16 listopada, wtorek
Oto znowu chwila, że wszystko, co się na szerokim świecie dzieje, schodzi dla nas na plan drugi: zajęto Tarnów. Nie wiem, czy wszystkie owe zmagania się i zwycięstwa zapaśników z onegdajszego i wczorajszego dnia: wzięcie Diksmuide za cenę 40 tysięcy poległych Niemców, zatopienie kilku niemieckich łodzi podwodnych, wyparcie Rosjan z okolic Erzurumu i Trabzonu, przyznane dziś urzędownie i tak dalej, i tak dalej, są w stanie zrównoważyć ten jeden fakt, że z Krakowa pośpiesznie ewakuują ludność cywilną.
Znowu staje przede mną widmo Wawelu z złoconymi baniami cerkwi rosyjskiej i kilkadziesiąt innych takich świecących brzuchów: w Sukiennicach, na placu Franciszkańskim, na Salwatorze, przy pomniku Grunwaldzkim, przy wszechnicy Jagiellońskiej itd.
Znowu sen mi urozmaicają halucynacje. Dziś już nikt nie wątpi, że Kraków nie oprze się natarciu Brusiłowa. Jakąś smutną rezygnacją tchnie wiadomość, że w Wiedniu oficjalnie ogłoszono o zajęciu miast, będących przyczółkami Krakowa. To jakby sprawę uznano za przegraną, to jakieś potworne requiescat306.
Nie wiadomo, jakie plany żywi dobry duch Rosji względem stolicy Jagiellonów — ale co myśli jej zły duch, duch jej przeszłości, wiedzieć powinniśmy na pewno: w świetle jego apetytów marsz na Kraków to nie pochód triumfatorów, lecz ekspedycja karna. To jest właściwa nazwa i właściwy charakter tego wielkiego żywiołowego pożądania, z jakim posuwają się, druzgocząc wszystko po drodze, wojska rosyjskie. W świetle tej tendencji, wszelkie rachuby i pozory polityczne pójdą precz, ażeby dać miejsce jednemu uczuciu: zemsty za irredentę polską, zemsty za to, że Kraków był ostoją polskości, zemsty za każdą niecenzuralną sztukę dawaną w teatrze, za każdego mnicha i księdza, swobodnie odprawiającego mszę w cudownych kościołach, za każdy dzień swobody, za każdą chwilę patriotycznej dumy, za każdy oddech wolności, która tutaj śmiała się rozpierać — tutaj, o kilka mil od granicy caratu!
Straszliwa to będzie zemsta. Powoli, powoli duma Polski, że stanowi zachodnie skrzydło Słowiańszczyzny — będzie złamana. Powoli resztki jej łacińskiego senatorstwa podarte będą na strzępy. Powoli rozpostrze się nad nami wielki zmierzch i ciemność wiekuista zalegnie przestwór Polski.
Żeby to przewidzieć, nie trzeba być jasnowidzącą Kasandrą307.
Czyż wobec takiego czekającego nas jutra mogę rozdzierać szaty, że stary marszałek Anglii, lord Roberts308, umarł nagle we Francji?
A może szukać pociechy w tym, że w zmierzch się pogrąży nie tylko Polska, ale świat cały? Ciemności, która nadciąga, starczy na to, żeby zakryć niebo nad całą Europą.
Anglia zaś — będzie miała zawsze rezerwoar światła, słońca i ciepła, w swych Indiach, Egipcie, Australii. Więc pozwoli nam, Europejczykom, oddychać dziegciem.
Zwątpiłem — że o Anglii? A tak. W takiej chwili wierzy się tylko w złe siły historii...
Skończ się czym prędzej, nocy jesienna, nocy listopadowa — może rankiem wróci do mnie jakieś choćby dalekie i ciche, jak sen dziecka, echo wiosny i nadziei...