10 stycznia

Można się w szpitalach dowiedzieć wielu rzeczy niepotrzebnych. I to niekoniecznie gawędząc z rannymi, bo ci najczęściej nic nie wiedzą, i rzadko który widział to wojsko wraże, od którego otrzymał postrzał.

Wiedzą lekarze, czują coś sanitariusze, przywożący nowy „materiał” z lotnych oddziałów i pociągów sanitarnych. Otóż moja teoria „łódzkiego Grunwaldu” szczerze ich bawi i rozśmiesza. Oni bowiem słyszeli tylko o jakimś „Grunwaldzie na wywrót”, którego rezultatem miało być wzięcie do niewoli 70 tysięcy Rosjan. Trzytygodniowa walka pod Łodzią dlatego właśnie przyniosła generałowi Hindenburgowi wysokie odznaki, generałom rosyjskim kilka dymisji, a Mienszykowowi nasunęła pod pióro pocieszającą refleksję, że Łódź to przecie tylko żydowsko-niemieckie, w gruncie rzeczy „obce” miasto.

Same rozczarowania! A do nich przybyły smętne sprostowania wiadomości z okresu świątecznego. A więc Franciszek Józef żyje, Wilhelm II nie umarł. Zwycięstwa nad Bzurą, Pilicą itd. też zostawiają wiele pola do domysłów. Władze gubernialne płockie — zamieszkały w Warszawie, co pozwala wnioskować, że klęska Niemców pod Mławą nie była znowu na bardzo długo. Przebąkują też o zuchwałej ofensywie Turków na Kaukazie. Jeden cały korpus górali wraca tam, albowiem wojsko z równin nie umie się bić w górach, itd.

Słowem — z „szarańczą” niemiecką sprawa jeszcze nieskończona, na domiar złego przywlokła ona swoje ciężkie działa nad Bzurę.

Gdyby kto chciał rozumować a la Sherlock Holmes460, mógłby wiele wywnioskować z wywodów „Ruskiego Inwalida”, pana Michajłowskiego itp. Zapewniają oni, że Niemcom ubyło już pod różnymi postaciami z górą trzy miliony wojska, że wszakże najdotkliwszą dla Germanów jest niemożność zapełnienia szczerb w środkach technicznych, jako to: armatach, amunicji, urządzeniach telegraficznych i telefonicznych, itp. albowiem przez swą forsowną mobilizacją zburzyli przemysł! Natomiast my, Rosjanie, z łatwością wszystkie luki zapełniamy.

Pisma zaś dodają od siebie, że w Niemczech odkręca się klamki od drzwi — taki tam brak miedzi...

Otóż Sherlock Holmes mógłby na tym zbudować niewesołe dla Rosji horoskopy. I mógłby też właśnie zapytać o środki lecznicze i opatrunkowe. Dość przytoczyć jedno. Każdemu rannemu powinna być zastrzyknięta surowica przeciwtężcowa. A tymczasem u nas nie ma jej wcale! Lekarze załamują ręce — każdy bowiem wypadek tej zarazy kończy się śmiercią. Z Niemiec surowicy nie sprowadzą, a Francja wywozić ją zabroniła.

Na tyle więc nowych zbytkownych braków może sobie pozwalać niezwyciężoność Rosji. Jej nie zmoże tetanus461, nie zmoże cholera, która grasuje już szeroko w Błoniu, Sochaczewie, a po trosze wszędzie, nie zmoże jej nawet to, że dowóz żywności do Królestwa od trzech tygodni ustał zupełnie, dzięki panującej w komitetach rozdzielczych bezwzględnej zasadzie wstrzymywania „nienasmarowanych osi”. I nic na to poradzić nie mogą wołania nawet pism rosyjskich, którym jękiem obawy przed zagłodzeniem zawtórzyły wszystkie nasze dzienniki.

Warszawa jednak, w swej rozrzewniającej naiwności, wierzy, że teraz właśnie Rosja wybiera się do niej w wielkimi darami świątecznymi, oczywiście, mając na myśli święta starego stylu. Rozbiła się bania z pięknymi zapowiedziami. Przywieść miał dary z Petersburga książę Czetwertyński462. Każdy, kogo spotykam, „słyszał od księcia Czetwertyńskiego” o tej radosnej nowinie. Wypada, że pół Warszawy — rozmawiało z tym szanownym arystokratą.

Cóż tedy zawiera ta kolęda z Petersburga? Oto najjaśniejszy Pan ma zamiar darować Polsce polskie szkoły i polskie sądy, a nawet wysokie urzędy aż do gubernatorów włącznie. I tylko żąda jednego, ażeby ogół polski pokwitował z odbioru tego, co obiecał wódz naczelny. Byłaby to zatem pewnego rodzaju regulacja na 30–40%. Tymczasem zaś rząd bada nastrój społeczeństwa naszego za pośrednictwem Komitetu Obywatelskiego, i o ile ten wykaże gotowość do zawarcia układu, Monarcha przybędzie do Warszawy sam i koronować się będzie na króla polskiego.

Komitet Obywatelski odpowiedział jednak sondującym grunt, że się na regulację taką nie zgadza.

Osobiście mam przede wszystkim wątpliwości, czy nasz pan przybyłby do miejsca, odległego zaledwo o jakie dziesięć mil od krwawych walk, nie tylko z upominkiem, ale nawet wtedy, gdyby jemu miano dar jaki wręczyć.

Po wtóre, nie rozumiem, dlaczego by chwila szczególnie groźnej ofensywy Niemców miała się nadawać do obsypywania Polski łaskami cesarskimi. Toć gdyby wróg choć na krótko zajął lewe porzecze Wisły, już powaga tych łask byłaby narażoną na srogie niebezpieczeństwo komizmu. A ponadto nie daje się ulg tak znacznych darmo, a cóż Rosja mogłaby teraz otrzymać od Polski, która już ofiarowała wszystko, co miała, i nawet więcej, niż miała?

Wreszcie — decydujące w opinii rosyjskiej koła są znacznie lepiej zmobilizowane niż nawet armia — w kierunku niedopuszczenia do jakiejkolwiek istotnej reformy.

Prawdopodobnym jest co innego: nowo upieczony samozwaniec warszawski, któremu na imię „Komitet Narodowy” widząc się zdemaskowanym przez uczciwą część prasy i w obliczu całkiem szpetnych zarzutów — próbuje ratować swój kredyt kwaśnymi choćby owocami ugody, wiszącymi zresztą jeszcze wysoko na drzewie.

We wszystkich tego rodzaju baśniach, osobistość wielkiego księcia Mikołaja463 występuje, jako pełna ducha rycerskiego i hojności. Zawsze on żąda dla Polski więcej niż inni. Zadawałoby to kłam anegdocie, według której wielki książę zdobyte na Niemcach wagony jaj kazał podarować Żydom, albowiem Polakom daruje rzecz, znacznie ważniejszą w anatomii ciała ludzkiego, ale w brutalnej rosyjskiej symbolice żołnierskiej oznaczającą coś podobnego do wielkiej wpodłuż prasowanej figi...