Pieśń XXI
7. Saturn: święci kontemplacyjnego życia. Duchy tworzą drabinę. Zakończenie materii o błogosławieństwie niechrześcijan. Damiani przemawia przeciw urągającemu z przykazań bożych wyższemu duchowieństwu.
Znów moje oczy, z nimi dusza cała
Do mojej pani odwrócone były,
Całą uwagę tylko w niej utkwiły:
Ona uroczo więcej się nie śmiała:
«Gdybym uśmiechem błyszczącym za wiele
Tu zaświeciła,» rzekła Beatryce:
«Spłonąłbyś cały na proch jak Semele1541,
Bo piękność moja w blask rośnie stopniami,
Ile, coś widział w ciągu naszej jazdy,
Wstępujem dworca wiecznymi schodami,
Gdybym ci blasku jej nie złagodziła,
Tu wystawiona na jej błyskawice
Tak by zwietrzała twa śmiertelna siła
Jak liść piorunem okruszony z drzewa.
Jużeśmy przyszli aż do siódmej gwiazdy1542,
Co pod lwa piersią swe żary zagrzewa,
Które łagodząc z nim przyświeca ziemi1543.
Myśl twoją ciskaj za oczyma twymi,
A zrób zwierciadło z oczu dla obrazu,
Co się w nich cały odbije do razu».
O! Kto by wiedział, jak strzelistym okiem
Błogosławionym pasłem się widokiem,
W chwili gdy wzrok mój oderwałem od niej,
Przyzna, że trudno być posłusznym godniej
Pani, co wagą łaski nad swym sługą
Równoważyła jedną rozkosz drugą.
W planecie, który świat biegiem okola,
Noszącym imię kochanego króla1544,
Pod którym ziemskie zło jak trup zastygło.
Widziałem długą drabinę, bez końca1545
Z barwą pozłoty od promienia słońca,
Szczebli jej wyższych oko nie dościgło.
Widziałem światła po szczeblach schodzące,
Patrząc, myślałem, że z niebios zasłony
Zarazem świateł wybłysło tysiące.
A jak z nałogu przyrodnego wrony,
Gdy świta ranek, skrzydłami trzepocą,
Grzejąc nastygłe skrzydła chłodną nocą,
Jedne daleko lecą bez powrotu,
Drugie tam, skąd się zerwały do lotu,
Te w miejscu krążą; w takim ciągłym ruchu
Snuły się światła drabiną rozległą,
Nim każde szczebla pewnego dobiegło.
To, co na szczeblu najwyższym stanęło,
Tak promienisty blask rzucać poczęło,
Ażem rzekł w sobie: «Co ciebie natchnęło
Miłością, jaką objawiasz mi, duchu!»
Lecz ta, od której zależą rozkazu
Milczenie moje, głos mego wyrazu,
Milczała ciągle, ja pytać nie śmiałem.
Potem, gdy w moim milczeniu wyśledzi
Oczyma Tego, który wszystko widzi,
Chęć, co przez słowa objawić się wstydzi,
Rzekła: «Niech twoja żądza swym upałem
Sama stopnieje». Więc tak się ozwałem:
«Lubom nie godzien1546 twojej odpowiedzi,
W imię tej, która mówić mi pozwala,
Szczęśliwa duszo! Z twej światłości środka,
Jaką radości skra w tobie zapala,
Mów, czy cię do mnie zbliża pociąg dzielny,
Mów, za co w raju melodyja1547 słodka
Nagle w tej sferze swój akord urywa,
Gdy tak pobożnie niżej go wygrywa?»
«Ty masz podobnie słuch jak wzrok śmiertelny»
Odpowiedziała: — «tu nikt z nas nie śpiewa
Dla tej przyczyny, co i Beatryce
Kryje uśmiechu swego błyskawice.
Schodzę tak nisko świętymi szczeblami,
Aby ci duszę ugościć godami
Słowa i światła jakie mnie odziewa:
Schodzę, nie żebym kochała cię więcej,
Wzwyż tak kochają, a może goręcej,
Co świadczą światłem rzęśniejąc bogatem;
Lecz miłość wielka, przez którą pobożnie
Służymy Woli rządzącej wszechświatem,
Nas, jako widzisz, umieszcza tu różnie.»
— «O święte światło!» rzekłem «Na tym dworze
Wiecznego króla widzę miłość wolna
Posługom niebios wystarczyć jest zdolna;
Lecz tego moja myśl pojąć nie może,
Dlaczego jedna ze współświateł grona
Na tę posługę byłaś przeznaczona?»
Jeszcze nie były słowa domówione,
Światło krążyło jak koło we młynie,
Miłość tak w jego mówiła średzinie1548:
«Tu światłość boża na mnie promień ciska,
Który przenika mych blasków zasłonę,
Moc jej i wzrok mój razem zespolone
Tak mnie podnoszą, że gdy wzrok wytężę,
Arcytreść widzę, gdzie ta moc się lęże1549.
Iskrę wesela, co ze mnie wybłyska,
Biorę, zapalam u tego ogniska,
Ponieważ jasność mych promieni żywa
Jasności wzroku mego dorównywa.
Duch, co najwięcej rozjaśnia się w niebie,
Seraf, co z wiedzą wielką i szeroką
Najwięcej w Bogu zagłębił swe oko,
Nie zaspokoi odpowiedzią ciebie,
Jeśli to, o co pytasz, tak zapada
W otchłań tajemnic, jak rzecz zakazana,
Której stworzony wzrok nigdy nie zbada.
Gdy cię powita twa ziemia kochana,
Odnieś to ludziom, aby nie ufali,
Że mogą sami w tym celu iść dalej.
Duch, dym na ziemi, tu zaś światło boże,
Czyż tam to mógłby, czego tu nie może,
Chociaż go niebo podniosło dość sporo?»
Tak mnie wstrzymała tych mądrych słów siła,
Żem przestał badać i tylko z pokorą
Świętej światłości spytałem: «Kto była?»
«Gdzie skały między dwoma Włoch brzegami
Tak wysokimi jeżą się garbami1550,
Że często chmura grzmi pod ich stopami;
Gdzie jest garb skały Katrija nazwany1551,
Klasztor daleko białym murem świeci,
Na cześć jednego Boga zbudowany».
Tak odpowiedział duch mi po raz trzeci,
I mówił dalej: — «Tam na służbie bożej
Tak się wzmocniłem, że choć chłód się sroży,
Upał doskwiera, brałem to za jedno,
Chleb mi z oliwą był strawą powszednią,
Wszystko z łagodnym znosiłem wytrwaniem,
Wesół i syty świętym rozmyślaniem.
Klasztor ten żyzną był dla niebios niwą,
Dziś daje szczupłe albo żadne żniwo.
W tym miejscu byłem, Piotr Damian na imię1552
Gdy drugi, Piotrem przezwany grzesznikiem,
Mieszkał w Rawennie, nad Adryjatykiem1553.
Już byłem ciężki wiekiem, gdy mi w Rzymie
Kazano w owym kapeluszu chodzić1554,
Co ze złych w gorsze zwykł ręce przechodzić.
Piotr, Paweł, oba chudzi, bosonodzy,
Żyli żebranym chlebem jak ubodzy;
Gdy teraz wasi pasterze współcześni,
Zwani duchowni, a w rzeczy cieleśni,
Tak sytych stołów zatyli rozkoszą,
Że ich pachołki z siedzenia podnoszą;
Gdy na koń siędą nie o swojej sile,
Koń stąpa cały zakryty purpurą,
Jakby z nim człowiek szedł pod jedną skórą;
O cierpliwości, co pobłażasz tyle!»
Na te jej słowa liczne światła boże
Do niej ze szczebli na szczeble zbiegały,
Iskrząc się piękniej za każdym obrotem;
A stając przy niej taki krzyk wydały,
Jaki się z niczym porównać nie może;
I nic w tym krzyku nie słyszałem potem,
Tak byłem jego zagłuszony grzmotem.