XII

Jak przeto czyni owy budownik katedry,

Że nie pierwej związuje na poddaszu cedry,

Ni obleka ich blachy tarczą, lecz odwrotnie

Działa, w głębię się mając z taczkami samotnie

I, aby wzniosłe stawił, grzebie pierwej w ziemi

A potem mur utwierdza cegły czerwonemi,

Powtarzając zasadę budowli — pomału —

Nareszcie czaszkę sklepi z okiem bez kryształu,

Acz w zaciosach ciąg trzyma jeden i ten samy,

Od posad do kolumny trzęsącej liściami,

W sklep95 idącej gałązek nerwy, aż co dalej

Stawiąc, gdy się już wszystko skostni i ustali,

Na jeden raz w ostatnią ująwszy wieżycę,

Całego gmachu obraz w niej trzyma jak świécę,

I zapala u słońca blach rozmaitością

Strzałę wieży, jakoby duch błysnął nad kością —

Tak od świętości słowa rzecz snować poczęta,

Zestrzelona w charakter staje, jest dopięta.

Człowiek, który na wstępie nieustannie mówił,

Milczy i pisze naraz, gdy się zastanowił,

Naraz milczy i pisze, bo zastanowienie

Ogółu jest objęciem, więc jest określenie,

Więc to jest forma. Przeto: litera i słowo

Z wewnątrz na zewnątrz całą zakwitnęły mową.

Alić, gdy słowo w ślepe zmieniono narzędzie,

Zginął plan, opuszczono rusztowań krawędzie,

Pomięszanie wewnętrzne, znaczeń słów przemiana

I ruina, nim Babel była zbudowana!

Dwie się tradycje odtąd głównie rozpierają:

Poufna i zewnętrzna; kasty tu powstają,

Ale zarazem pismo i ruch dramatyczny,

Pełny, gdy równie święty, o ile praktyczny,

Przełamany, gdy praca wnętrzna zaniedbaną,

Lub w kajdany okuty, gdy ta zapomnianą.

Odtąd znów świętość słowa przez prorocze usta

Odklina, co zaklęła nicość lub rozpusta,

I szeregami ludzi ukamienowanych

Pozywa świat do źródeł przed stopy rozlanych,

Aż gdy ostatnią kroplę rozetrą pod piętą,

Woda się w krew zamieni, nie będąc pojętą!

Nareszcie słowa świętość w majestacie całym

Gore, lecz nie zewnętrznie głośnym ideałem

I, niźli spostrzegł, pierwej świat jest zwyciężony

Od wewnętrznej zarówno, jak zewnętrznej strony.

Równowiednie się słowo stanowi i czyta,

Tworzy charakter, coś jak spiritus et vita,

I siłą jest — jak pierwej w świecie starożytnym

Siła się tylko słowem mieniła zaszczytném;

A wielkie charaktery, słynne przez klasyków,

Winne wielkości pomiar96 ciszy niewolników.

Odtąd, mówię, charakter nie jest już wypadkiem

Cudzego upodlenia, jeno prawdy świadkiem.

Parabola97 wraz stręczy98 rękojmie zbiorowe

Harmonijnej dyskusji i z błędu wymowę

Czyni, zaś z kłótni daje dialog bogaty,

Z uniesień deklamację... Tu rozejma światy,

Przez dany cel niskiemu światu niskie bierze

I podnosi, jak słusznie uprzężone zwierzę.

Zawiść na bodziec mieni, zazdrość czyni biczem

Samej siebie, chełpliwość z krzykiem jej zwodniczym

Zamienia na te gzymsów wyskoki, co same

Są nic, lecz arcydzieło ubierają w ramę,

I, nie widząc go, służą mu, a sobie rade,

Dmą w pełność własnych kształtów i w złota paradę.

Zło, zaiste że w dramie słowa rozwiniętej

Strawione jest i gniewu oścień jest połknięty.

Mąż, co na prawdzie stoi, jako heros nagi,

Ma już wszystko, gdy dość ma czasu i odwagi.

Takowa to oś skoro wzięła utwierdzenie,

Stało się w dziejach miejsce, nie miejsca widzenie,

Wołające w etery proroczego ducha —

Miejsce pewne, garść ziemi dotkliwa i sucha.

Stąd graniczność, stąd ludów przestanki i mowy,

Konieczny bezinteres międzynarodowy.

Ciała nowe, nie z bioder samych gór powstałe,

Lecz i ze słów, o ile jaśnieją dojrzałe.

A kto by mi zaprzeczył doniosłości słowa

I że nie wstaje przezeń istność narodowa,

Ni stworzyć to parlament, co historia zdolny —

Ten wszystko może umieć i znać prócz, że wolny!

Nie rodzimość to bowiem języka zrobiła

W Ameryce parlament, ale słowo-siła,

Tworząc świat cały nowy, jak niebieskie ciała

Za dni pierwszych, gdy twórczość byty wymawiała.

Nie język przenajczystszy genezą99 korzeni

Waszyngtonowi orła dał i garść promieni100,

Lecz Ten, co ze wszech figur i ze wszech przymiotów,

Ze wszystkich tkań, ze wszystkich uciszeń i grzmotów

Czyni ogromną aurę wolności sumienia:

Wysokość sfery słowa, nie wartość korzenia101 !

Zarody i roślinne języków wartoście

Próżna jest, gdy wzajemnie ściągają zazdroście.

Żaden sam z siebie nie był i nie jest dostatni;

Dziś wziętszym ten, co szczegół kreśli akuratniej,

Skoro o pracę idzie i o krajów miedze;

Głębszy stanie się wziętszym, gdy pójdzie o wiedzę.

Proszę hebrajską mową pisać felietony102,

Po parysku dotykać dawidowej struny103,

Skandynawskie marzenia wyłożyć na mowę

Rzymskich legistów, kształtne fraszki lucjanowe

Na braminów104 dialekt. — Zewsząd będą straty,

Każdy język okaże się w czemś niebogaty.

Lecz, jeżeli mąż, członek narodu, już stoi

Tam, gdzie o swe słabości człowiek się nie boi

I gdzie ze stron ujemnych urabia się nowa

Bezstronności potęga, dodatność zbiorowa,

Niechże narodu język strony swe mniej chwalne

Zna i prawdzie zeń łuki wiąże tryumfalne.

Polskiemu językowi na czem z rodu zbywa?...

Na literze! To jego strona jest wątpliwa.

Nie na słowie, ni słowa duchowem bogactwie,

Ni jego włóknach srebrnych, raczej na ich tkactwie.

Litera u nas słusznie nie była pojęta,

(Może Achilles winien, lecz to jego pięta)

Litera za rzecz była uważana szkolną,

Kiełznającą umyślnie, nie bezwłasnowolną,

I ani jeden głos się nie podniósł z otwartą

Myślą, że ona częścią słowa równie wartą.

Do dziś, zaiste, wyznać trzeba, choć boleśnie:

Późno wychodzi książka, czyn w zamian przedwcześnie,

Gdy na wyścigi takie prac, co nieład wadzi,

Patrzą smętnie i mówią: «Kto kogo przesadzi?...»

Do dziś ze wszech historyj tą, która utrafia

W serce sprawy, byłaby książki biografia.

Wszelako bez słusznego litery uznania

Ciągu nie ma i toku, lecz fazy i drgania.

Fazy, przez same następstw wywołane starcie

Chemiczne, nie zaś z ducha czerpane otwarcie;

Próżne myśli i woli odbrzmiewania czasów,

Które ledwo być winny kreskami nawiasów.

Namiętne dziś, dopokąd odpór jest ich siłą,

Jutro puste, pojutrze ani wiesz, co było.

Tchnąć możesz bez litery i bez jej uznania,

Ale dać nic nie zdołasz: ona rękę skłania.

Ludy, chociaż mniej zdolne, choć płytkie natchnieniem,

Skoro literze wierne, zgłuszą cię swym cieniem

I przejdą mimo twoich uroszczeń, bo one

Dawać mogą, nie tylko wskazywać koronę.

One dzierżą ujętą własność i podzielną,

I mogącą się drobić, jak bułkę kościelną,

Gdy ty z głębiami słowa w niedosiężnej studnie,

Bez wiader ku czerpaniu, strawisz się odludnie

I jeszcze szemrać będziesz, zniechęcony nader:

«Ja mam źródła, on pije z suchego dna wiader!»

Moc miejmy obejrzenia się na braki, które,

Ujemne będąc, kreślą całości naturę,

I są jakoby twórczą narodów pokorą:

Pozornie krzywdząc, one dlań skarbią i biorą.

Z rodu, rzekłem, polskiemu językowi zbywa

Uznania, iż litera jest ciągiem ogniwa,

I że, jakkolwiek jasno każda perła świeci,

Przestawa być litanią różaniec bez nici.

Dość jest spojrzeć na szereg typów, co, gdy staną,

Więcej rzekną nad słowa lub księgę pisaną.

Benedyktyn milczący w jaworowym lesie,

Za nim posąg Jadwigi, który w ręku niesie

Model Jagiellońskiego Uniwersytetu...

Jezuita, ksiądz pijar, filozof francuski...

A potem: w stronę jednę sybirskie powózki,

W drugą pielgrzymi kostur105 ... Oto są posągi

Tych epok, jak się one nastawiały ongi.

Dziejów sąd ma u siebie tę straszną potęgę,

Że może słowa nie rzec i utworzyć księgę,

Skoro, nie gwałcąc zdania ani rzeczy biegu,

Postawi tylko trumnę przy trumnie w szeregu,

A wiatr kątami onych zawiśnie w te słowa:

«Nie rzekłem nic!... Czytajcie, co zmówił Jehowa!»...

Powiadają, że Księgi Pielgrzymstwa106 śród krzyże

Porzucone z kartami, które wicher liże,

Jak pianę fal, są arcypotężnem zjawiskiem,

Że duch bywa materii marnotrawstwa bliskim,

Że, zaiste, jest wielkiem natchnienie wulkanu,

Ptak je wietrzy, drży jemu grzywą kark kurhanu,

Firmament się zanosi łkaniami Sodomy.

Coś dzieje się, wracają niedopękłe gromy

We chmur wnętrza, jak poród, co uląkł się siebie;

Coś się na ziemi dzieje, stało się na niebie.

Miasta, jako ich mury pobladły wapienne,

Bruki placów jak piersi podnoszą się senne,

Gmin szemrze... potem naraz czerwony słup łuny,

Przekreśliwszy firmament, rozdeszcza pioruny.

Rolnik pług załamuje w skibę rozżarzoną,

Jak krzyż w zachodu blaskach. Król chwiejną koroną

Maca po drżącej ziemi, gdzie państwa granice,

Zgładzone burzą w karty piasku bladolice,

A poświst wichru równa ludzkość cichym pyłem...

Mówią, że to jest wielkie! — Ufam!... Ja tam byłem!...

Wszelako, acz jest piękne wulkanu natchnienie

I, trzęsąc harfą nerwów, ma coś, jak sumienie

Doniosłego — być może, że i Nilu łono

Szerokiego, co z swoją palm rzadkich koroną

Na równem czole, w płaszczu safirowym wody

Wraca rocznie, pamiętny, by ukrócić głody

I rozwiniętą szaty lazurowej połą

Otula pierś narodu, jak matka pierś gołą

Niemowlęcia, by wstał jej syn zdrowy i syty

Pojrzeć na dobroć Boga, na zbóż aksamity:

Myślę, że i ten cichy co rok widok łanu

Majestatycznym bywa niemniej od wulkanu.

Bawi mię, gdy dziennikarz albo publicysta

Klnie średniowieczną ciemność, z której wciąż korzysta;

Ta ciemnota musiała nieźle być użyta,

Gdy się, jak świeca, topi, a przy niej się czyta.

Ciemnota, która mimo niezgrabne praktyki

Stworzyła arcydzieła, stworzyła języki!

Tych się nie tworzy sennym natchnienia polotem,

Zboże po burzy wstawa, lecz nie siane grzmotem,

I raczej praca długa a wierna literze

Całokształty takowe urabia i strzeże.