Staruszki

W labiryntach prastarych stolic, w ich odmęcie,

Gdzie ma swój czar to nawet, co ohydne i wstrętne,

Gnany smutnym kaprysem rad ścigam zawzięcie,

Istoty dziwne, mimo zgrzybiałość ponętne.

Te poczwary bezkształtne — to niegdyś kobiety —

Eponina1 lub Lais2! Dziś zmięte, zgarbione...

Kochajmy je! to jeszcze duchy — te szkielety

W podarte, wynoszone szmaty otulone.

Czołgają się, chłostane cnotą bezlitośnie,

Drżąc przed nadbiegających hukiem omnibusów3,

I jak relikwie tuląc u boku miłośnie,

Woreczki, szyte w kwiaty lub w godła rebusów.

Drepcą jak marionetki — lub podobne rannym

Zwierzętom — wloką swoje umęczone członki,

Lub drgają mimo woli ruchem nieustannym,

Te przez jakiegoś biesa poruszane dzwonki. —

Wzrok ich, to głębia, kędy4 nocą woda świeci.

Błyszczy — i mimo starość jak świder przeszywa,

W ich spojrzeniu jest boski wyraz oczu dzieci,

W których lada błyskotka śmiech i dziw wyzywa. —

Czyście zauważyli, że trumny staruszek,

Bywają często szczupłe jak trumna dziecięca?

Śmierć mądra w tym zbliżeniu z całunem pieluszek

Składa symbol dziwaczny, co jednak przynęca. —

I gdy na tle Paryża, wielkiego mrowiska,

Taki blady cień przemknie — coś mi z cicha szepce,

Iż te wątłe istoty, widmowe zjawiska

Suną się pomalutku ku nowej kolebce5.

Albo, patrząc na dziwnie złamane postacie,

Rozmyślam, geometrii pracami zajęty,

Ile się też robotnik na swoim warsztacie

Namorduje nad formą skrzyń na one szczęty6?

Jak oczy — studnie ryte przez łez miliony,

Tygle7, które stygnący metal porysował,...

Mają czar tajemniczy i niezwyciężony

Dla tych, kogo surowy los od dziecka chował.