Maria Dulębianka
Pamiętam ją. Wysoka, szczupła, koścista. Ruchy prawie męskie, a słodkie, zadumane, kobiece spojrzenie spod szkieł na oczach. Pamiętam ją z czasów I Walnego Zjazdu Kobiet Polskich w Warszawie, którego honorową przewodniczącą była Maria Konopnicka, a jedną z referentek w sprawach kobiecych Dulębianka.
Przyjęciom i owacjom na cześć tych dwóch kobiet nie było końca. Podwieczorki, rauty, wczesne i późne herbatki. Przesuwało się to jak w kalejdoskopie podczas pamiętnych dni czerwcowych 1907 r., kiedy po raz pierwszy z wielkiej trybuny publicznej (sala Filharmonii) padły w byłej Kongresówce hasła równouprawnienia obu płci, wygłoszone przez dostojną poetkę polską, która stała u szczytu sławy.
Za gośćmi lwowskimi przyszedł ten szeroki dech kresowy, który targnął Warszawą. Konopnicka zelektryzowała tłum słowem jak z granitu wykutym. Dulębianka, upatrzona już wtedy na pierwszą posłankę do Sejmu Krajowego we Lwowie, zwracała powszechną uwagę.
W kilkanaście miesięcy potem, jesienią 1908 r., połączone stowarzyszenia we Lwowie: Ognisko dla Kobiety, Komitety Równouprawnienia, Komitet Postępowych Kobiet Polskich, Stowarzyszenie Kobiet narodowych i Katolickich wysłały do Sejmu petycję o reformę wyborczą, a w lutym tegoż roku zwołano pod przewodem Konopnickiej i otwarty jej mową wiec, ma którym jawnie już i publicznie Dulębianka została przedstawiona jako kandydatka do posłowania z ramienia Komitetu Równouprawnienia Kobiet, popartego przez Stronnictwo Ludowe. Na zebraniu przedwyborczym 28.11 padło w głosowaniu próbnym 511 głosów za projektowaną posłanką, co wywarło wielkie wrażenie i wzbudziło zapał do walki, którą z młodszych sił kobiecych prowadziły wytrwale: p. Jadwiga Petrażycka-Tomicka, dr Felicja Nossig, p. Strzelecka-Grynberg, Gerżabkowa i inne.
W sali Towarzystwa Pedagogicznego wypowiedziała wówczas Dulębianka przed tysiącami słuchaczy wielką swą mowę programową, przekonana zresztą, że jej wybór w danej chwili jest utopią jedynie, sfery rządzące bowiem nie rozumiały jeszcze znaczenia kobiety jako czynnika społeczno-politycznego.
Umiera po długiej chorobie serca Konopnicka. Ciężki ten cios mógł był zdusić wolę czynu przyjaciółki. Widzimy jednak wkrótce, jak ze zdwojoną energią walczy znowu o zdobycie praw kobiety. Jak w czasie przeprowadzania reformy sejmowej podejmuje ankiety, wywiady z posłami, urządza pochody kobiet do sejmiku, stając na ich czele, jedzie w delegacji do Wiednia i na Wielki Kongres Federacji Związków Równouprawnienia Kobiet w Budapeszcie. W 1911 r. — pisze Anna Lewicka w doskonałym życiorysie Dulębianki130 — utworzyła pierwszy komitet wyborczy do Rady Miejskiej, który protestuje przeciw głosowaniu mężczyzn w zastępstwie za kobiety. W 1913 r. zawiązuje Ligę Mężczyzn dla Obrony Praw Kobiety, Ligę, do której weszli najpoważniejsi posłowie z rozmaitych stronnictw. Wygłasza szereg odczytów, przemówień na wiecach i zjazdach we Lwowie, Krakowie i miastach prowincjonalnych. Pisze artykuły i broszury (najważniejsza z nich Polityczne stanowisko kobiet i Stronnictwo jutra). Tworzy Komitet Obywatelskiej Pracy Kobiet z szeroko zakreśloną działalnością. Redaguje w latach 1911–1914 „Głos kobiet”, dodatek do „Kuriera Lwowskiego”, popierając w nim sprawę równouprawnienia. Organizuje pierwszą budowlaną spółkę, żeby stworzyć dom im. Konopnickiej dla samotnie pracujących kobiet. Wszystkie te roboty prowadzi aż do wybuchu wojny.
I tu zaczyna się nowa karta jej działalności. Zrozumiała, jak zresztą wszystkie nasze tzw. „feministki”, że kończy się ich walka tam, gdzie idzie o całość państwa, o byt jego, niepodległość, odrodzenie. Jedna z pierwszych, mimo skończonych lat 53, wstępuje do strzeleckiej organizacji kobiet, odbywa ćwiczenia, zbiera fundusze, staje w Komitecie Obywatelskim, przyczynia się do stworzenia służby kurierskiej kobiet. Po zajęciu Lwowa przez wojska rosyjskie — prawa ręka prezydenta Rutowskiego, powołuje do życia cały szereg instytucji ratowniczych dla nieszczęśliwych mieszkańców miasta. Ona, która nigdy nie zajmowała się życiem gospodarczym, bierze w niestrudzone swoje ręce organizację kuchni, herbaciarni, sklepów spożywczych, czuwa nad ich rozwojem i udoskonaleniem. Zakłada warsztaty szewskie, krawieckie, szwalnie. Otwiera przedszkola dla dzieci, gdzie karmi tysiące głodnych maleństw. W 1917 r. zostaje Inspektorką Miejskiego Urzędu Ogólnej Opieki nad Matką i Dzieckiem. Schodzi do mrocznych suteryn, w głąb dzikich zaułków, odludnych przedmieść. Widząc rozwałęsanych uliczników, stwarza klub dla nich. A mimo tego trudu bezmiernego nie spuszcza oczów z wypadków politycznych. W 1918 r. przeciwstawia się niefortunnemu pomysłowi Enkaenu131, dążącemu do obwołania Karola Franciszka królem polskim. Zwołuje wiece, gromi obłudną politykę Austrii, ostrzega przed nią. A gdy w Huszt uwięziono legionistów132, z ostrym protestem, bez paszportu, bez żadnej legitymacji jedzie do Warszawy, wręcza jednemu z członków Rady Regencyjnej133 memoriał piętnujący nieudolność Rady i bezwład w obronie spraw Polski.
Przychodzą dni najcięższe — walka z Ukraińcami, rozpasaną dziczą, bez sumienia, bez cienia humanitarnej ideologii. Walka pod hasłem: czyj ma być Lwów! Szły na całą połać kraju, chwilowo bezpańskiego, mordy, okrucieństwa, piekło, głód. Powstał Tymczasowy Komitet Rządzący, który postanawia nieść pomoc więźniom i zbadać położenie ich na szerokim trakcie tarnopolskim. Do delegacji pod osłoną Czerwonego Krzyża zgłaszają się trzy kobiety: Maria Dulębianka, Teodozja hr. Dzieduszycka i Maria Opieńska.
Pociągi nie kursują. Auta przewozowe chodzą rzadko. Trzeba wyczekiwać w polu godzinami na mrozie. Noclegi u wrogich, zaciętych popów. Jednak mocarny, triumwirat nie ustaje. Dociera do wszystkich obozów. Zatrzymuje się w każdym szpitalu, wszędzie stwierdzając niemożliwe warunki bytu i bardzo zły stan jeńców polskich.
Ze szpitala tyfusowego w Mikulińcach wracały trzy sanitariuszki w kocach od zakaźnych. Duży szmat drogi musiały przejść pieszo pod eskortą ukraińskich oficerów i trębacza, dającego znać, że to wysłanki Czerwonego Krzyża.
Padały ze znużenia. Jednak Dulębianka, dotarłszy do Lwowa, natychmiast zabrała się do pracy w biurze Ochrony Dziecka i Poradni dla Matek. Lecz duch tęgi nie zdołał ujarzmić sił fizycznych. Pada jak żołnierz na stanowisku, zmożona ciężką chorobą.
Zmarła na tyfus 7 marca 1919 r.
*
Pracy polityczno-społecznej oddała całą siebie — talenty swoje, zdrowie, życie i wszystkie upodobania intelektualne.
Była malarką. Kształciła się w Krakowie u Matejki, w Wiedniu pod kierunkiem Horowitza, wreszcie w Monachium i Paryżu, gdzie dwukrotnie otrzymała „mention honorable”134 i wraz z Olgą Boznańską135 była zaliczona do najlepszych uczennic. Słynny portrecista, Lenbach136, prof. honorowy Akademii Wiedeńskiej, wyróżniał ją i przepowiadał jej wielką przyszłość. Ten zapatrzony w siebie tylko twórca, skąpy w pochwałach, pogardliwy dla innych, stanąwszy przed jakimś jej obrazem, zawołał entuzjastycznie: „Mais c’est superbe! superbe!”137.
Malowała impresje nastrojowe i portrety. Krytycy, nawet surowy, nieubłagany Stanisław Witkiewicz138, byli dla niej z wielkim uznaniem139.
Zdusiła w sobie ten talent. Zdusiła zdolności muzyczne (grała na skrzypcach, podobno z wielkim uczuciem). Zdusiła tupet pisarski. Pamiętamy nowele jej, pełne temperamentu i bystrej spostrzegawczości. Pamiętamy artykuły, polemiki, broszury, ulotki, sypane w nagłej potrzebie. Wszystko rzuciła dla tych bezprzykładnych, nadludzkich wysiłków, które jak zdrowy jeszcze kwiat jesienny podcięły jej życie.
Rada miasta Lwowa uczciła pamięć bohaterki, nazwawszy jej imieniem i nazwiskiem jedną z ulic śródmieścia. Pochowana została na cmentarzu obrońców Lwowa, tam, gdzie leżeć powinna.
Niezmożonym jej trudom chwała i cześć!