XI

Jako przez czasy wszystkie w sposób wieloraki

Cierpiało ucisk słowo, cierpi dziś: lecz w jaki?

Tu pytanie, na które pełno gdy odpowiesz,

Tyle więcej się wzmożesz67, ile więcej dowiesz.

Przeto z dala od żółci i wszelkiej przysady

Powiem treść i świadczące codzienne przykłady.

A naprzód, by obłędną myśl wprowadzić na tor,

Zeznam, iż dzisiaj autor i wulgaryzator68

Siły dwie, dwa kierunki i dwa jak wiek wieki

Zamieniwszy na jeden, jest jeden kaleki!

Jeden głównie kierunek, żeby jak najskorzej

Oświecić masy — tanio, jak można, choć gorzej,

Choćby zrubasznić prawdę, lecz uczynić wziętą69,

Zniżyć o sto, to będzie sto więcej pojętą!...

Zniżona tak, zaczerpnie namiętności kału,

Potem się wyprze ojca swego, ideału,

Lecz szeroką się zrobi, jak pożar, a ilu

Pojrzy na łunę, rzeknie: «Co za jasność stylu!»

Aż śmiech bierze (podobny Annibala śmiechom70)

Przyznawaj autorstwo — komu? Pieśni echom.

I dowiedzieć się, ile wiadomość jest nowa,

Że nie są jednem słowem dwa odmienne słowa,

Że przepisarz, opisarz, spisywacz, stenograf,

To nie autor, rzeźbiarzem że nie jest fotograf,

Ani mówcą lakońskim każdy abrewiator71...

Dwie to ręce — autor i wulgaryzator!

Autor72, słowo greckie, ciemne i magiczne;

Wulgaryzator, rzymskie, jasne i uliczne.

Nie idzie o to, które z kolebki lub trumny,

Lecz że to są dwie struny. I że muzyk umny73

Nie naciąga dwóch w jedną, tylko człowiek dziki

Brzdąkający jak Marsjas74 lub pijane z Frygii75.

Powiadają, że boski Mistrz równie był jasny

Dla mądrych i maluczkich (dopisek to własny

Do ewangelij czterech, nie wiem, z której wzięty).

Któż mniej od Zbawiciela bywa tu pojęty?

I czy On wszystkich uczył równo parabolą?...

Dziś w ewangeliach nawet czytają, co wolą,

A czego wcale nie ma — lecz co tak się czuje,

Tak czyta, jak się puści i zwulgaryzuje.

Autor idzie w ciemność76, by wydarł jej światło,

Wulgaryzator w jasność, by rozlał ją na tło.

Dwa kierunki, pozornie różne i czasowo

Sprzeczne, jako litera praw i duch jej: słowo,

(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,

Że, gdy jedni jasności, ów ciemności szuka).

Szczęśliwi, którzy z rąk dwóch jedno skrzydło robią;

Prac widać dokończywszy, zasnąć się sposobią;

Lecz, kto tworzy, ten wielkim i samotnym losem

Niesiony jest, gdzie Twórczość, więc blisko z Chaosem77 ...

Dwoma ramiony w cienie nieustannie godzi,

A ile rozdarł, łyska coś, grzmi, coś się rodzi!...

To autor... i tak byli wszyscy bez wyjątku,

Do dzisiejszego twórstwa od twórstwa początku!

(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,

Że, gdy jedni płytkości, ów ciemności szuka).

Wulgaryzacji celem jest tak wielce jasność,

że ono ginie w cieniu, całą tracąc własność,

I znika tam, gdzie światła gotowego braknie,

Łaknąc wciąż; jej też słuszna78 dawać, gdy kto łaknie,

Ale ona nic sama przez się nie stworzyła:

Ona — to przemysł prawdy, nie skarb jej i siła!...

Ona, by dziś dogonić zapóźnione kroki

Postępu mas, przysyła im ukłon głęboki,

Lecz, kłaniając się, patrzy na obuwie rzeszy,

Czy w nagleniu dotrzyma sandał i pośpieszy.

Cel jej, gesta i grzeczność, i jej popularność,

I konieczna jej prawda, i cała jej marność —

Są skądinąd, gdzie indziej, i nie z tego świata,

Ku któremu niewdzięczne autorstwo wzlata.

Cóż powiem? Że te pierwsze, te elementarne

Prawdy są dziś nowością... Jakże zdania marne,

I niechaj to da obraz uciśnienia słowa,

Gdy rzeczy tak widoczne, tak jawnie się chowa.

Dalej, by skreślić całość, pójrzmy na metody

Nauczania, tworzone jako parochody79,

Ile możności szybkie, ponętne — dla ludzi

Praktycznie zatrudnionych, których książka nudzi,

Lub zabawne metody dla szczęśliwych, którzy

Bawić się chcą, więc których praca głębsza nuży.

Oto obraz — i wierny!...

Jakoż teraz słowo

Pojęte jest technicznie, zamiennie, wekslowo,

I tylko jako środek. I o żadnej dobie

Jako cel... i już nie ma gdzie zmodleć się w sobie.

A jako cel nie będąc dosyć poważane,

Bliskie jest stradać cechę jedną, cechę onę,

O której w umiejętnym80 świecie ani mowa,

Powiedzieć chcę, że bliskie stradać świętość słowa!

«Świętość słowa?» — zapyta akademij członek,

Dziennikarz, opowieściarz lub nadzorca czcionek,

Słowem cała Minerwa81 — o tym przymiotniku

Słowa nie wyczytawszy w spółczesnym dzienniku.

Autorstwa pojęcie i wulgaryzacji,

Bez różnicy zmieszane, to wagon na stacji,

Karmny82 wodą i ogniem, co wzajemnie pryszczą83;

Zżyma się, aż źrenice mu czerwono błyszczą.

«Gdzież nie pójdzie!» tłum woła.

Ani na cal dalej,

Tylko pokąd mu drogę ręką wyrównali.

Poniekąd złudna szybkość w tem upowszechnieniu,

Które ogółu nie zna, gdy mniejszość jest w cieniu,

I choć się większość boskim uświęca tytułem:

«Vox Dei»84 ona większą częścią, nie ogółem.

Gdyby zaś była onym, to w swojej całości,

Pytam się, co zastrzegła dla głosu mniejszości,

Który nie ustał nigdy, ni kiedy ustanie,

Z niego to bowiem, z niego jest początkowanie,

I dnia, którego mniejszość straciłaby mowę,

Dosnułby się kłąb dziejów lub skłamał osnowę;

Nie z większości-bo promień inicjatyw świta,

Ani z wielmożnej dłoni, lecz z tej, co przebita!

Z trzech przeto stron dziś cierpi słowo — i trojako:

Jako świętość, jak mniejszość i nareszcie jako

Ogół, który ogółem nie jest, lecz odłamem.

Tak dzisiaj słowo cierpi ujarzmione kłamem!

Dopiero ze swej strony rządowe rękojmie

Karcą wpierw te zdrożności, nim ogół je pojmie,

Stanowiąc prawa tłoczni, co wchodzą w działanie

Względem płodu, którego tak wątpliwem drganie.

Oto jest bezprzysadnie85 skreślon obraz rzeczy;

Niech go pełniej wypowie kto, słusznie zaprzeczy!

Najmniej wszelako rządy, lub86 w ostatku, ganię;

Wierząc świętości słowa, nie liczyłem na nie,

Lecz chcę, by obywatel czuł u swojej wargi

Coś nad rządów rękojmie lub niewczesne skargi.

Chcę, by pióra dotknięcie, żeby ust otwarcie

Nie na wiotkiej się prawa osadzały karcie,

Lecz same niosły z sobą umocnienie swoje

Od pierwszego w świat kroku, jak Minerwa zbroję87.

Widzę, że skoro wolność słowa jest w ucisku,

To, co jej wzięto, cynizm daje pośmiewisku

I ironia to bierze w opiekę macoszą,

Mówiąc: «Nie znieśli prawdy, niech poświst jej znoszą!»

Zaś cynizm ma poważną przeszłość i ma szkołę

Starą: jak to, że dziecię w świat przychodzi gołe,

Ani zapomnieć słuszna, iż wykwintne owe

Myślenia, co korony nosiły laurowe,

I stopę miały złotym promienną koturnem —

Musiały się gdzieś spotkać z czemś prostszem, mniej górnem,

I że cynizm w ateńskiej wiedzy Panteonie88

Był Herkulem!...

Ci błądzą, co mają ironię

Za zło ludzkiego serca... Ta lewica marzeń

Niekoniecznie stąd idzie... Jest ironia zdarzeń,

I jest ironia czasów. Obie się nie rodzą

Z woli serca jednego, ani w jedne godzą.

Prawda, że rząd nie może być palcem wytykan,

Że nie znosi działanie ustawicznych szykan,

I że stworzeniu wstrętną jest języka żywość;

Lecz cóż lepsze? Czy głucha, niema podejrzliwość,

Zimna, jak pian powierzchnia, nim bałwany wstaną?

Podejrzliwość czemże jest? Milczącą szykaną.

Nie! Znam ja coś gorszego nad uśmiechy krzywe,

Nad cynizm, nad ironię: znam serio fałszywe!

I gdy byłem w Neptuno89, gdzie łaźnie Nerona

Wypłukuje z wiszarów90 fala zapieniona,

Bijąc w takt nieustannie i z wielkim spokojem

Obłamuje mozaiki i ciska jak swojem

Różnobarwnemi głazy i ciągle je ślini

Pianą, i zaokrągla, i równemi czyni,

I jak kulami rzuca ten tyle potężny

Żywioł, jak malec jaki lub kto niedołężny.

A pomyśliłem wtedy, że fałszywe serio

Buchem tych fal, że kolor morza jest liberią,

I że to społeczeństwo jakieś niewolnicze

Bawi się tu, więc czyni, co się jego tycze...

I odszedłem od brzegu morskiego...

Nie chciałem

Ironii, ale ona szła, jak cień za ciałem,

I tarzała się w piasku, gdzie stąpiłem nogą,

Jak padalec, stała się obuwia ostrogą,

Choć ani mogłem myśleć o niej, ni myślałem

Tam, gdzie się stokroć łatwiej spotkać z ideałem.

Inny przekląłby morze, jam wielbił te słowa

Psalmu: «Naśmieje się z nich kiedyś sam Jehowa!»

I poznałem, co to jest ironia zrządzenia91,

Które nie wyszło z serca ludzkiego ni chcenia.

I spomniałem to serio fałszywe, okrutne!

Gdy ludzie, prawdę widząc, czczą kłamstwo wierutne,

Niewolniki tych, którzy dzierżą, i zgnębionych,

Nie śmiejący nic stworzyć, pyły form stworzonych,

Służebni zawsze, zawsze żadni. Czy ich słowo

Przeczy lub twierdzi? Równie krągłe jednakowo,

Bo myśl ich jest tym piaskiem brzegu, który psuje

Formę swoją, tym kształtem, jakim morze pluje,

Pieniąc się i popycha stopą fali białą

Ten proch, jak księgę jaką pustą i zbutwiałą.

Pogardziłbym — i zmilkłbym!

Czy serio takowe,

Gdy jak wąż najedzony oślini ci mowę,

A społeczeństwo jemu więcej niż przyklaśnie,

Bo przemilczy lub, w słońce poglądając, zaśnie,

Jak Dulcinea92 silna, leniwa i czerstwa —

Lub ogół w asocjację93 zmieni przeniewierstwa,

I między wszystkich rozda po cząstce nałogu,

Żeby się wydać pełnem społeczeństwem Bogu

I okrągłem, i całem...

Czy takowe serio,

Które by niebo swoją okryło liberią

I zapięło na guzik cynowy księżyca,

Lepsze jest od ironii i pewniej oświéca?

Czy takie serio, które od wieka do wieka

Zjedna sobie na zimno genialnego człeka,

A potem go utuczy mową pogrzebową,

I postawi mu grubą figurę brązową94,

Na której ptak wypocznie i bluszcz pójdzie do niej,

— Czy serio takie wiele czulsze od ironii?...

Wszelako taki ogół, co tak się osklepi,

Nie ironia, nie cynizm wybudują lepiej.

Jedna i drugi, istną nie będąc przyczyną,

Trwają tyle, ile są społeczności winą,

Lecz któż niemi cokolwiek zacnego postawi?

Nikt, choć niemało złego i gorzkiego strawi.

Gdzie przeto całe trzeba sklepienie rozpękać,

Gdzie przeto wolność słowa musi w poród stękać,

Tam, to jest u samego roboty poczęcia,

Pytam się: który przymiot swe zachował wzięcia?...

Czyli wiedza? Czy talent? Czy wielka wymowa?

Nie! Tam charakter człeka, a więc świętość słowa!