30 października, piątek

Mój dawny towarzysz i rówieśnik, Aureli Kos, uważany jest za głupca. Sam on zaś ma się za idiotę. Popełnił w życiu tyle niedorzeczności, tak zmarnował skarby swej bogatej duszy na bezpłodne marzenia, na ciągłe pomimowolne czy umyślne odchylanie się od linii normalnej kariery, że w końcu musiał się stać prawie odludkiem, co jest pewnie rzadkością w nowych czasach.

Tylko przede mną, nieskończenie wyrozumiałym i słabym dla niego, odważa się wypowiadać swoje śmiesznie niepopularne majaczenia.

— Zastanów się — woła, chodząc żywo po moim pokoju — król saski był w drodze do Warszawy! Tak blisko byliśmy wkroczenia Niemców, najciekawszego przewrotu na świecie! Pomyśl no: Polska — Królestwem Saskim, włączonym do Rzeszy Niemieckiej. Królestwa nie można już traktować jak prowincji. To byłoby naprawdę wskrzeszenie Polski. Ten twój wielki zmierzch — to wielki świt!

Asumpt do tych rojeń brał z tego faktu, że wzięto do niewoli wielkiego koniuszego króla saskiego, a „Goniec Urzędowy” stąd wywnioskował, że znamienity jeniec był pewnie nie jedynym tylko dworzaninem króla Fryderyka Augusta261, że być musiał i cały dwór, że zatem przygotowany był ingres262 uroczysty i pewnie wielkiej doniosłości akty.

I nie dawał sobie wyperswadować, że wszystko to razem plotki i czcze kombinacje, wymyślone dla ośmieszenia cofających się Niemców. Jest niepocieszony; o dniach bombardowania Warszawy wspomina jak o muzyce przyszłości; z prawdziwym bólem mówi o tym, jak szedł na spotkanie strzelcom263, w stronę Mszczonowa, narażając się na kule niemieckie, lub jak wchodził na dach sześciopiętrowej kamienicy w pobliżu Pola Mokotowskiego i chłonął oczyma fajerwerki pękających w oddali szrapneli i łuny pożarów.

Jest to sceptyk niepoprawny, zrośnięty w jedno z nieuleczalnym entuzjastą. Kanonada pod Warszawą stała się dlań nowym mitem, legendą, nowym tematem marzenia o tym, co się już stać nie może. Sam przyznaje, że jest na rok lub może na całe życie złamany i żałobą okryty.

Żal mi go szczerze. Taka głowa — i taka naiwność!

Zapomniałem dodać, iż dlatego jeszcze pozwalam mu się wywnętrzać, że ma niezmiernie przyjemny, jasny głos, który zdaje mi się czasami świadczyć o jakiejś bezgranicznej śpiewności jego uczuć — szkoda że wiedzionych na pasku przez absurdy. Gdyby był kompozytorem, na pewno napisałby piosenkę na swój ulubiony refren: „Ten twój wielki zmierzch to wielki świt”!

...Stało się coś niesłychanego. Sensacja prawie nazbyt mocna, tak że nuda od razu uciekła. „Goeben”, „Breslau” i „Hamidie”264, ostrzeliwały wczoraj Teodozję i Charków. Bez wypowiedzenia wojny!

I znowu cześć poczcie pantoflowej; wczoraj wieczór w redakcji jednego z dzienników, stary metrampaż265, zawołany polityk, a przy tym dużo a cicho miarkujący, obwieścił: „Turcy bombardują Odessę”.

Dzisiejsze zaś telegramy głoszą o tym oficjalnie. Różnica zachodzi co do miejscowości, ale fakt potwierdza się w całym swym złowieszczym blasku...

Znowu w mieście zawrzało jak w ulu. I znowu pada potężny grad inwektyw za zdradziecki i bezczelny najazd „odwiecznego wroga” Rosji.

Jednostajność decrescenda266 Niemców zakłóciło nagłe fortissimo. Patrzyliśmy przez dłoń, zwiniętą w trąbkę, jak wojska nieprzyjacielskie cofają się, jak im odbierają Piotrków, Radom, a potem nawet Łódź, Tomaszów itd., aż tu naraz z całkiem innej strony zahuczał grzmot i od innego brzegu zatrząsł się kontynent Europy.

Właściwie dla nikogo, patrzącego dalej, zuchwałe wyzwanie czarnomorskie nie było niespodzianką. Ja sam ogłosiłem przed trzema tygodniami, napisany jeszcze dawniej artykuł pt. Los Turcji, w którym wyraziłem się, że kości są rzucone267 i los państwa ottomańskiego przypieczętowany. Nie wątpiłem bowiem, że Turcja, wzorem dawnych swych sułtanów, skręciła jedwabny sznurek, ale tym razem, dla siebie samej...

Tak więc incipit akt drugi. W końcu aktu pierwszego wojny, którą dziś nazywają już „Wszechświatową”, stopniowo oddalają się Niemcy, wypierani i z frontu zachodniego i z środkowych ziem Królestwa; schodzą ze sceny główni aktorzy. Ale oto w tej chwili pojawia się z innej strony kulis nowa potęga i wróg ten sam, ale w przebraniu tureckim. Efekt piorunujący, brzemienny w zapowiedzi nowych i olbrzymich kataklizmów. Lepiej i sceniczniej ułożyć widowiska niepodobna.

Tak jest, widowiska. Ludzkość bowiem patrzy już na tę wojnę, jak na teatrum. Realnego sensu i celu w niej nie szuka. Dookoła, z ust najpoważniejszych, z ust generałów i wodzów, słyszy się szeptane krytyki całej tej światowej, a tak krwawej awantury: „Niedorzeczność”, „Bezsens”.

Chwila tego uświadomienia, sądu jedynie rozumnego, i zarazem wkroczenia Turcji na scenę, przypada na sam koniec trzeciego miesiąca wojny. Mamy jutro 31 października. Nie przyniesie on pewnie nic innego prócz komentarzy do wczorajszych wydarzeń lub oficjalnego wypowiedzenia kilku nowych wojen.

U progu tedy nowego miesiąca i okresu zapuszczam kurtynę i czynię międzyakt.