1 grudnia, wtorek

Wszystkie moje myśli obracają się teraz dookoła Krakowa. Pośrednio otrzymałem wiadomość od moich najdroższych, że przed dwoma tygodniami byli tam jeszcze i uzyskali prawo pozostania w mieście. Dziś miałem ponowną wieść, daty jeszcze świeższej, bo z 19 listopada. Żona moja podobno dostała nawet skądsiś nieco grosza. Jestem spokojniejszy i prawie zrezygnowany. A że grudzień się zaczął, więc już o styczniu myśleć mogę, miesiącu, kiedy dni się powiększają, a melancholia zmniejsza.

I zarazem z listów tych, pisanych nie do mnie, lecz z pamięcią o mnie, wyraźnie wnioskować mogę, że w Krakowie nie ma ani popłochu, ani paniki i życie płynie spokojnie. I z Wiednia pozdrowienie mi przysłano; ktoś poważny i umiejący orientować się, co stamtąd wrócił, stwierdza, że nastrój w stolicy nad Dunajem jest pełen otuchy, życie toczy się normalnie. Znaczyłoby to, że w naszych obawach o losy Austrii jest wiele przesady. I że trwoga o Kraków jest może przedwczesna.

Winą tej nerwowości jest umiejętnie podniecana nienawiść nasza do Niemców. Nie mogę bowiem powiedzieć, że tu działa naprawdę trwoga o Wawel i Kościół Mariacki. Tak niedawno jeszcze drwiliśmy z Krakowa, tak dzisiaj jeszcze ciągle każemy mu usunąć się w cień wobec np. Moskwy, że w tych duserach346 macoszych niepodobna widzieć miłości macierzyńskiej. Staliśmy się nagle wielkimi estetykami i archeologami. Warszawa ze swymi drapaczami nieba, którym wyszłoby na dobre odbombardowanie kilku pięter, nigdy nie dorośnie do zrozumienia piękna wszystkich Krakowa kościołów, kamienic, ulic, zaułków, bram, sklepień, witrażów, całej jagiellońsko-włoskiej ballady, kaplicy Zygmuntowskiej, Akropolu i Wyspiańskiego. Jedno jedyne nabożeństwo nieszporne, w niewysłownie pięknym i dumnym kościele dominikańskim, w chwili gdy ojcowie schodzą po wspaniałych stopniach z klasztoru do kościoła, ażeby odprawić modlitwę za umarłych braci zakonnych, przewyższa swym nastrojem istotnej wiary religijnej wszystkie kakofoniczne procesje Warszawy.

Dzisiejszy telegram arcybiskupa Kakowskiego do Rzymu z błaganiem o interwencję Ojca Świętego, dzisiejszy protest Towarzystwa Miłośników Starożytności przeciw wandalizmowi Niemców, są przede wszystkim skierowane w próżnię, a następnie są nieszczere, gdyż wszystkie te czcigodne osoby i instytucje z rezygnacją przyjęłyby ustawienie na kościele Panny Marii jak i na Wawelu cebulastych kopuł rosyjskich.

Czuję, żem się tak oddalił od wszystkich najserdeczniejszych z różnymi orientacjami, że mogę spokojnie mówić nawet z najbardziej ciasnymi, fanatycznymi i prowokującymi osobnikami.

Wszystkim tak zwanym przyjaciołom i znajomym zapowiedziałem raz na zawsze: Mam wszystkie trzy orientacje: rosyjską, austriacką i niemiecką. Jako Polak, muszę koniecznie czuć „za miliony”, będące pod wszystkimi trzema berłami. Łączę się więc w uczuciu wiernopoddańczym i z warszawiakiem, i z krakowianinem i z poznańczykiem; każdy z nich pojednał się z swym cesarzem i rządem ogłuchł na słowa szyderstwa i nieczułym się stał na prześladowania. Nauczył się ciągnąć zyski lichwiarskie z jarzma.

Zresztą — drodzy moi — orientacja nic nie kosztuje, mogę sobie na wszystkie trzy pozwolić. Trójka jest symbolem Polski. Triady były ulubionym schematem naszych filozofów-poetów, jak Zygmunt Krasiński; miejmyż tę szczerość przyznania się do trójorientacji — i kiwajmyż w dalszym ciągu trzema palcami w bucie.

Nie chcę bynajmniej twierdzić przez to, że jestem lepszym Polakiem od innych, Boże mnie broń! Za dużo jest dziś „lepszych” i „najlepszych Polaków”, żeby ten pomiot jeszcze zwiększać. Wojna dzisiejsza będzie naprawdę wyzwoleniem ludów, ale nie z niewoli, bo ich coraz więcej idzie w kajdany — tylko z pęt narodowości. Dogmat patriotyzmu został skarykaturowany, zbezczeszczony, użyty za hasło, pod którym wymordowano milion ludzi w ciągu 120 dni, a drugi milion uczyniono kalekami.

Jeśliby świat tę chociaż korzyść wyniósł z wojny, że ludzie przestaną przysięgać na narodowość, to może okupiłoby to w drobnej chociaż części nieobjętą dla umysłu zgrozę tej wojny.

Mam wrażenie, że wobec tych fałszywych monet wszelakich patriotyzmów — zwyczajna solidarność interesu godna jest anielskiej glorii. Nie miał racji Mickiewicz, chełpiąc się w imieniu swego narodu, że nie ma on wyrazu dla oznaczenia „interesu”347. Nie było się czym chełpić.

Pieniądz może nie oczyści sumienia, które narody unurzały w błocie, ale je weźmie na smycz...

Pozwalam wam odrzec mi, że nie jestem Polakiem i że nie jestem Rosjaninem. Duch mój cierpliwie czekać będzie, jeśli to prawda, że duch trwa po śmierci ciała, aż ludzkość porzuci wielki kłam patriotyzmu dla małej, ale niezawodnej i nieobłudnej prawdy — interesu...

Tak głęboki ład we mnie zapanował, że mogłem wczoraj śpiewać. Śpiewałem po raz pierwszy od czterech miesięcy. Akompaniował mi, jak zwykle, Staś Zmigryder348, podniecał swym przedziwnym tonem i przypominał te noce letnie nad czarnymi wodami Pilicy, któreśmy ongi spędzali na śpiewie, muzyce i w gronie pięknych kobiet. Popełniliśmy herezję, wykonywując Schuberta, Brahmsa. Dwóch Grenadierów349 Schumana-Heinego odśpiewałem z furią Marsylianki — szczerze się podobała.

Wnet potem przypomniałem sobie, żem przecie spolszczył w wigilię wybuchu wojny, dla przyjaciółki — śpiewaczki Noc księżycową Schumana i Zdradę Brahmsa. Znajome i ukochane tony i rytmy największych pieśniarzów wzruszyły mnie, jak dusze zmartwychwstałe, jak skrzydlaci druhowie, co nagle od piekła i czyśćca armat przyleciały do mnie niby gołębice pokoju — i mimowolnie wyszeptałem te słowa przeraźliwie tęsknego zdziwienia Juliusza, gdy nagle pod niebem dalekiego wschodu ujrzał swoje żurawie znad Ikwy:

„Gdzież się to dzisiaj zobaczyłem z Wami!”350