30 grudnia, środa
Zapewne ostatnia to w tym roku zwrotka. Wątpię, czy pisać będę jutro przed północą tj. przed narodzinami roku nowego.
Zakończę więc dzisiaj rozdział, w imię kalendarza. Zresztą nic się na widowni świata nie stało i oczywiście przez dzień jutrzejszy nie stanie, co by za taką stacją przemawiało logiczniej. Przeciwnie, wszystko wlecze się i trwa, wszystko jest w swym krwawo-leniwym biegu; rzekłbyś mózg sączący się z rozłupanego czerepu ludzkości. Nic się nie skończyło i nic się nie zacznie, prócz chyba setnej lub tysiącznej ofensywy Niemców i setnego lub tysiącznego jej powstrzymania.
A może by za wielkie wydarzenie poczytywać, że Anglia ogłosiła protektoriat nad Egiptem? Inna tylko forma tej samej ssąco — tłoczącej opieki, do której sfinksowa kraina faraonów od dawna przywykła!
Więc gdy nie ma podstawy do sporządzenia bilansu, uczynię krótki rachunek sumienia. Wypada on dla mnie bardzo korzystnie — odniosłem trzy zwycięstwa:
Pierwsze. Nie dałem się oszukać pogmatwanej sieci kłamstw ajencyjnych i nauczyłem się — o tyle o ile — czytać je wcale wprawnie. Niezgorzej też umiem orientować się co do stopnia szczerości i prawdomówności różnych urzędowych komunikatów, niemieckich, a nawet francuskich i angielskich, to znaczy: nie wierzę żadnym, a to z tej prostej przyczyny, że one przychodzą do nas odpowiednio spreparowane w laboratorium sztabu rosyjskiego.
I to znaczy też — że niewiele wiem na pewno. Ale przynajmniej o tej niewiedzy wiem.
Drugie zwycięstwo. Nie uległem pokusie żadnej orientacji. Poskromiłem całą gwałtowną i bezustanną żądzę posiadania jej. Orientacje mam przeważnie tylko na użytek bliźnich moich, z którymi obcuję i rozmawiam. W głębi duszy jednak czuję, że na cudzych mistyfikacjach budować poglądów nie potrafię. Narody walczące dopiero teraz się obnażyły, z tym, co jest w nich złego i z tym, co jest dobrego. Ale cóż, kiedy my tego nie widzimy, nie wpuszczani ani do kuchni dyplomatycznej ani na pole bitwy. A jeśli chodzi o moje sympatie, mam ich tyle, ile jest objawień wielkości i heroizmu i ile perspektyw niezawodnych zbogacenia świata wielkością i heroicznym na życie poglądem. Ludy szare, brzydkie i bezpłodne, a przy tym ze skłonnościami wężów dusicieli, mogą sobie nie istnieć. Genialnym i pracownym i wolnym — przebaczam wszystkie zbrodnie i błędy.
Trzecie zwycięstwo. Pozostałem pogodny. Czy wierzę w przyszłość? — Nie wiem. Ale wierzę w słońce swojej własnej duszy. Przemogłem w tej wojnie dużo bólów własnych i przeżyłem i — opłakałem wiele katuszy cudzych. Nieraz zalewała mnie gorycz, ale nigdy na dłużej.
Państwo mojego entuzjazmu nie ucierpiało, owszem rozszerzyło wspaniale swe granice...
Gdyby się wielu ludzi tym samym poszczycić mogło — może by w przyszłości wojna taka, jak dzisiejsza, stała się niemożliwością, a za to możliwym by się stało wrócić do tych odległych, zamierzchłych czasów, kiedy się bez obawy komizmu i anachronizmu wymawiało wyraz „człowieczeństwo”...