2 stycznia, sobota, r. 1915

Dwa dni i dwie noce upajałem się winem, koniakiem, miłym towarzystwem, dokuczaniem kobietom. Robaka tęsknoty zalać można daleko skuteczniej dobrymi gatunkami trunków, dzięki zaś absolutnemu zakazowi sprzedaży spirytualiów złych prawie nie ma.

I oto ostatecznie Warszawa jest płochym i miłym salonem, w którym ludzie się bawią świątecznie, pysznie jedzą, flirtują, są weseli i jak zwykle nadziemsko szczęśliwi, że mogą nie myśleć. Warszawa jest kompletną lecznicą dla ludzi, przeciążonych myślami lub posuwających troskę intelektualną do nałogu. Podobnie jak sonda wypłukuje żołądek, tak Warszawa wypłukuje mózgi. Robi się w nich miła, serdeczna pustka, prawie że taka sama jak w kieszeni.

Wszystko się na to złożyło, żeby rok nowy zaczął się pogodnie i radośnie. Pamiętał o tym i wódz naczelny, który na dzień ten świąteczny postarał się o same zwycięstwa: nad Bzurą, Pilicą, Nidą i Dunajcem. Trudził się jednak właściwie niepotrzebnie, gdyż nawet tak pięknie brzmiących komunikatów nie czytano. Wojna przestała być aktualną, toczy się kędyś tam za górami za lasami, ale już przycichła i bezgromowa, jak ostatnie płachty chmur po burzy. Wiedzą wszyscy, że żołnierze siedzą sobie wygodnie w okopach, że Warszawa jest obstawiona milionami bagnetów, czegóż się więc kłopotać? Wojna funkcjonuje doskonale i bez nas; chodzi jak dobrze nasmarowana maszyna, więc nie ma co trapić się tym, że codziennie tam z którejś strony padnie parę tysięcy walecznych, albo kilka pułków pójdzie w niewolę. Wojna jest już samodzielna, usamowolniona i opieki naszej nie potrzebuje.

Wszystkie rodzaje są dobre prócz nudnego — tak opiewa zasada literacka francuska. Wojna europejska jest przeto niedobra i może to ją w końcu zdepopularyzuje i zakończy. Zamiast wielkich płomiennych bitew w stylu greckim, rycerskim lub romantycznym — zabawa armii w ciuciubabkę. Wyskoczyć z rowów strzeleckich w stosownej chwili, żeby zbliżyć się do nieprzyjaciela o 50 metrów i wykopać nową linię transzei, przechodzić z nory w norę, strącać palce u lewych rąk, urywać granatami głowy w czapkach z gwiazdkami, ażeby sobie latały nad polem — a potem znowu czekać tygodniami na nową sposobność przeskoczenia w świeże nory — oto wojna dzisiejsza. Z początku były twierdze, groźne mury, strzelnice, teraz tylko doły i rzeki. Napoleon utrzymywał — jak mówi major de Gruyther w swych Zasadach taktyki451 — że sposób prowadzenia bitwy powinien się zmieniać co lat dziesięć. Można przeto mieć nadzieję, że wojna, która wybuchnie w roku 1925, będzie już tylko jednym wielkim spleenem.

Może dlatego Austriacy całymi korpusami poddają się? Wiedeń nie lubi się nudzić, a w rowach strzeleckich porządnej operetki nie ma. Co najwyżej — ale to też we Francji, nie w Rosji — można wydawać w okopach gazetkę, urządzić kąpiel, wreszcie porządny WC. A tu — Boże zmiłuj się!

Z tych samych względów i Warszawa wolała wywiesić na spotkanie Rosji swoją nie bardzo białą flagę i poddać się. Inaczej bowiem, zmarniałaby z nudów.

Niewola ta jest zupełnie przyjemna i odbije się na przyszłych losach duszy polskiej. W tym względzie niejednego mnie nauczyły wieczory świąteczne. Oficerowie rosyjscy obchodzili sylwestra na równi z ludnością katolicką i najgorliwszą w świętowaniu uroczystości kościoła rzymskiego — żydowską. Restauracje były zajęte prawie wyłącznie przez Rosjan. Wczoraj, tj. w Nowy Rok, w przepełnionej do niemożliwości operze i operetce, naliczyłem wojowników razem do czterystu — w tej liczbie większość już udekorowana za zwycięstwa nad Bzurą, Pilicą itd. Stało się zwyczajem, że pierwsze pięć — sześć rzędów krzeseł zajmują bracia — obrońcy. Nawet na farsie w Teatrze Letnim, oni stanowią publiczność czołową. W lożach starszyzna z paniami i sanitariuszkami ze sfer arystokratycznych. Na dziwną to składa się atmosferę w teatrze — szare mundury i bluzy, gdzie dawniej smokingi i tużurki. Powietrze obozowe lub koszarowe pomieszane z zapachem perfum.

Publiczność miejscowa z wielką ufnością, sympatią i wdzięcznością wodzi oczami po szeregach. Widzi i czuje bogactwo i swe junactwo oficer, choćby był tylko w randze chorążego lub porucznika, nie przynosi swej damie pudełka cukierków, lecz od razu trzy, cztery, pięć. W pierwszym międzyakcie już zabrakło w bufetach słodyczy.

A jeśli dodać do tego wrażenia analogiczne z ulicy i sklepów, gdzie stosy ciast i skrzynie podarków wszelkich, wynoszonych przez ordynansów, przypominają barwne reklamy fabryk czekolady albo plantacji kakao — to cóż dziwnego, że Warszawie serce rośnie na widok bogatego pana? Toż dla nas zwieziono z Rosji i kresów dużo smacznych rzeczy: wędlin wszelakich, marmolad, serów, kawiorów, ryb wędzonych, masła, konfitur, soków, pierników, owoców piramidy zacne itd. Wszystko to z Rosji. Pomyśleć jeno — z Niemiec nigdy by nic podobnego nie przyjechało. Czujemy dziś wyraźniej niż kiedykolwiek, że Rosja nas karmi i syci, że to spichlerz nieprzebrany, że tam za Wisłą zasoby bajeczne i urodzaje fantastyczne, że aż „znad brzegów Oceanu Spokojnego” przybyły smakołyki i różne gospodarskie zapasy.

Warszawa zdaje sobie z tego sprawę, politycy ugodowi jeszcze lepiej — tak czuła już nawet Galicja, i nieraz w cichości ducha wzdychała do rosyjskiej opulencji...

To, panie, nie żarty! To urabia i ustala orientację. Nie masz człowieka, który by był nieczułym na takie bogate utrzymanie, chyba że ma katar żołądka, albo kamienie w nerkach. Ja sam przyznaję, że z lubością patrzę oczyma duszy, więcej jeszcze niż apetytu, na te nieskończone ziemie i posiadłości, których okruch jeden marny mógłby nakarmić i — rozweselić całą Polskę; na te dale niezmierzone łanów zbożowych, lasów i sadów Ukrainy, na tę biblijną plenność czarnoziemu, wobec której takie np. Niemcy wydają się jakąś skromną kasą pożyczkowo — wkładową.

Naszą orientacją musi być i będzie zawsze: zgodzić się na ten zyskowny romans. Drogę wskazał nam już pewien monarcha, a potem błękitna krew. W chwili zaś obecnej Rosja nie bez dumy mówi do nas: „Polacy, widzicie, że u mnie dobry i obfity wikt. On ma być waszym programem narodowym, a jest naszą niezwyciężonością. Mogą was od ciała Rosji odciąć Niemcy jak cycek, jak brodawkę — wtedy wy z głodu umrzecie, a my — będziemy jeszcze bogatsi.

A któż z was będzie tak potwornie głupim, żeby się wahać w wyborze?”.

Tak tedy asymilacja polsko-rosyjska uczyniła w ostatnich czasach olbrzymie postępy, i odbywa się pokojowo, według ulubionego wyrażenia panów Wergunów. A już do zupełnego i gorącego „kochajmy się” dogrzewa się ona w obliczu niebezpieczeństwa demokracji niemieckiej.

W tym punkcie Warszawa jest wspaniale uświadomiona. Ona rozumie, że system kultury niemieckiej byłby wyrokiem śmierci dla tych w Polsce, co nie sieją i nie orzą a jednak zbierają. Ta straszna perspektywa, że wzrośliby w znaczenie i dostatek ludzie pracowici i zdolni — przejmuje wszystkich strachem. Groźba załamania się fortun, zbudowanych na lichwie pieniężnej czy moralnej — jest owym powszechnym milczącym porozumieniem, które wyczuć można nawet śród młodzieży. Chłopcy i dziewczęta, wychowani w epoce reakcji porewolucyjnej — to pokolenie raźne i zadowolone z siebie, biegunowo przeciwległe dyletantom i opętańcom i męczennikom rewolucji, a co najważniejsza, bez impetu, woli i zdolności do pracy, a polujące na łatwą karierę. Ono czuje instynktownie, że zaczęłoby się panowanie samodzielnego budownictwa i celu w życiu, zaś ustałaby „gratka”. Oto dlaczego w domach rodziców z wolą i programem w życiu i jaką taką tradycją dogmatu czy ideologii, spotyka się płytkie i agresywne politykowanie dzieci, którego rdzeniem — jest przedwczesne służalstwo, wstręt do wyższej kultury ducha. Doszło do tego, że nawet chłopcy, którzy nie są w stanie opłacić szkoły polskiej, stworzonej niby to w imię narodu, ale dostępnej jedynie dla szczęśliwców — bryzgają śliną na te inne szkoły, w których mogliby się uczyć darmo i wyjść na ludzi w znaczeniu zachodnim.

Rosja nawet się nie domyśla, jak głęboko i psychicznie jesteśmy już z nią zrośnięci i od świata łacińskiego oderwani.

A na terenie cygańskich kapel w restauracjach — będziemy zespoleni jeszcze głębiej. Możemy spać spokojnie, „Matuszka” czuwa nad nami, choć jest pijana.

A Niemcy, którzy znowu dokonali czynu brawurowego i zatopili pancernik angielski „Formidable” — pijani są błędem tragicznym — choć czuwają.

Ja zaś piszę to na trzeźwo — nie jestem pijany...