkach przy zapisach do uniwerku, na zbyt lub mało uprzejmych kolegów. To jedyne trudności tych z was, którym ojciec, matka, brat, życzliwy wujaszek albo lekcje opatrznościowe zapewniają utrzymanie. Wchodzicie do auli, jak na spacer. Profesor X uśmiecha się przyjaźnie. Profesor Y nie widzi was wcale i zaczyna wykład ostentacyjnie od „Szanowni słuchacze!...”. Jeszcze inni „czepiają się” przy egzaminach. Ale bądź co bądź jesteście, uczycie się. Wrota szeroko rozwarte. Nikt nie ma prawa zabronić wam wejścia.

A Bujwidowa marzyła o medycynie i miraż na zawsze został mirażem... Niezrealizowane porywy i dążenia osobiste były jak ten lont pod przyczajone miny aspiracji, rojeń, tłumionych westchnień tysiąca kobiet.

W 26 roku życia przyjeżdża do Krakowa już jako matka trzech córek i z myślą o nich, a wraz z nimi o całym ogóle dziewcząt polskich, wstępuje w bój zapamiętały. Przede wszystkim z profesorami o dopuszczenie kobiet do studiów na wszechnicy jagiellońskiej. Jeden z nich odgraża się, że „prędzej mu włosy na dłoni wyrosną, aniżeli na medycynę wstąpi jakakolwiek studentka”.

Ten sam profesor jako dziekan musiał podać tę dłoń, mimo wszystko nieowłosioną, córce Bujwidowej, Kazimierze Rouppertowej, gdy ta skończyła medycynę we Lwowie.

Inny profesor, tym razem krakowski bardzo ceniony i poważany, nie wzdrygnął się przed denuncjatorskim listem do lwowskiego kolegi. „Czy wiesz, że Bujwidówna straciła prawo do studiowania medycyny, gdyż wyszła za mąż za Królewiaka123?”.

Ta walka o prawo do wyższej wiedzy, o zniesienie upośledzeń, o szerszy dech dla płuc, duszących się w zakazach — to były pierwsze etapy pracy nad równouprawnieniem kobiet w Polsce pod byłym zaborem austriackim. Podstawę realną stanowiło założenie gimnazjum żeńskiego przy serdecznej pomocy profesorów: Bujwida, Cybulskiego, dyrektora Bronisława Trzaskowskiego i doktora Adolfa Grossa. Następnie zaś pomoc materialna dla Polek w wyższych uczelniach zagranicznych przez udzielanie im stypendiów im. Kraszewskiego. Po otwarciu dla kobiet wszechnic lwowskich i krakowskich zapomogi objęły również i studentki krajowe.

Wielkie boje toczyła Bujwidowa łącznie ze śp. Ramułtową i Dobrowolską o wychowanie „wolnej, żywej duszy młodego pokolenia”. Ówczesny namiestnik Galicji, Potocki, wezwał prof. Bujwida, jako urzędnika państwowego, aby go zawiadomić, iż „mieszanie się jego żony do spraw szkolnictwa musi być ukrócone”.

Praca w Towarzystwie Szkoły Ludowej, starania o wybudowanie polskiej szkoły w Białej, jako granicznej placówki walki z germanizacją naszych dzieci. Budowa domu polskiego w Morawskiej Ostrawie, jako ostoi przeciw germanizacji i czechizacji robotnika polskiego. Prowadzenie III Koła Towarzystwa Szkoły Ludowej, jako propagandy oświaty pozaszkolnej przez bezpłatne wypożyczanie książek oraz odczyty i wykłady popularne. Założenie i prowadzenie Uniwersytetu Ludowego w Krakowie wespół ze śp. Bronisławem Urbanowiczem — to był trud niezmożony a niezbędny, dojrzałych lat życia Bujwidowej. Podejmowały go czasu niewoli te działaczki społeczne, które wiedziały, że trzeba budować przyszłą wolną Polskę od podstaw, nie stracić chwili czasu i... nie zaoszczędzić ani jednego prężnego wysiłku, choćby kosztem najcięższych ofiar osobistych.

Rozumiały wszystkie, że muszą walczyć o lepsze jutro. I to też było nicią przewodnią wszelkich poczynań Bujwidowej. Szła najeżoną kolcami drogą ku udostępnieniu jak najszerszemu ogółowi możności wyzyskania pełni życia przez zapewnienie pełnego rozwoju umysłu.

Ale to jeszcze nie było wszystko. Działa się krzywda. Druga połowa ludzkości, kobieta, ten równorzędny czynnik w życiu gospodarczym i społecznym, podpora rodzin, strażniczka zniczy — nie miała praw obywatelskich. Musiała milczeć, gdy wrzały wulkany zagadnień.

W 1896 r. staje Bujwidowa na czele tych, co wysyłają pierwszą petycję do sejmu lwowskiego o zniesienie pełnomocnictwa w wyborach124. Żądania skromne na razie, ale sięgające z czasem coraz wyżej, coraz dalej.

Artykułami w prasie, przemówieniami na wiecach i zjazdach popiera tezy swoje. Ale obok zewnętrznego, formalnego równouprawnienia kobiety żąda wewnętrznego jej odrodzenia. Wie jednak, że to nie może nastąpić bez odrodzenia mężczyzny, bez przewartościowania tezy podwójnej moralności, która jest jego bronią niezawodną wobec opinii społecznej.

Wyszła w tym czasie Narcyza Zofii Nałkowskiej i jakaś powieść Bohowityna-Niedźwiedzkiej i jeszcze parę innych, których bohaterki oddają się wolnej miłości, uważając czystość kobiety jako cechę niewoli. W odpowiedzi rzuca Bujwidowa broszurę U źródeł kwestii kobiecej (wydawnictwo „Steru” Reinschmitowej), podnosząc protest przeciw takiemu ujmowaniu zasadniczych kanonów stosunku płciowego. Niejednokrotnie później jeszcze usiłuje walczyć o czystość uczuć kobiety i to upragnione odrodzenie się jej wewnętrzne. Ale po latach dochodzi do wniosku, że w tym kierunku nie udało się jej postąpić ani kroku naprzód. Wczorajsza i przedwczorajsza, a tym bardziej współczesna kobieta nie umiała wychować mężczyzny w zachowaniu bodaj pozorów szacunku dla czci jej niewieściej.

„Bachantkę125 czy gołębicę rozbiera do naga wzrok ciała jej chciwy. Westalce126 czy kurtyzanie śle pocałunki łakomej, lubieżnej chuci” — powiedział kiedyś, przez usta jednego z bohaterów Płomieni127, Stanisław Brzozowski128.

I powtórzyłby to dziś twardziej może jeszcze, dobitniej.

„Polska zrealizowała dużo postulatów ruchu kobiecego, dając przede wszystkim czynne i bierne prawo wyborcze. Olbrzymia masa kobiet we wnętrzu własnym jednak pozostała dotąd taka sama jak dawniej” — mówi dziś Bujwidowa.

I to napełnia ją gorzkim zwątpieniem. Ją — która nie umiała wątpić.