13 października, wtorek
Wczoraj panował nastrój stanowczo optymistyczny. Chociaż deszcz ohydny, przekorny i zawzięty, jak pruskie robactwo, mroził i obezwładniał ciało, dusze były prawie radosne. Ze wszystkich stron nadchodziły do prywatnych sztabów, tj. do Lourse’a, Semadeniego i Udziałowej185 zgodne wieści o odparciu Niemców spod Piaseczna.
W tempie przyspieszonym, które głaskało wprost po sercach, nadlatywały zapewnienia, że wzięto do niewoli 25 tysięcy Niemców. Z taką właśnie imponującą cyfrą, którą mi przesłano do mojego pokoju jakoby od sąsiadów — oficerów, wyszedłem na miasto. Postanowiłem dla uniknięcia śmieszności, zmniejszyć ją we własnych moich relacjach i na własną odpowiedzialność, do dwóch tysięcy pięciuset, ale okazało się, że mogłem śmiało zaryzykować pełną liczbę pierwotną, rozpoczęła się bowiem gra na zwyżkę i byli tacy, co podawali 28 do 30 tysięcy.
Kogoś, co mówił tylko o 11 tysiącach, wyśmiano i nazwano „pesymistą” w myśl ustalonej klasyfikacji wszelkich sztabowców na „optymistów” i „pesymistów”.
Wielu zapewniało, że wiedzą z najlepszego źródła, od generałów, od wyższej magistratury. Rekord pobił pewien muzyk, człowiek nie bez stosunków, który zapewniał spokojnie i przekonywająco, że zarząd wojskowy otrzymał rozkaz przygotowania koszar w pałacu Mostowskich dla jeńców, których jest 29 tysięcy.
Wobec tego wszelkie wątpliwości umilkły. Nikt już nie śmiał narażać się opinii takim np. pytaniem: „w jaki sposób koszary jednego pułku pomieszczą cały korpus”?
Słowem, wszystkie działa sceptycyzmu zostały zagwożdżone. Warszawa gotowała się do pięknego i ciekawego widowiska: obiecywano, że jeńców prowadzić będą wieczorem o godzinie dziewiątej.
Bardzo wielu padło ofiarą tego spektaklu, zresztą niedoszłego. Nieprzeliczone tłumy publiczności na Marszałkowskiej, na Nowym Świecie, w alei Jerozolimskiej, a zwłaszcza w pobliżu Dworca Wiedeńskiego, stały do północy w niewymownym błocie, tym samym, które sławił już Napoleon, i kaszląc i kichając, niczego się nie doczekały. Kilku osobnikom podziobano parasolkami oczy, płacz był i przeklinanie, ale jeńców ani widu.
Tak to kpiarz jakiś potrafił „wziąć na fundusz” milionowe miasto. Oczywiście był to koncept ściśle amatorski i władze nie ponoszą zań odpowiedzialności. Komunikat dzisiejszy wodza naczelnego skromnie i ogólnikowo mówi o „wyrąbaniu” oddziałów czołowych nieprzyjaciela i wzięciu jeńców, ale w cyfry żadne, a tym bardziej apokaliptyczne się nie bawi.
Ja nie mam potrzeby bić się w piersi — nie wierzyłem ani na chwilę, szedłem na gapia, bo trudno było nie być w zgodzie z ulicą. Teraz zaś stałem się zupełnym niedowiarkiem i przyjaciela mego, naczelnego strategika kawiarni au grand U, podejrzewam, że kłamie setnie, gdy zapewnia, że dzisiaj właśnie widział okołu stu Niemców obdartych, obłoconych (wierzę), wynędzniałych, prowadzonych przez konwój rosyjski.
Znalazłem, ku niemałemu zdziwieniu, i kilku jawnych złośliwców, którzy twierdzą, że wieść o 25 tysiącach wziętych do niewoli, puściły na miasto w formie poczty pantoflowej właśnie władze, ażeby zatrzeć wrażenie „Klęski pod biwakami” — że ją tak nazwę. — Możliwe.
Nerwy nasze są wyczulone. Zajęci jesteśmy niepokojem o własną skórę; na naszym samopoczuciu, jak na wdzięcznej kliszy, utrwala się wszystko, co przynosi wiatr miasta. Natomiast zobojętnieliśmy na wzięcie Antwerpii, na losy załogi belgijskiej, która po opuszczeniu warowni ma trudne zadanie połączenia się z lewym skrzydłem armii sprzymierzonych. Nawet nagła i, zdawało się, piorunująca wiadomość o śmierci króla rumuńskiego, Karola186, tej ostoi sympatii niemieckich — zgasła jak świeca chińska, pękająca nad głowami gawiedzi.
I czyż to dziwne? Po północy słychać było naprawdę, acz jeszcze z rzadka, wystrzały armatnie, potężne, poważne, każdy zmieniony przez swe echo w huk podwójny. Skąd? Od strony Woli. Każdy to czuł, że rozpoczęła się bitwa całkiem w pobliżu, o kilkanaście kilometrów od Warszawy.
Ale ludziska już zasypiali — miasto spokojne. Tylko Cyganie wiedzieli, że pod samą Warszawą grają haubice i że toczy się gra o serce Polski...
Zrozumieli oni dobrze powagę chwili. Były już wczoraj wieczorem posłuchy, że zajęto Grodzisk, Brwinów, Pruszków; ostatni pociąg z Grodziska przyszedł podziurawiony kulami pruskimi; byli ranni i zabici — zgroza! Do niewinnych pasażerów bestie krwiożercze strzelały. I byłoby ofiar bez liku, gdyby nie jeden bohater. W takich chwilach urodzaju na drapieżców — prawem niezniszczalności dobra wykwita prosto i naturalnie, wielki i szlachetny człowiek. Był nim maszynista także ranny, prowadzący pociąg; choć kulę miał w brzuchu, został na stanowisku; i dopiero gdy do Warszawy dojechał, pozwolił sobie zemdleć. I podobno tak samo ranny był i wytrwał palacz.
Więc świat cały już jasno zdaje sobie sprawę, że przeżywamy chwilę może epokową. Ważą się losy stolicy. Nie potrzeba tego widzieć — wystarcza słyszeć. Haubice grają bezustannie, tak wyraźnie, jak by tuż, na najbliższym przedmieściu. Huk złowrogi, a przecież jak magnes przyciągający wywabił krocie ludzi na ulice. Zresztą słychać go i w mieszkaniach, na wyższych piętrach nawet szyby brzęczą.
Oto czujemy już bitwę, nie tylko wojnę. Pojawił się urzędowy zwiastun niebezpieczeństwa. Gubernator wojenny zaleca ludności „nie tracić spokoju wobec nadciągających wydarzeń”, gdyż „obrona miasta Warszawy doprowadzona będzie do najwyższego napięcia”.
A więc już wolno mówić o możliwości wejścia Prusaków — już raczej nie wolno nie mówić. Nie ma już dumnego tonu zapewnień o niedorzeczności obaw i plotek — jest szczere i mądre, uczciwe uświadomienie.
Jednych ono dopiero naprawdę straszy, innym daje wielkie poczucie nieogarnionej powagi momentu. Tamci tak przyzwyczaili się znać Niemców tylko z daleka, tylko na dalekim widnokręgu, tylko w doniesieniach gazet, że nie mogą bez truchlenia pomyśleć, iż wróg naprawdę stanął pod murami miasta. Przez półtrzecia miesiąca kołysani do spokoju i równowagi, nagle mają się przygotować do rzeczy, których wyobraźnia objąć nie może, nie śmie, nie próbuje. A może zbombardują miasto, krwią zaleją ulice, mordować będą mieszkańców? Krwawe widmo nieszczęsnego Kalisza zakrywa całe niebiosa.
Ci zaś, bardziej skłonni do patrzenia pod kątem idei lub więcej rycerscy, lub więcej poeci, dumni są w imieniu Warszawy, że znowu przypadło jej w udziale tak wielką odegrać rolę. Oni wiedzą, że bitwy, acz pewnie niewielkie, pod Piasecznem i pod Pruszkowem, to przecież krańcowe ogniwa wielkiego, połyskliwego węża frontu, który przez Dęblin ciągnie się aż do Sandomierza. Zatem walki pod Warszawą to organiczna część ogólnego boju Niemców z Rosjanami — i zapewne część najważniejsza.
I kto wie — myślą — może od wyniku tego, co tam na przedmieściach wygrywają haubice, zależy los całej wojny rusko-niemieckiej? Niemcy tutaj odparci, prawdopodobnie wyparci będą i z dalszych pozycji. Na odwrót, Niemcy zwycięzcy, stając się panami Warszawy, zawładną Wisłą, i najważniejszym węzłem kolejowym i — całym Królestwem.
I kto wie, snują jeszcze dalej — czy na wynik tych bitew nie patrzy Rumunia, a z nią i Włochy? To pewna, że w ręku Rosji, w talencie jej dowódców i męstwie jej żołnierzy spoczywa rozwiązanie ogromnego problemu: czy Niemcy mają zostać panami Europy, czy też odrzuceni ze wschodu, a potem zagrożeni u siebie w domu, nie będą musieli pychy swej ofensywy na zachodzie zamienić na pokorę defensywy po tej stronie Renu?
Słyszę, że tak myślą i niektórzy dowódcy rosyjscy: przegranie Warszawy to przegranie całej wojny. Oni czują, że Niemiec nie robi nic przez pół — gdy wejdzie, to się usadowi na długo, a może na zawsze...
Warszawa stała się urną, w której znalazły się gałki, wyrokujące o przyszłości Polski w każdym razie, a możliwe, że i przyszłości Europy.
Na święcie działa grzmią znowu i nie zdaje się, żeby się zbliżały, a coraz nowe zastępy dążą na pole walki.
Jeśli w duszy miasta nie ma świadomości tej „chwili osobliwej”, to na jego fizjonomii widać krzyżujące się drogi przeznaczeń. Stało się ono jakimś olbrzymim majdanem, po którym splatają się i rozplatają, schodzą i rozchodzą nieprzeliczone pasma wojsk i taborów.
Znowu ciekawy pułk syberyjski zastanowił mnie w chwili, gdy przebywał drogę z Nowego Zjazdu przez Senatorską i plac Teatralny. Piechota w białych futrzanych czapach, płaszcze zakasane, twarze uznojone; głowy duże, wyraziste; rysy wydatne, w których łączy się plemię aryjskie z mongolskim — jak mi się wydaje. Nieco skośne oczy, wielkie brody nadają im piętno jakiejś potężnej rasy, jakiejś wspanialej żywiołowości. To postacie do obrazów Matejki lub Riepina187. To hufce naprawdę „od brzegów Oceanu Spokojnego”. A przecież wejrzenia to nie dzikie, powiedziałbym raczej, łagodne.
A może to sympatia moja dla tych dalekich przybyszów, którzy tu, w sercu obcej im ziemi polskiej, mają za nią przelewać swą krew — sprawia, że widzę w nich dobro i poczciwość, a wydatność ich głów wprawia mnie w malarski zachwyt?
Coś podobnego czuje i lud uliczny, a ze sklepów i sklepików przydrożnych kobiety i dzieci wybiegają, żeby śpieszącym podać wody do picia, trochę niewyszukanych łakoci lub papierosa.
Od wspaniałego zgiełku, w którym — słyszę wyraźnie — bije puls świata, uciekam nad Wisłę, ale i tu gwarno i ludno. Niebywałych kształtów samochody — olbrzymy, furgony z pościelą, platformy z łóżkami polowymi, podwody z naftą, fury z mąką, drzewem, bryczki z ubogimi, zbiegami, dorożki z wyjeżdżającymi urzędnikami, pop — kapelan wojskowy, w jasnej sutannie na koniu, chyże sanitariuszki w białych chustkach na głowie, obozy z konserwami mięsnymi, jaszcze z amunicją, Kozacy, dragoni, piechota i znowu wojsko, wojsko, wojsko — wszystko to pod niebem dziś już pięknym i pogodnym, porywa umysł w wielki, szeroki wir i zamęt, rozpiera piersi, napełnia uczuciem szalonej ciekawości i sympatii, tak iż zapominasz zupełnie, że działa wciąż grzmią i grzmią...
Dopiero na samym bulwarze wiodącym do mostu Poniatowskiego względna cisza. Majestatycznie i pogodnie płynie Wisła, równo i szeroko rozpościerają się koła wirów. Patrzę w błękitne dzisiaj fale i miasto zostało poza mną. Nagle wspomnienie mnie ogarnia: prawdaż to, że dookoła świat zamienia się powoli na wulkan, a po mieście toczą się szeregi i obozy, jak ciężkie dunajce lawy?