Maria Turzyma
„Było to w jesieni 1892 r. Jak każda roślina przesadzona do nowego gruntu, przechorowywałam przeniesienie z Warszawy do Krakowa. Pewnego popołudnia zjawiły się u mnie dwie panie. Podejrzliwie i nieufnie rozpoczęłam z nimi rozmowę. Okolicznością wielce pomocną do rozpędzenia niechęci mojej był ich wygląd zewnętrzny”.
Niezwykła piękność Marii Turzymy i Marii Siedleckiej usunęła nieprzychylną oschłość Kazimiery Bujwidowej, która w swojej Garści wspomnień sama opisała to pierwsze spotkanie z wybitnymi działaczkami Krakowa129.
Piękne kobiety wciągnęły Bujwidową do Koła Pań Towarzystwa Szkoły Ludowej. Niezmordowana trójka zdobyła sobie wkrótce miano najnieustępliwszej, najnatrętniejszej, dokuczliwej „śruby podatkowej”, która zatruła życie niejednemu obywatelowi, zaciskającemu mocno worek dochodowy — ale zrobiła swoje: nauczyła dawać grosze na cele konieczne.
Między triumwiratem zawiązały się stosunki serdeczne. Z kolei Bujwidowa wciągnęła przyjaciółki, zwłaszcza Turzymę, do piorunowej akcji na rzecz otworzenia przed kobietą wyższych uczelni, a przede wszystkim unormowania programu średnich szkół żeńskich tak, aby odpowiadał programowi męskich gimnazjów. Kto znał Turzymę, ten wie, jaki zapalny był jej temperament. Lont podłożony pod minę nie mógł wywołać większego wstrząsu. Krzywda kobiet, nagle, bez pardonu rzucona jej przed oczy, ocknęła ją jakby z letargu duszy, która w niewiedzy przespała swój krótki sen życia. Zebrała się w sobie, siłaczka, i przystąpiła do walki, ostrej, bezwzględnej, zaciekłej. Pióro i żywe słowo, gromkie, niepokojące, nieustępliwe były jej mieczem. Sypały się artykuły do pism. Biegły ulotki. Zdobyła sobie szybką popularność odpowiedzią na gromowładny wypad prof. Rydygiera pod hasłem: „Dopóki w Mydlnikach słowik śpiewa i żer do gniazdka przynosi samiczce, dopóty ja w potrzebę wyższego wykształcenia kobiet nie uwierzę”. Cięcie rapierem w samo jądro sprawy zaważyło zarówno na opinii sfer uniwersyteckich, jak i szerokiego ogółu — twierdzi Bujwidowa.
Nie zaspakajała żywego pędu propagandy stycznego Turzymy jednak działalność wyłącznie publicystyczna. Zaczęła pisać nowele i książki na temat „Wyzwalającej się kobiety”. Wygłaszać odczyty, pełne tego zachłannego, nerwowego patosu, który wezbraną falą cisnął się pod pióro i wlewał w każde przemówienie. Ale i to nie mogło być ostatecznym wyrazem potrzeby działania. Bez namysłu — starczy pieniędzy, czy nie — podjęła wydawnictwo pisma kobiecego, które sama redagowała i sama przeważnie wypełniała odezwami swymi, artykułami, polemiką.
Szał walki o równe prawa kobiet dochodził wówczas w Małopolsce Zachodniej i Wschodniej prawie do zenitu. Zwoływano wiece. Urządzano zjazdy, na które chyłkiem przedostawały się działaczki z Kongresówki. Zgłaszano petycje do Sejmu Krajowego we Lwowie. Zbierano podpisy, wysyłano delegatki. We wszystkich poczynaniach, w całej tej ruchliwej, rozpędzonej akcji żywy udział brała Turzyma. W 1905 r. jedzie do Lwowa, wydelegowana przez Zjazd Kobiet polskich w Krakowie z odezwą o prawo głosowania dla wręczenia jej namiestnikowi Potockiemu. Przedtem jeszcze (1891 r.) należy do grupy kobiet, które zebrawszy 4000 podpisów, wysłały do Rady Miejskiej we Lwowie petycję również o prawo głosowania. Zabiegi te, a także cały szereg późniejszych, sprawiły, że Stronnictwo Demokratyczne włączyło do programu swego paragraf przyznający kobiecie pełnię praw obywatelskich i politycznych, żądający reformy prawa małżeńskiego i zrównania praw żony z prawami męża. Również dzięki tym zabiegom tylko ukazał się „List otwarty” Ignacego Daszyńskiego, zapewniający poparcie dążeniu kobiet do równouprawnienia.
„Nowe Słowo” Turzymy, które wychodziło przez lat: cztery (1902–1905) było żywym oddźwiękiem wszelkich zamierzeń, poczynań i dokonań emancypacyjnych. Jako zbiornik sprawozdań z każdej poszczególnej i zbiorowej akcji, każdej wiecowej uchwały, każdej petycji z jej pośrednim i bezpośrednim wynikiem — stanowi obok „Steru” Kuczalskiej-Reinschmitowej bezcenny materiał dla przyszłych dziejopisów ruchu kobiecego.
Wierną jego służebnicą była Turzyma do chwili, w której pęd wojny nie zmienił koryta ludzkich działań. Stanęła wówczas w szeregach politycznych działaczek i z tą samą zachłannością, z jaką pracowała dla oświaty ludu polskiego, z jaką dźwigała problemat wyzwolenia kobiety — oddała całą siebie na usługi Legionom i wszystkim z konieczności wojennych wypływającym sprawom, których metą, celem ostatecznym, błogosławionym drogowskazem była:
NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI.