Pieśń X

(4. Na słońcu. Święci poznania tworzą dwa wieńce świateł. Teologowie: Tomasz, Albert, Lombardus, Salomon, Boecjusz, Beda, Izydor i inni.)

Niewysłowiona a pierwsza potęga160

Z miłością w syna swojego patrząca,

Jaka z nich razem wiekuiście dysze,

Takim porządkiem świat stworzony sprzęga,

Gdzie tylko wzrok nasz i nasz umysł sięga,

Że podziwiając takie dzieło boże,

Człowiek je wielbi i korzy się w pysze.

Wznieś, czytelniku, ze mną wzrok zdziwiony

Ku wyższym sferom, a spojrzyj od strony,

Gdzie prąd przeciwnych ruchów się potrąca161:

Byś sztuce tego mistrza się dziwował,

Który ją w sobie tak sam ulubował,

Że od niej oka oderwać nie może.

Patrz, krąg ukośny jak stamtąd wylata162,

Tocząc wzywane przez wszechświat planety,

By gwoli światu szły do swojej mety.

Gdyby ich droga nie tak była kosa,

Wpływ by niejeden straciły niebiosa,

Byłaby ziemia martwa, lodowata:

Gdyby tor skośny koła zodyjaku163

Mniej albo więcej zboczył z swego szlaku,

Mógłby wyrodzić zaburzenie świata.

Teraz na ławie twej siedź, czytelniku,

Jeżeli duch twój lubować się zechce

W dziełach porządku i piękna bez liku,

Których przedsmakiem twe łaknienie łechcę.

Stawię przed tobą pełną wina czaszę,

Sam gaś pragnienie, ja ci nie ugaszę:

Bo teraz przedmiot mojego pisania

Wszystkie me siły i duch mój pochłania.

Ten wielkorządca natury164, co mierzy

Czas swoim światłem, krążył z zodyjakiem165,

Tam gdzie wóz godzin co najchyżej bieży.

Jak nie spostrzega człowiek, jakim szlakiem

Myśli przychodzą, szybkie ducha gońce,

Tak nie postrzegłem, jak wstąpiłem w słońce.

A Beatrycze, której postęp w czasie

Z dobrego w lepsze wymierzyć nie da się,

Ona, co blask swój sama z siebie bierze,

Jakim świeciła blaskiem na tej sferze,

Nikt pojąć, ja bym opisać nie zdołał,

Gdybym duch w pomoc i sztukę przywołał.

Lecz można wierzyć i przystoi żądać,

Aby na moją wiarę ją oglądać:

A jeśli skrzydeł wyobraźnia nasza

Do wysokości takiej nie podnasza,

Nic w tym dziwnego; nikt do tak wysoka,

Aż poza słońce nie wytężył oka.

Była to czwarta rodzina166, rodzina,

Którą jej Ojciec karmi bez łaknienia,

Ich oświecając światłem objawienia,

Jako się z Niego Duch i Syn poczyna,

Wtem Beatrycze mówiła: «Bez końca

Dziękuj i módl się do aniołów słońca167

Że ciebie skrzydłem niecielesnej jazdy

Do tej widzialnej raczył podnieść gwiazdy».

Nigdy tak żywo serce śmiertelnika

Modlitwa cześcią Boga nie przenika,

Gdy się doń modli z uczuciem głębokiem,

Jak mnie do głębi przenikły te słowa;

Duch mój z miłością tak w Bogu utonął,

Aże jej obraz z pamięci mej wionął.

Ją nie drażniła ta niepamięć nowa,

Tylko promiennym uśmiechem i wzrokiem

Myśl moją w jednym uwięzłą przedmiocie,

Rozwiała nagle na przedmiotów krocie.

Widziałem, światła snuły się, roiły,

Robiąc w powietrzu, wkoło nas zwieszone,

Z nas dwojga środek, a z siebie koronę.

Głos ich był milszy niż blask, jakim lśniły.

Tak czasem widzim otoczoną świetnie

Córkę Latony168, gdy powietrze letnie

Syte wilgocią wstęgę utrzymuje,

Którą swe czoło ona koronuje.

Na dworze niebios169, skąd wracam, jest cudnych

Wiele klejnotów do wyjęcia trudnych

Z tego królestwa. I z głosu, i z treści

Śpiew był tych świateł jednym z tych klejnotów:

Kto na swych skrzydłach wzlecieć tam niegotów,

Ten od niemego czeka o nich wieści.

Nucąc Hosannę te światła słoneczne

Wkoło nas kręgiem obiegły trzy razy,

Jak stałe gwiazdy wkoło swojej osi

Tak grono dziewic w tańcu się unosi,

A nie wychodząc za koło taneczne

Stoją w milczeniu i stoją dopóty,

Aż się poruszą na dźwięk nowej nuty170.

Z jednego światła wyszły te wyrazy:

«Ponieważ promień wiekuistej łaski,

Przez którą miłość wyiskrza swe blaski,

Jak sama stałym mężnieje kochaniem,

Tak świeci w tobie, że twe stopy wodzi

Po tej drabinie z nadzieją, z ufaniem,

Jaką nie idąc w górę nikt nie schodzi.

Kto by się wzbraniał winem z swego dzbanka

Zgasić pragnienie twoje jako trzeba,

Mniej byłby wolnym niż woda w jeziorze,

Która do morza wyjść z brzegów nie może.

Chcesz wiedzieć, z jakich kwiatów ta równianka171,

Co otoczyła twoją piękną panią,

Twą przewodniczkę w podróży do nieba,

Jak aureolą i spogląda na nią?

Oto masz we mnie tej trzody baranka,

Którą Dominik pasł i wiódł tą drogą,

Po której idąc dusze mężnieć mogą,

Gdy z niej nie zbłądzą. Ten, co blask uroczy

Rzuca i świeci światłem tak bogatem,

Był moim mistrzem zarazem i bratem;

To Albert Wielki172, jam Tomasz z Akwinu.

Jeżeli inne tej trzody baranki,

Prócz tych, coś poznał, chcesz poznać, mój synu,

Torem słów moich kierując twe oczy,

Błogosławionej rób przegląd równianki.

Ta druga iskra jeszcze ci nieznana,

Oto wybłysła z uśmiechu Gracjana173,

On z prawem świeckim pogodził kanony,

Za co do raju miał wstęp otworzony.

Przy nim Piotr świeci, on, ozdoba nasza,

Który w przemowie pism swoich ogłasza,

Że dla kościoła poświęca grosz wdowi174.

To piąte światło175 tak piękne i spore,

Taką miłością w swoich pieśniach gore,

Że świat rad o nim rozmyśla i mówi.

Duch wzniosły kryje ta blasków powłoka,

W który nauka wsiąkła tak głęboka,

Że jeśli prawda prawdzie nie ubliży,

Nikt drugi nadeń nie podniósł się wyżej.

Patrz, ten, co światło rozrzuca jak świecznik,

Badał na ziemi naturę aniołów176:

W tej małej iskrze uśmiecha się rzecznik

Wszech chrześcijańskich zborów i kościołów177.

Moim pochwałom dając w kolej ucha,

Na ósmą światłość wytęż oko ducha178;

Wewnątrz jej dusza raduje się święta,

Widokiem dobra wiecznego zajęta;

Ona zwodniczy świat odkrywa nago,

Temu, kto rad jej radzi się z rozwagą.

Ciało, skąd wyszła w Cieldauro spoczywa,

A sama z ciała, wygnanka szczęśliwa,

Po swym wygnaniu i męczeństwie swoim

Tu już niebieskim rzeźwi się pokojem.

Patrz, dwie światłości, każda równie spora,

W nich duch Ryszarda i duch Izydora179

Równie potężnym rzęśnieją łyskaniem,

Oba duchowym wielcy rozmyślaniem.

Światłość, od której twój wzrok odwrócony

Spogląda na mnie, to duch Segijera180

Żałującego, że późno umiera.

On zawiść mędrców podrażnił Sorbony,

Gdy wśród Paryża młode zagrzał głowy,

Przez wykład swoich sylogizmów nowy».

Jak na wołanie zegara z snów łoża

Oblubienica jak świt wstaje Boża181,

Oblubieńcowi by jutrznię odśpiewać:

I w tym z dwóch chórów zacznie się wylewać

Tak uroczysta harmoniji182 fala,

Że pierś pobożną miłością zapala:

Światła te krążąc wirującym torem,

Wciąż jedne drugim wtórowały chórem,

Z słodyczą, jaka czyni duszy zadość

Tam tylko, kędy uwiecznia się radość.