Gruby nie żyje

Sponiewierane moimi zaklęciami drzwi

prawie nie stawiają oporu; odsłaniają

to, co zawsze: stosy pism, w których zdjęcia

zajmują więcej miejsca niż litery, bezskutecznie

domagający się wyłączenia telewizor, i czapkę,

czapkę z daszkiem. Kiedy ją naciągnął

po raz pierwszy i zobaczył się w ukochanym

lusterku z Hansem Klossem, wiedzieliśmy już,

jak będzie brzmiała jego ostatnia wola:

„Pochowajcie mnie w mojej czapce z daszkiem.

I nie zapomnijcie o lusterku”. Nie zapomniałem.

Poczułbym się lepiej, gdyby w końcu

wilgotny ślad oddechu osiadł na szkle,

bo nie wiem, jak wytropić telefon,

a na łysiejącego Brutusa nie ma co liczyć:

wlepił smutne gały w zaczarowany stół,

na którym leży mało używany hamburger z baru

za rogiem, gdzie tyle razy siedział

przywiązany do latarni, i oznajmiał światu,

że śniadanie Grubego się przedłuża.

Tłumacząc „Pana Tadeusza” na bułgarski

Tysiąc lat prześladowań i nagle

rodzę się ja. Jeszcze ćwierć wieku

prześladowań pod pomnikiem Wdzięczności

i znowu się rodzę. Tym razem

jest więcej hałasu

i są dziewczyny. Dużo dziewczyn,

które swego czasu prześladowano

z bardzo dziwnych powodów.

Zapytał grzecznie: „Człowieku, i ty

nazywasz to poezją lat dziewięćdziesiątych?”

Powiedziałem: „Nazwę to

Dziennikiem Anny Frank

pierwszej połowy przyszłego stulecia,

pod warunkiem, że jesteś samochodem

i wywieziesz mnie

do Amsterdamu, kapralu”.