19 grudnia, sobota
I te słowa piszę u Aureliusza. Jest już prawie całkiem zdrowy, zdrowa natura rychło zmogła gorączkę. Całą swą powagą „lekarską” zmusiłem go do pozostania w łóżku i nie pozwolę i jutro podnieść się. Mógłbym właściwie zostawić go samego tj. powierzyć pieczy służącego, który usługuje kilku mieszkańcom z tego samego piętra, ale sprawia mi to wielką przyjemność, że nie jestem u siebie. Bądź co bądź, gdy się własną swą izbę wypełni duchami tęsknic i rojeń — chwilami, zwłaszcza w dni grudniowe, wydaje się ona prawie kaźnią.
Dzień był na ogół przyjemny. Około dziesiątej rano przyszła wspaniała donica mocno różowych cyklamenów. Oczywiście dar Pięknoszyjej dla chorego — Kos wtedy jeszcze smacznie chrapał. Kiedy się obudził, a czekałem, naładowany pustymi żartami, tego przebudzenia, przeciągnął się, spojrzał na mnie jednym okiem, bo drugie jeszcze się namyślało, czy się ma rozewrzeć, a potem spostrzegł na stoliku nocnym kwiaty. Zrobił najpierw wielkie głupie oczy, potem jeszcze idiotyczniej się skrzywił, co miało oznaczać uśmiech ogromnego zadowolenia, i mruknął:
— Dzień dobry, od kogo to?
— Od królowej belgijskiej...
— Żeby ona, bestia, lepiej te pieniądze oddała na bezdomnych, ta twoja królowa...
— Przepraszam, ani moja ani twoja; wiesz: nie dla psa kiełbasa...
Zauważyłem, że Aureliusz, dość małomówny, za bardzo się ożywiał w towarzystwie Pięknoszyjej, a i teraz, choć była reprezentowana tylko przez cyklameny, miał ochotę wiele gadać. Zmierzyłem mu temperaturę, a chociaż opadła już zupełnie, zabroniłem nadmiernej wymowy.
W południe przyszła Pięknoszyja. Wzięła się do przyrządzania posiłku dla Aureliusza i miałem wielką ochotę przyglądać się jej delikatnym pięknym palcom, gdy nastawiała maszynkę — jej wdzięcznemu fartuszkowi, który z sobą przyniósłszy, założyła, i w ogóle całej jej zgrabnej robocie. Ale ciągnęła mnie ulica i potrzeba orzeźwienia się po nocy — więc wyszedłem.
Wykąpawszy się gorąco u admirała zniszczonych na Wiśle dreadnoughtów403, wstąpiłem do Lourse’a. Kilku „sztabowców” miało już dość pewne wiadomości, że radosne poufne biuletyny generała Turbina wcale się nie sprawdziły. Owszem, uparcie wracał refren o zmarnowaniu dwóch korpusów rosyjskich, o spaleniu Sochaczewa, o ewakuacji nie tylko Skierniewic, ale i Błonia. Kogoś, co chciał jechać do Grodziska, przyjęto na dworcu śmiechem — pociągi nie odchodzą.
Komunikaty wodza naczelnego zawierają pewne ważne, prawie że umyślne niedomówienia, które niejako potwierdzają to, o czym mówią w mieście, a nadto przyznają się do konieczności zmian w dyslokacji wojsk. A co gorsza, mówią o powstrzymaniu ofensywy austriackiej w okręgu Sanoka i Liska; a więc Austriacy ponowili akcję zaczepną w Galicji zachodniej i wypierają Rosjan od Krakowa ku wschodowi.
Optymista z obozu Kosa miałby prawo podłożyć bogatą treść pod te natracenia.
Oczywiście, iż wróciwszy do niego, o rezultacie mojego polowania na kaczki nic nie powiedziałem; mogłaby wrócić gorączka. Na wszystkie zapytania odpowiedziałem stylem Joffre’a i Mikołaja Mikołajewicza: „istotnych zmian nie ma”.
Ale Aureliusz wziął na gadanie i podjadłszy sobie niezgorzej, zaczął nawracać Pięknoszyją.
— Pani myśli, że ja nienawidzę Moskali? Nic podobnego; w ogóle człowiek nowoczesny nie powinien nikogo nienawidzieć. Rozum, rozum, uznający albo nieuznający powinien zastępować uczucie. Nienawiść to artykuł handlu, stworzony przez klerykalną Warszawę. Moskali lubię... Musi pani wiedzieć, że ja pierwszy tłumaczyłem na polski Szczedrina. Sztubakiem404 jeszcze, umiałem na pamięć wszystkie śliczne liryki Puszkina i Lermontowa — i niektóre tłumaczyłem, np. Burzę, W minutu żyzni trudnuju, Kogda rosoj obryzgannyj duszystoj itd.
— No, a dlaczego dzisiaj pan im złego życzy?
— Nie im, ale ich małpom i przedrzeźniaczom, tj. rusofilom. Rosja u siebie jest wielka i bywa nawet miłosierna — ale u nas jest reprezentowana przez rosyjską szubienicę i polskich trabantów. Rosja szubienicę już prawie skasowała, a my zbirów ciągle jeszcze hodujemy i oni to domagają się, żeby im dano robotę. Mariaż dwu wielkich narodów okazał się strasznym mezaliansem: deprawuje Moskwę, a Polskę odcina od pnia historycznej i romantycznej chwały. Niech pani pomyśli, jak tu żyć? Jest w Polsce kilka tysięcy ludzi zdolnych, gorących, energicznych. Otóż ani jeden z nich nie spełnił swego przeznaczenia, nie wybił się, nie stanął w oddziale czołowym. Po lat trzydzieści i czterdzieści trzebią lasy z energią pionierów, która mogłaby, zdaje się, wstrzymać wodospad Niagary, a potem okazuje się, że to nie były drzewa, ale łby hydry, wciąż odrastające. Praca cyklopów idzie na marne. Każdy z nich byłby we Francji, Anglii, Niemczech chlubą narodu i swoim własnym szczęściem — u nas ginie i może sobie powtórzyć słowa Johna Keatsa: I am, whom the name is written over the water405. To zrobiła nasza nienawiść wyższości. I na odwrót, ci, co teraz są sławni, szczęśliwi, bogaci, przeważnie wyrośli z durniów, nicponiów lub matołków, ale przez milczącą organizację popierania nędzot i miernot — wygramolili się na szczyt, skąd mogą oddziaływać na szeroki ogół. Mówią, że Polacy nie umieją się organizować — to nieprawda, dla celów duchowego nihilizmu umieją mistrzowsko...I jak tu wobec tego żyć? Dobrze, że ja nie mam ambicji szczególnych i pewnie jestem do niczego. Ale jakże można żyć, patrząc na taką gospodarkę? Społeczeństwo powinno opierać się na wzroście lepszych żywiołów, u nas opiera się na wzroście gorszych. Jak tu kształcić i wychowywać? Co zrobić z tym pierwszym materiałem do budowy, który się nazywa „zdolność” albo „wyższość” albo „lepszość”, kiedy ona nie zdaje się na nic i wyrokiem rządu narodowego z góry skazana jest na śmierć powolną z niedojadania, na zaduszenie kneblem lub pętlicą? Widzi pani, wszelki antynaród, antyspołeczeństwo, antykultura, antyideał, jeśli nie ma na śmierć sparszywieć, musi iść do innej szkoły, do Europy, która wzniosła się do swej potęgi jedynie przez poszanowanie pracy, energii, zdolności i dobrej woli...
(Itd. Rzecz prosta, iż Kosa wywody przenosząc na papier, wygładziłem i lepiej związałem.)
Pięknoszyja siedziała przykuta do swego krzesła.
Po dłuższej chwili odezwała się.
— Gdyby pan nie był bawił się w rewolucję, byłby pan zajechał wysoko. Własny radykalizm panu zaszkodził w opinii, a teraz zwala pan winę na społeczeństwo.
— Ho, ho! — śmiać się zaczął. — Przecież burżuje z mojej rewolucji korzyść ciągną. Na tym właśnie polega ich szwindel, że z rąk rewolucji wszystko wzięli. Dumę, wolną prasę, polskie szkoły, swobodny teatr, możność stowarzyszania się — a wszystkich rewolucjonistów gdyby mogli, powiesiliby, tych zaś, co zginęli, powiesiliby po raz drugi. O moich zbrodniach, o cytadeli dawno już zapomniał rząd, prasa rosyjska o mnie z pochwałami pisze — a swoi, gdzie mogą — utrącają mnie. Nawet nazwisko moje nie jest w stanie ich przebłagać. Jellenta mówi, że ma absolutną pewność, iż jego przodkowie nie walczyli pod Grunwaldem, ja tej pewności nie mam, owszem, nawet podjąłbym się dowieść, że właśnie walczyli, ale u burżujskich szakali to nie jest żadną ekspiacją.
— Trzeba było uporządkować swoje życie — już mniej pewno bąknęła Pięknoszyja — ożenić się, dom zbudować.
— Aha, właśnie! Żeby w razie mojej śmierci, została głodna żona i głodniejsze dzieci. Jak widzę, to pani dobrze zna Kraj Przywiślański. A do spowiedzi pani chodzi?
Przy tym pytaniu spojrzał na mnie, zaciekawiony i z widocznem zadowoleniem.
— Nie chodzi pani? Wiedziałem! Więc pani z burżujami nie chce mieć przez pół godziny do czynienia, a żąda pani ode mnie, ażebym ja się z nimi przyjaźnił, ażebym wszystko, czego mię świat i cywilizacja nauczyły, tj. strategię przebijania się przez ludzi, umiał zamienić na strategię przepychania się przez burżujów. Musiałbym chyba nauczyć się tego jeszcze w kolebce. To zupełnie tak samo, jak gdyby mi pani kazała przez całe życie chodzić na czworakach.
— A z Niemcami będzie lepiej? — zapytała, trochę zniecierpliwiona. — Im się pan przecie zupełnie na nic nie przyda, ani pan, ani panu podobni, nie jesteście przecie Niemcami.
— To być może — ja będę niczym, ale i arystokracja Polski przestanie być czymś, bo jest za głupia i za ciemna na to.
— Już wlazłeś na swego konia, wpadłem, zejdź z niego, proszę, bo znowu gorączki dostaniesz. Leż spokojnie i wąchaj lepiej cyklameny.
Uczynił, jak kazałem.