III

Nie! — Człowiek nie dopełzał z wolna człowieczości

Od nijakości jakiejś, nicości i czczości,

Od najniższej tu rzeczy — bo, gdyby tak było,

Toć są globy daleko, mniej wytworne bryłą,

I od naszego niższe... gdzież nareszcie atom?

Najdoskonalej marny, wyrwałbym tym światom.

Nie! Człowiek całym powstał, zupełnie wytwornym,

I nie było mu łatwo być równie pokornym,

Bo cały był i piękny... i upadł... Dziś praca

Coś w nim trawi, kształtuje i coś mu powraca,

Dziś znamy wstyd, co każe stosować się ciału

Do czegoś nieznanego... (to do ideału!)

Dziś czujemy lenistwo... (to z raju roślina,

Co, bez prac radząc tryumf, tryumf przypomina).

Nic z pierwotnych tych epok wcale nie zginęło.

Żyją stare religie, pierwsze ducha dzieło.

Do dziś są sabeiści22 i do dziś szamany23,

I fetyszyzm24; gdzie pomnik lepiej dochowany?

Cóż sabeizm, szamanizm, fetyszyzm nam głoszą?

Że religie nie z pyłu się w górę podnoszą,

Lecz z gwiazd dżdża u Sabeów — z wnętrza monologu

U Szamanów — z konpunkcji25 w amulecie-bogu

U fetyszystów — słowem, że człek tu przychodniem,

Nie znał gdzie jest, poglądał co nad nim, co pod nim,

A potem rdzenia własnej samotności szukał.

A potem w wyobraźnię, potem w granit stukał,

Aż mu wyjrzał bóg-fetysz z głuchego granitu.

Ten sam, co był w sumieniu i gwiazdach u szczytu,

Ten sam, co jest.

Nieco poglądając dalej,

Czas rozwionie, prawda się w źrenicach zapali,

Otworzy się sklepienia i wzroku budowa.

I oto nagle widzim pierwszą kartę słowa,

Pierwszą widzim literę z harmonii stworzenia,

Ogromne A! podziwu świata i sumienia!

Litera wcale nie jest, jak tuszy26 niektóry,

Czemś dowolnem, co nie ma swej architektury,

Ani uzasadnionem na pierwiastku wiecznym;

Stara, jak słowo, ona czyni je stateczném.

Tu należy znać, co jest wygłos i milczenie,

Spomnieć, że: istnie27 nie ma strun, raczej strun drżenie

Nieustanne istnieje pewniej, niźli struny,

Które się akordami wciąż niosą w bieguny.

Tak, słowo jest w człowieku akordem atomu.

Nieustannie człek mówi — jak milczy, to komu?

Nie duchowi, ni sobie, ni wewnętrznej pieśni.

Słowo, niźli narzędziem, celem było wcześniej.

I tak jest dziś. Tu słowa uzasadniam wolność:

Nie przez pisarską jaką replikę28 i zdolność.

Dlatego to jest wolne słowo, jak stworzenie,

Dlatego to wymownem być może milczenie,

Dlatego nad wykrzyknik jedno mgnienie oka

Donioślejsze. Jest cisza płytka, jest głęboka...

Dlatego z wielu figur wymowy, na scenie

Najsilniejszą przestanek — głosu zawieszenie,

I cisza stąd daleko jest szerszą w swej gamie

Od gromu, który cały horyzont połamie.

Dlatego to nareszcie wiemy doskonale,

Że, choć mówi się: «Proza» — prozy nie ma wcale.

I jakżeby być mogła, skoro są periody29,

Dwukropki, komy30, pauzy? To jest brulion Ody,

Nienapisanej wierszem. Proza jest nazwiskiem,

Które, jak zechcę, głosu odmienię przyciskiem.

Dziwnie wielki Mojżesza stilus31 w jednem słowie

Kreśli początek, ludzkiej założony mowie.

Oto — mówi — Przedwieczny32 przywiódł przed człowieka

Bydło, zwierzę i ptactwo powietrzne — i czeka,

Aby je wszystkie przezwał ich imieniem własnem...

Nie można być, doprawdy, kolosalniej jasnym!

Dwie albowiem przyczyny tu w działanie wchodzą,

Słowa się po sprawdzenie odnoszą, gdy rodzą,

Swoją zaś ścisłość mierzą natury obrazem —

Są prawdy z ducha i są z litery zarazem.

Wszechmądrość i sumienie, jak słońce z zwierciadłem,

Rozejrzawszy się, ciska promień abecadłem...

Garbate G w pisaniu starych Samarytan

Jest «Ghimel» wielbłąd, «nun» jest jako ryba czytan.

Wszystkich języków jeden początek źródłowy

Do dziś widny33 — bo wszędzie jedne części mowy!

Długo stąd inwokacje34 na pierwszej stronicy

Książek: do muz na górze i do prawd rodzicy.

(Co zmieniło się potem przez praktyczność czasów,

Nie muzy inwokując, ale mecenasów...

Dalej nareszcie pieczęć tam siadła cenzora,

A dziś miejsce to zajął portret autora).

Ślad wszystkich słowa epok i wielu tajników

Pozostawa35 i snowa się36... I tych pomników

Nieczytelnych... lub, jaśniej powiem, nieczytanych,

Lub jeszcze jaśniej rzeknę: tych niedomniemanych,

Sporo jest dotąd, lubo i te coraz bledną...