Rozdział czternasty
Kiedy się zbliżyła do furtki parku, usłyszała szczęk zamka. Więc on tam był, w mroku lasu, i widział ją!
— Wcześnie przychodzisz — rzekł z ciemności. — Czy wszystko gładko poszło?
— Zupełnie.
Cicho zamknął za nią furtkę i rzucił strumień światła na ciemny grunt; przy blasku jego latarki można było dojrzeć blade kwiaty, rozwarte jeszcze mimo wieczora. Szli oddzielnie, w milczeniu.
— Pewien jesteś, że dzisiaj rano nic sobie nie zrobiłeś przez ten fotel? — zapytała Connie.
— Nie, nie!
— Czy zapalenie płuc nie pozostawiło u ciebie śladów?
— O, bynajmniej! Serce mam tylko nie tak silne, jak dawniej, i płuca mniej elastyczne. Ale to tak zwykle bywa.
— I powinieneś unikać większych wysiłków fizycznych?
— Poniekąd.
Szła dalej w gniewnym nilczeniu.
— Czy nienawidzisz Clifforda? — zapytała wreszcie.
— Nienawidzę? Nie! Zbyt wielu spotykałem mężczyzn jego gatunku, aby mnie to mogło skłonić do nienawiści. Wiem z góry, że nie znoszę ludzi zbyt potulnych. Poprzestaję na tym.
— A jakiż to jest gatunek?
Connie zamyśliła się.
— Czy Clifford jest potulny? — zapytała.
— Potulny, a jednocześnie złośliwy. Jak większość takich ichmościów, kiedy się z nimi zetknąć.
— A sądzisz, że ty nie jesteś potulny?
— Może niezupełnie!
Wreszcie dostrzegła z dala żółte światełko. Przystanęła.
— Tam jest światło? — rzekła.
Zawsze zostawiam światło w domu.
Szła znowu u jego boku, ale nie dotykając go, i zadawała sobie pytanie, dlaczego w ogóle idzie z nim.
Mellors otworzył, weszli, potem zamknął znowu drzwi. „Jak w więzieniu!” — pomyślała Connie. Kociołek szumiał nad czerwonym żarem, a filiżanki do herbaty stały na stole.
Usiadła w drewnianym fotelu przy ogniu. Po przejmującym chłodzie leśnym w pokoju było ciepło.
— Zdejmę buciki, przemokły zupełnie — rzekła.
Siedziała teraz w samych pończochach, oparłszy nogi o błyszczącą kratę paleniska. On poszedł do spiżarni i przyniósł jedzenie: chleb, masło i konserwy z ozora. Gorąco się jej zrobiło, więc zdjęła płaszcz. Powiesiła go na drzwiach.
— Napijesz się kakao, herbaty czy kawy? — zapytał leśniczy.
— Najchętniej nic bym nie piła — odpowiedziała Connie, spoglądając na stół. — Ale ty jedz.
— Nie, nie jestem głodny. Nakarmię tylko psa.
Ze spokojną niewzruszonością przeszedł po ceglanej podłodze pokoju i rzucił psu żarcie do brązowej miski. Ogar spojrzał na niego lękliwie.
— No, mosz, dyć to twoja wiecerzo. Dyć nie rób takiej głupiej miny, jakbyś nic nie dostała — rzekł.
Postawił miskę na dywaniku pod schodami i usiadł na krześle pod ścianą, aby zdjąć buty i sztylpy. Suka nie zbliżała się do jedzenia, lecz podeszła do niego, usiadła i spoglądała na niego zaniepokojona.
Leśniczy rozpiął wolno sprzączki sztylp. Pies zbliżył się jeszcze bardziej.
— No, cóż ci zaś? Zaś cie ździebko droźni, że sam jest inksza? Prowdziwo z ciebie kobitka, prowdziwo! Idź i zrej swoja wiecerzo!
Położył rękę na głowie suki, a ona oparła łeb o jego nogi. Wolno i łagodnie pociągnął za długie, jedwabiste ucho.
— Hań! — rzekł. — Hań! Idź już i zrej swoja wiecerzo, idź!
Posunął swoje krzesło trochę w stronę miski na dywaniku, a suka poszła tam posłusznie i zaczęła żreć.
— Lubisz psy? — zapytała Connie.
— Nie, nie bardzo. Som za zbytek pokorne i za wiele prziwiązane.
Zdjął skórzane sztylpy i rozsznurował trzewiki. Connie odwróciła się od ognia. Jak pusty był ten mały pokój! Ale nad jego głową wisiała na ścianie ohydnie powiększona fotografia jakiejś młodej pary małżeńskiej, widocznie jego z jakąś niewiastą o bezczelnym wyglądzie, niewątpliwie jego żoną.
— Czy to ty? — zapytała Connie.
Odwrócił głowę i spojrzał na powiększenie.
— No-dyć. Łotfotografówane wtencos, kiej ech sie łożynił; miałech jeden dwadzieścia lot.
Wpatrywał się w obraz.
— Lubisz tę fotografię? — zapytała Connie.
— Cego? Cy lubia? Nie, do sto djobłów, niecierpia jom! Ale łona to już tak wyrychtowała, żechmy sie tak kozali łodfotografówać, jak łona chciała.
Zaczął znowu zdejmować trzewiki.
— Jeżeli jej nie lubisz, po co tu wisi? Może twoja żona chciałaby ją mieć.
Spojrzał na nią z uśmiechem.
— Wziena z chałupy wszystko, co było worte wziońć — rzekł. — Jeny to łostawieła.
— Więc po co ty to trzymasz? Ze względów uczuciowych?
— Nie! Nigdy na niom nie patrza. I blank ech nie wiedzioł, że łona tam jest. Wisi już sam, łodkond echmy sie sam przikludzili.
Odwrócił się znowu do powiększonej fotografii i spojrzał na nią. Oprawiona była w brązową, pozłacaną ramę — ohydną. Na zdjęciu widać było gładko wygolonego, przystojnego mężczyznę o bardzo młodym wyglądzie, w dość wysokim kołnierzu, i nieco pulchnawą młodą kobietę o zuchwałym wejrzeniu, z kędzierzawymi włosami, w ciemnej bluzce jedwabnej.
— Fajnie to łobmyśliła, prowda? — rzekł leśniczy.
Zzuł już buciki i włożył pantofle. Wszedł na krzesło i zdjął fotografię. Na zielonawej tapecie pozostała wielka, blada plama.
— Nie worto jom nawet łobkurzać — rzekł i postawił fotografię pod ścianą.
Wszedł do komórki z narzędziami i powrócił z młotkiem i obcęgami. Usiadł tam, gdzie przedtem siedział, i począł zdzierać papier z tylnej strony wielkiej ramy i wyciągać gwoździki, które przytrzymywały karton za fotografią. Pracował z cichym uporem, który był dla niego tak charakterystyczny.
Niebawem powyciągał wszystkie gwoździki. Potem wyjął karton i samą fotografię w mocnym, białym passepartout. Spojrzał na zdjęcie ubawiony.
— Łobrozek tyn pokazuje mie tym, cym ech wtencos był: młodym mamlasem, a jom tyż cym była: dziewom — rzekł. — Gupi mamlas i dziewa!
— Daj mi popatrzeć! — rzekła Connie.
Był na zdjęciu istotnie bardzo gładko wygolony i w ogóle wyglądał dziwnie gładko, jak któryś z owych gładkich młodzieńców sprzed dwudziestu lat. Ale nawet na fotografii oczy jego były żywe i nieustraszone, a kobieta nie była tak zupełnie „dziewką”, chociaż miała grube kości policzkowe. Miała w sobie jednak coś pociągającego.
— Takich rzeczy nie powinno się przechowywać — rzekła Connie.
— Nie, nie, doprowdy że nie! Cłowiek nie powinien ich wcale kozać robić!
Przedarł na kolanie fotografię razem z passepartout na drobne kawałki, które rzucił w ogień.
— Jeny mi łogień zapaskudzi — rzekł.
Szkło i karton wyniósł ostrożnie. Ramę połupał kilkoma uderzeniami młotka, aż gips latał dokoła. Potem wyniósł kawałki do komórki.
— Jutro to spolymy — rzekł. — Sporo na tym kąszczków gipsu.
Kiedy uprzątnął wszystko, usiadł.
— Czy kochałeś swoją żonę? — zapytała go Connie.
— Cego? Cy kochałech? — odparł. — A ty przałaś panoczkowi Cliffordowi?
Ale ona nie chciała się dać zbyć byle czym.
— Ale lubiłeś ją?
— Cych jom lubieł? — zaśmiał się.
— Może lubisz ją teraz jeszcze? — zapytała Connie.
— Jo? — Oczy jego rozszerzyły się. — Nie, nie! Nie moga se ani wspomnieć ło niej — rzekł spokojnie.
— Dlaczego?
Ale on potrząsnął głową.
— Więc dlaczego się z nią nie rozwiedziesz? Przecież ona kiedyś do ciebie powróci — rzekła Connie.
Leśniczy spojrzał na nią ostro.
— Łona ku mnie nie postompi ani na łodległość flinty. Łona mie jeszce bardziej nie cierpi, niźli jo jom.
— Przekonasz się, że kiedyś powróci.
— Kaj tam, tego łona nie zrobi. To sie skońcyło. Aż mi sie zimno robi, kiej se pomyśla, że mógbych jom jeszce kiejś łoboczyć.
— Zobaczysz ją. A małżeństwo wasze nie jest nawet sądownie unieważnione, prawda?
— Nie.
— Ach, widzisz! W takim razie ona wróci, a ty będziesz ją musiał przyjąć.
Mellors spojrzał na Connie nieruchomym wzrokiem. Potem nagłym ruchem podniósł głowę.
— Może masz rację. Byłem głupcem, że tutaj powróciłem. Ale czułem się rozbitkiem i musiałem się gdzieś podziać. Mężczyzna to biedne stworzenie, którym każdy wiatr miota w inną stronę. Ale masz rację. Postaram się o rozwód, żeby być wolnym. Nienawidzę tego wszystkiego jak śmierci, urzędników, rozpraw sądowych i sędziów. Ale będę się z tym musiał pogodzić. Wniosę sprawę rozwodową.
Connie ujrzała na jego twarzy wyraz stanowczości i zatriumfowała w duchu.
— Chętnie bym się teraz napiła herbaty — rzekła.
Mellors wstał, aby przygotować herbatę. Ale twarz jego pozostała nieruchoma.
Kiedy zasiedli do stołu, Connie zapytała:
— Dlaczego się z nią ożeniłeś? Była niższego pochodzenia niż ty. Pani Bolton opowiadała mi o niej. Nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego się z tą dziewczyną ożeniłeś.
Mellors spojrzał na nią nieruchomym wzrokiem.
— Powiem ci — zaczął. — Z pierwszą dziewczyną, jaką miałem w życiu, zacząłem, kiedy liczyłem sobie szesnaście lat. Była córką nauczyciela w Ollerton, ładną, nawet piękną dziewczyną. Ja uchodziłem za mądrego chłopaka z gimnazjum w Sheffield, umiałem trochę po francusku i po niemiecku, a nosa zadzierałem bardzo wysoko. Ona miała usposobienie romantyczne i nienawidziła wszystkiego, co wulgarne. Wzbudziła we mnie zamiłowanie do poezji i czytania. Poniekąd uczyniła ze mnie mężczyznę. Czytałem i rozmyślałem z największym ogniem, a wszystko dla niej. I zostałem pisarzem w biurze u Butterleya. Byłem wtedy chudym chłopakiem o białej twarzy, napęczniałym od wszystkiego, co przeczytałem. I o wszystkim rozmawiałem z nią; o wszystkim. Zajeżdżaliśmy w rozmowach aż do Persepolis i Timbuktu. Byliśmy najbardziej wykształconą literacko parą we wszystkich dziesięciu hrabstwach. Żyłem w pewnego rodzaju ekstazie. Po prostu dymiłem uwielbieniem dla niej. A ona mnie ubóstwiała. Ale wężem w trawie stał się popęd płciowy. Ona, jako dziewczyna, nie posiadała go wcale, a przynajmniej nie tam, gdzieby być powinien. Ja stawałem się coraz bardziej chudy i coraz bardziej obłąkany. Potem powiedziałem jej, że musimy teraz zostać kochankami. Przegadałem ją w tej sprawie, jak zwykle. Ustąpiła mi więc. Ja byłem podniecony, a ona nie czuła prawdziwej potrzeby tego. Po prostu nie czuła potrzeby tego. Ubóstwiała mnie, lubiła, kiedy do niej mówiłem i całowałem ją. Pod tym względem żywiła dla mnie namiętność. Ale tamtego po prostu nie pragnęła. I istnieje mnóstwo takich kobiet, jak ona. Było to właśnie przeciwieństwem tego, czego ja pożądałem. Sprawa rozbiła się więc o to. Byłem okrutny i opuściłem ją. Potem związałem się z inną, nauczycielką, która wywołała skandal przez to, że utrzymywała stosunek z żonatym mężczyzną i doprowadziła go niemal do obłędu. Była miękka i miała białą skórę, należała do miękkiego gatunku kobiet, była starsza ode mnie i grała na skrzypcach. I była diabłem. Lubiła w miłości wszystko, z wyjątkiem spraw płciowych. Przytulna, pieszcząca, schlebiała mężczyźnie na wszelkie sposoby. A gdy się ją zmuszało do samego stosunku płciowego, po prostu zgrzytała zębami i parskała nienawiścią. Zmuszałem ją do tego, a ona wylewała na mnie za to niekiedy potoki nienawiści. Rozczarowałem się więc znowu. Zbrzydło mi już to wszystko. Pragnąłem kobiety, która by chciała mnie i chciała mieć to.
Potem zjawiła się Berta Coutts. Mieszkała w sąsiednim domu, kiedy byłem małym chłopcem, znałem więc tych ludzi doskonale. Byli to zwyczajni ludzie. Berta wyjechała na jakąś posadę do Birmingham; ona mówiła, że jako dama do towarzystwa pewnej pani, wszyscy inni twierdzili, że jako kelnerka hotelowa czy coś podobnego. W każdym razie, kiedy już miałem aż zadość tamtej kobiety, zjawiła się Berta, z zachowaniem i manierami i eleganckimi strojami, z pewnego rodzaju puchem kwietnym: z pewnego rodzaju zmysłowym powiewem, jaki spotyka się niekiedy u kobiet albo u gnomów. A ja byłem w nastroju wisielczym. Porzuciłem swoje stanowisko u Butterleya, gdyż uważałem, że jestem tam szmatą, że sobie ręce urabiam przy pisaniu; osiedliłem się w Tevershall jako kowal i głównym moim zajęciem stało się obkuwanie koni. Była to praca mego ojca, a ja zawsze mu przy niej towarzyszyłem. Była to praca, którą lubiłem, mieć do czynienia z końmi: to mi najbardziej odpowiadało. Przestałem więc wyrażać się „uczenie”, jak to ludzie powiadają, kiedy się mówi językiem literackim, i zacząłem znowu mówić dialektem. Ciągle jeszcze czytywałem w domu książki, ale kułem podkowy, miałem własny wózek z kucykiem i byłem mistrzem młota. Ojciec mój pozostawił mi umierając trzysta funtów. Związałem się więc z Bertą i cieszyłem się, że była wulgarna. Chciałem, aby była taka wulgarna. Chciałem być sam wulgarny. Tak, i ożeniłem się z nią, i była niezłą żoną. Inne kobiety, „czyste”, niemal zupełnie pozbawiły mnie męskości, ale jej pod tym względem nic nie można było zarzucić. Pożądała mnie i nie robiła z tym ceregieli. A ja cieszyłem się jak błazen. To było to, czego pragnąłem: kobieta, która chciała, żebym ją obłapiał. Obłapiałem ją więc do woli. I zdaje mi się, że pogardzała mną trochę dlatego, że mi się to tak podobało i że jej nieraz przynosiłem śniadanie do łóżka. Przestała się troszczyć o dom, nie dawała mi porządnego jedzenia, kiedy wracałem z pracy, a gdy coś mówiłem, wyjeżdżała na mnie z pyskiem. Więc i ja wyjeżdżałem na nią z pyskiem i przekleństwami. Ona rzucała mi szklankę w głowę, a ja chwytałem ją za kark, aż traciła dech. Tak to było! Ale traktowała mnie bezczelnie i posunęła się tak daleko, że nigdy nie chciała mnie, kiedy ja jej chciałem: nigdy! Odtrącała mnie zawsze tak brutalnie, że nie możesz sobie tego wyobrazić. A potem, kiedy mnie już zupełnie zmroziła i kiedy jej nie chciałem brać, stawała się nagle słodka i miła, przychodziła do mnie i zdobywała mnie. A ja nadbiegałem zawsze, kiedy ona zagwizdała. Wreszcie nie mogłem już tego znieść. Sypialiśmy oddzielnie. Ona sama zrobiła początek przy swoich atakach, twierdząc, że ją tyranizuję. Ona sama zażądała pierwsza własnej sypialni. Ale nadszedł czas, kiedy nie chciałem jej wpuścić do swego pokoju. Nie chciałem.
Nienawidziłem tego. A ona nienawidziła mnie. Boże mój, jakże ona mnie nienawidziła, zanim się dziecko urodziło! Zdaje mi się nieraz, że poczęła je tylko z nienawiści. W każdym razie, kiedy się dziecko urodziło, dałem jej spokój. A potem wybuchła wojna, a ja zgłosiłem się na ochotnika. I powróciłem dopiero wtedy, gdy się dowiedziałem, że ona mieszka z tym chłopakiem w Stacks Gate.
Urwał z pobladłą twarzą.
— A cóż to jest za człowiek, ten w Stacks Gate? — zapytała Connie.
— Wysoki, silny drab o głowie dziecka, popychadło. Berta tyranizuje go. I oboje piją.
— Boże wielki, gdyby ona wróciła!
— Na Boga, tak! Odszedłbym po prostu i zniknął.
Zapanowało milczenie. Karton spalił się na kominku na szary popiół.
— Więc gdy dostałeś kobietę, która cię pragnęła — rzekła Connie — miałeś trochę za wiele dobrego.
— Tak! Tak by wyglądało! Ale i tak wolę mieć ją niż którąś z tych ani-mru-mru: jak ta biała miłość mojej młodości i tamta lilia o trującej woni, i te inne.
— A jakże jest z tymi innymi? — zapytała Connie.
— Inne? Innych nie ma. Tylko że wedle mego doświadczenia większość kobiet jest taka: przeważnie pragną mężczyzny, ale nie seksu. Lecz godzą się na to jako na część całej sprawy. Bardziej staroświeckie po prostu leżą sobie, jakby nigdy nic i pozwalają mężczyźnie działać. Nie biorą mu tego potem za złe: lubią go nawet potem. Ale sprawa sama jest dla nich niczym, jest im nawet trochę wstrętna. I większość mężczyzn lubi ten sposób obcowania. Ja go nienawidzę. Ale sprytne kobiety, kiedy są takie, udają, że takie nie są. Udają, że są namiętne i że przeżywają dreszcz. Ale to wszystko bałamucenie. Oszukują tylko. A potem są inne jeszcze77, które lubią wszystko, wszelki rodzaj uczucia i podniecania się i przybijania do portu, tylko nie naturalny. Zawsze potrafią osiągnąć, że człowieka chwyci, kiedy się nie jest w tym jedynym miejscu, w którym się być powinno, kiedy człowieka chwyta. Nie, nie! Nie chciałem mieć w ogóle do czynienia z kobietami. Chciałem pozostać sam, strzec swego spokoju i swojej przyzwoitości.
Był bardzo blady, czoło zasępiło mu się.
— I przykro ci było, kiedy ja przyszłam? — zapytała Connie.
— Było mi przykro, a jednak radowałem się.
— A teraz?
— Teraz jestem smutny, zewnętrznie: lękam się wszystkich tych zawikłań i brzydoty, i wyrzutów, które wcześniej czy później muszą nastąpić, i czuję się nędznie. Ale gdy krew wzbiera we mnie, wówczas raduję się. Czuję nawet triumf. Byłem już naprawdę zgorzkniały. Myślałem, że nie ma już zupełnie prawdziwego seksualizmu: że nie ma już kobiety, która by to mogła w naturalny sposób przeżywać z mężczyzną; z wyjątkiem czarnych kobiet. Ale ostatecznie my jesteśmy przecież białymi mężczyznami, a one są troszeczkę jak błoto.
— A teraz? Czy teraz jesteś rad ze mnie?
— Tak! Kiedy mogę zapomnieć o wszystkim innym. Kiedy nie mogę o tym zapomnieć, najchętniej wlazłbym pod stół, żeby tam umrzeć.
— Dlaczego pod stół?
— Dlaczego? — zaśmiał się — Schować się. Jak dziecko!
— Musiałeś mieć naprawdę okropne doświadczenia z kobietami — rzekła Connie.
— Widzisz, nie potrafiłem oszukiwać siebie. Większość mężczyzn w ten sposób sobie radzi. Stwarzają w sobie takie nastawienie i kontentują się kłamstwem. Ja nie potrafiłem siebie oszukiwać. Wiedziałem, czego chciałem w stosunku z kobietą, i nigdy nie umiałem sobie wmówić, że to osiągnąłem, jeżeli tak nie było.
— Ale teraz osiągnąłeś to?
— Tak mi się wydaje.
— Więc dlaczego jesteś taki blady i zasępiony?
— Jestem napęczniały od wspomnień; i może lękam się siebie.
Connie siedziała w milczeniu. Zrobiło się późno.
— I sądzisz, że to rzecz ważna: mężczyzna i kobieta? — zapytała wreszcie.
— Dla mnie tak. Dla mnie jest to najistotniejszy rdzeń życia: mieć właściwy stosunek do kobiety.
— A jeżeli go nie osiągniesz?
— W takim razie musiałbym się bez tego obyć.
Connie zastanowiła się znowu, zanim zapytała:
— I uważasz, że zawsze zachowywałeś się we właściwy sposób wobec kobiet?
— Dalibóg, nie! Uczyniłem swoją żonę tym, czym została: w przeważnej części jest to mój błąd. Rozpieściłem ją. I jestem bardzo podejrzliwy. Na to musisz być przygotowana. Wiele potrzeba, abym komu wewnętrznie ufał. Więc może i ja jestem tylko oszustwem. Jestem nieufny. Ale czułości niepodobna nie poznać.
Connie spojrzała na niego.
— Ciałem nie jesteś nieufny, kiedy w tobie krew wzbiera — rzekła. — Wtedy nie jesteś nieufny, prawda?
— Nie, niestety! W ten sposób popadłem we wszystkie kłopoty. I dlatego duch mój jest tak bardzo nieufny.
— Pozwól mu być nieufnym! Cóż to ma za znaczenie!
Pies westchnął boleśnie na dywaniku. Ogień, zduszony przez popiół, opadł.
— My dwoje jesteśmy parą starych weteranów — rzekła Connie.
— I ty jesteś weteranem? — zaśmiał się Mellors. — A teraz powracamy znowu w zgiełk bitwy!
— Tak! Lękam się naprawdę.
— Tak!
Wstał, odstawił jej buciki do wysuszenia, wytarł swoje i przystawił je do ognia. Rano postanowił je natrzeć tłuszczem. Odsunął jak mógł najdalej popiół kartonu.
— Nawet spalony jest jeszcze ohydny — rzekł.
Potem nałupał suchych gałęzi i przygotował je na rano. Następnie wyszedł na chwilę z psem.
Kiedy powrócił, Connie rzekła:
— I ja wyjdę jeszcze na chwilę na powietrze.
Wyszła sama w ciemności. Ponad nią były gwiazdy. W powietrzu nocnym wyczuła zapach kwiatów i czuła, jak mokre jej buciki stawały się coraz bardziej mokre. Ale miała wrażenie, że najchętniej by odeszła, odeszła precz od niego i od wszystkich.
Było dotkliwie chłodno. Przejął ją dreszcz i powróciła do domu. Mellors siedział przed wygasłym ogniem.
— Uch! Zimno! — otrząsnęła się Connie.
Leśniczy dorzucił chrustu na ogień i przyniósł go więcej, aż na kominku zatrzaskał wesoły płomień. Migoczące, chwiejące się żółte języki czyniły ich oboje szczęśliwszymi, rozgrzewały ich twarze i dusze.
— Nie przejmuj się tym! — rzekła Connie, ujmując za rękę Mellorsa, który siedział w milczeniu, daleki od niej. — Robi się, co można.
— Tak!
Westchnął z krzywym uśmiechem.
Connie przysunęła się do niego i wtuliła się w jego ramiona, kiedy tak siedział przy ogniu.
— Więc zapomnij! — szepnęła. — Zapomnij!
Przycisnął ją mocno w budzącym dreszcz cieple ognia. Płomienie same były jak zapomnienie. A jej miękki, gorący, dojrzały ciężar! Z wolna krew jego zmieniła kierunek i poczęła się cofać z mocą i nieustraszoną siłą życiową.
— I może kobiety chciały naprawdę być przy tobie i kochać cię prawdziwie, a tylko nie umiały. Może nie wszystko było ich winą.
— Wiem o tym. Czy sądzisz, że nie wiem, jakim byłem biednym bydlątkiem, któremu przetrącono kręgosłup?
Przytuliła się nagle do niego. Naprawdę nie chciała zacząć mówić o tym wszystkim, ale jakiś opaczny upór pchał ją do tego.
— Ale teraz nim nie jesteś — rzekła. — Teraz nie jesteś biednym bydlątkiem, któremu przetrącono kręgosłup.
— Nie wiem, czym jestem. Nadejdą ciężkie dni.
— Nie! — zaoponowała Connie, tuląc się do niego. — Dlaczego? Dlaczego?
— Ciężkie dni nas czekają, nas i wszystkich — powtórzył Mellors z proroczym zasępieniem.
— Nie! Nie mów tego!
Leśniczy zamilkł. Ale Connie wyczuwała w nim ciężką pustkę rozpaczy. Była to śmierć wszelkiego pożądania; śmiercią miłości była ta rozpacz, ziejąca w mężczyznach niby ponura jaskinia, ta rozpacz, w której zatracał się ich duch.
— Tak zimno mówisz o sprawach płci — rzekła. — Mówisz tak, jak gdybyś pragnął tylko własnej przyjemności i własnego zaspokojenia.
Nerwowo buntowała się przeciwko niemu.
— Nie — odpowiedział leśniczy. — Chciałem mieć przyjemność i zaspokojenie od kobiety, ale nigdy go nie miałem, ponieważ nigdy nie chciałem osiągnąć swojej przyjemności i zaspokojenia, jeżeli i ona nie otrzymywała ich jednocześnie ode mnie. A to się nigdy nie udawało. Do tego trzeba dwojga.
— Ale nigdy nie wierzyłeś w swoje kobiety. Nie wierzysz nawet naprawdę we mnie — rzekła Connie.
— Nie wiem, co to znaczy wierzyć w kobietę.
— O to właśnie idzie, widzisz!
Ciągle jeszcze siedziała przytulona do jego kolan. Ale jego duch był szary, nieobecny, daleki, nie istniał dla niej. A wszystko, co mówiła, odpędzało go jeszcze dalej.
— Ale w co ty właściwie wierzysz? — nastawała Connie.
— Nie wiem.
— W nic, jak wszyscy mężczyźni, których kiedykolwiek znałam.
Zamilkli oboje. Potem on ocknął się nagle i rzekł:
— Tak, wierzę w coś. Wierzę w gorące serce. Szczególnie wierzę w gorące serce w miłości, w obłapianie z gorącym sercem. Wierzę, że gdyby mężczyźni potrafili spółkować z gorącym sercem, a kobiety z gorącym sercem to przyjmować, byłoby dobrze. Właśnie to obłapianie z zimnymi sercami jest po prostu śmiercią i obłędem.
— Ale ty ze mną nie spółkujesz z zimnym sercem — zaoponowała Connie.
— Nie chcę z tobą w ogóle spółkować. Serce moje jest teraz tak zimne, jak zimne kartofle.
— O! — zawołała Connie, całując go drwiąco. — Więc postarajmy się, żeby były sautées78.
Mellors roześmiał się i usiadł wyprostowany.
— To fakt! — rzekł. — Wszystko za odrobinę gorącego serca! Ale kobiety tego nie lubią. I ty tego w istocie nie lubisz. Chciałabyś mieć dobre, ostre, przenikliwe obłapianie z zimnym sercem, a potem udawać, jakby to wszystko był cukier. Gdzie twoja czułość dla mnie? Jesteś wobec mnie tak podejrzliwa, jak kot wobec psa. Powiadam ci, potrzeba dwojga, aby być choćby tylko czułymi, aby mieć gorące serca. Obłapianie przypadłoby ci do smaku, aby można je było nazwać czymś wielkim, tajemniczym, jedynie by schlebić znaczeniu twojej osoby. Oznacza ono dla ciebie więcej, pięćdziesiąt razy więcej niż jakikolwiek mężczyzna albo przebywanie z mężczyzną.
— To samo właśnie mogłabym powiedzieć o tobie. Znaczenie twojej osoby jest dla ciebie wszystkim.
— Tak? Więc doskonale! — rzekł Mellors, wykonując ruch, jakby chciał wstać. — Więc trzymajmy się lepiej z dala od siebie. Wolałbym raczej umrzeć niż jeszcze raz spółkować z zimnym sercem.
Connie odsunęła się od niego, a on wstał.
— A sądzisz, że ja tego chcę? — zapytała.
— Spodziewam się, że nie — odpowiedział leśniczy. — W każdym jednak razie połóż się do łóżka, a ja będę spał tu na dole.
Spojrzała na niego. Był blady, twarz miał zgorzkniałą. Taki był daleki w tym cofnięciu się, jak zimny biegun. Mężczyźni byli wszyscy jednakowi.
— Nie mogę wracać do domu, przed rankiem nie mogę wracać.
— Nie, połóż się do łóżka. Jest trzy na pierwszą.
— Tego na pewno nie zrobię.
Mellors podszedł do ognia i wziął buty.
— W takim razie ja wyjdę — rzekł.
Zaczął wkładać buty. Connie wpatrywała się w niego.
— Czekaj! — wybełkotała. — Czekaj! Co między nami zaszło?
Mellors siedział pochylony, zawiązując sznurowadła, i nie odpowiadał. Chwile mijały. Ogarnęło ją otępienie, niemal omdlenie. Cała jej świadomość zamarła. Stała z szeroko rozwartymi oczyma i spoglądała na niego z nieznanej dali i nic już w ogóle nie wiedziała.
Pod wpływem tej ciszy leśniczy podniósł wzrok i ujrzał Connie, stojącą z rozwartymi oczyma i nieprzytomną. I jakby wicher go pognał, podniósł się i pokusztykał do niej, z jedną nogą obutą, drugą jeszcze nie i ujął ją w ramiona, przycisnął do ciała, które wydawało mu się na wskroś obolałe. I tak ją trzymał, i tak ona trwała w jego objęciu.
Aż jego ręce po omacku sięgnęły w dół, by ją poczuć, i wyczuły pod ubraniem, gdzie była gładka i ciepła.
— Moja dzioucho! — mruknął. — Moja mało! Niy walczmy z sobom! Niy przizwolmy nigdy, bychmy mieli z sobom walczyć! Przaja cie i twoj dotyk. Niy wadź sie zy mnom! Niy wadź sie! Niy! Bydźmy razym.
Podniosła twarz i spojrzała na niego.
— Nie denerwuj się — powiedziała stanowczo. — Nie ma sensu się denerwować. Czy naprawdę chcesz być ze mną?
Spojrzała mu w twarz szeroko otwartymi, spokojnymi oczami. Zatrzymał się i nagle znieruchomiał, odwracając twarz na bok. Całe jego ciało znieruchomiało, ale nie wycofało się.
Potem podniósł głowę i spojrzał jej w oczy, z tym swoim dziwnym, lekko kpiącym uśmiechem, mówiąc:
— Ja! Bydźmy razym pod przysięgą.
— Ale naprawdę? — powiedziała, a jej oczy napełniły się łzami.
— Naprowda! Z rynkom na sercu, brzuchu i kuśce.
Wciąż uśmiechał się lekko do niej, z ironią w oczach, z nutką goryczy.
Cicho szlochała, a on położył się obok na kocu przy palenisku i dopiero gdy wszedł w nią, odzyskali nieco spokoju. A potem szybko poszli spać, bo robiło się coraz chłodniej, a oni byli już zmęczeni. Wtuliła się w niego, czując się mała, zwinięta w kłębek, i oboje zasnęli szybko, jednym snem. I tak leżeli bez ruchu, aż słońce wzeszło nad lasem i zaczął się dzień.
Wreszcie obudził się i spojrzał na światło. Zasłony były zaciągnięte. Słuchał głośnego, dzikiego nawoływania kosów i drozdów w lesie. Był wspaniały poranek, około wpół do piątej, jego pora wstawania. Spał tak szybko! To był zupełnie nowy dzień! Kobieta wciąż spała skulona i delikatna. Położył na niej dłoń, a ona otworzyła błękitne, zdziwione oczy, uśmiechając się bezwiednie do niego.
— Obudziłeś się? — powiedziała do niego.
Patrzył w jej oczy. Uśmiechnął się i pocałował ją. I nagle ocknęła się i usiadła.
— Cieszę się, że tu jestem! — powiedziała.
Rozejrzała się po bielonych ścianach małej sypialni ze spadzistym sufitem i szczytowym oknem, w którym zasunięte były białe zasłony. Pokój był pusty, z wyjątkiem małej, pomalowanej na żółto komody i krzesła, a także małego, białego łóżka, w którym leżała z nim.
— Pomyśleć tylko, że tu jesteśmy! — powiedziała, patrząc na niego z góry. Leżał i patrzył na nią, głaszcząc palcami jej piersi pod cienką nocną koszulą. Kiedy był ciepły i wypogodzony, wyglądał młodo i przystojnie. Jego oczy potrafiły być takie ciepłe. A ona była świeża i młoda jak kwiat.
— Chcę to zdjąć! — powiedział, zgarniając jej cienką batystową sukienkę nocną i ściągając ją przez głowę. Siedziała z gołymi ramionami i zwisającymi piersiami o lekko złotym kolorze. Uwielbiał sprawiać, że jej piersi kołysały się miękko jak dzwoneczki.
— Ty też musisz zdjąć piżamę — powiedziała.
— Oj, niy!
— Tak, tak! — rozkazała.
Więc zdjął starą, bawełnianą kurtkę piżamową i zsunął spodnie. Oprócz rąk, nadgarstków, twarzy i szyi był biały jak mleko, miał delikatne, smukłe, muskularne ciało. Nagle znów wydał się Connie przeszywająco piękny, tak jak wtedy, gdy widziała go tamtego popołudnia, jak się mył.
Złote promienie słońca dotykały zaciągniętych białych zasłon. Poczuła, że chcą wejść do środka.
— Och, odsłońmy zasłony! Ptaki tak śpiewają! Wpuśćmy słońce — powiedziała.
Zsunął się z łóżka tyłem do niej, nagi, biały i szczupły, i podszedł do okna, pochylił się nieco, rozsunął zasłony i wyjrzał na chwilę. Jego plecy były białe i gładkie, małe pośladki piękne, z widoczną wykwintną, delikatną męskością, tył szyi rumiany i delikatny, a jednocześnie silny.
W tym delikatnym, drobnym chłopcu była wewnętrzna, a nie zewnętrzna siła.
— Ale jesteś piękny! — powiedziała. — Taki czysty i piękny! Chodź! — Wyciągnęła ręce.
Wstydził się odwrócić do niej, bo jego nagość zdradzała podniecenie.
Chwycił swoją koszulę z podłogi i przytrzymał, zasłaniając się, kiedy podchodził do niej.
— Nie! — powiedziała, wciąż wyciągając swoje piękne, szczupłe ramiona i pozwalając opaść piersiom. — Pozwól mi cię zobaczyć!
Upuścił koszulę i stał nieruchomo, patrząc w jej stronę. Przez niskie okno słońce wysyłało promienie, które oświetlały jego uda i szczupły brzuch, a wyprostowany fallus unosił się, ciemny i gorący, z małej chmury wyrazistych, złoto-rudych włosów. Była zaskoczona i przestraszona.
— Jak dziwnie! — powiedziała powoli. — Jak dziwnie on tam stoi! Taki wielki! I taki ciemny i pewny siebie! Czy on taki jest?
Mężczyzna spojrzał w dół na przód swojego smukłego, białego ciała i roześmiał się. Pomiędzy szczupłymi piersiami włosy były ciemne, prawie czarne. Ale u nasady brzucha, gdzie fallus wznosił się gruby i wygięty, były złoto-czerwoną, jaskrawą, małą chmurą.
— Taki dumny! — mruknęła zaniepokojona. — I taki władczy! Teraz wiem, dlaczego mężczyźni są tacy apodyktyczni! Ale on jest naprawdę uroczy. Jak osobna istota! Trochę przerażający! Ale naprawdę uroczy! I przychodzi do mnie! — Złapała dolną wargę zębami ze strachu i podniecenia.
Mężczyzna patrzył w milczeniu na naprężonego fallusa, który się nie zmieniał.
— Aj! — powiedział w końcu cichym głosem. — Aj, synku! Je ci tam do kna dobrze. Ej, gowa do gory! Je żeś tam u siebie, co? I niy rachujesz sie z żodnym! Nic mie to niy łobchodzi, Johnie Thomasie. Je żeś szefym? Mojim? Coż, je żeś barzij pyszny łody mie i mynij godosz. John Thomas! Chcesz jeji? Chcesz mojij Lady Jane? Zanurz mie zaś, dalij. Aj, i dźwigo sie z uśmiychym No toż spytej ja! Spytej Lady Jane! Mow: Dźwignijcie w góra wrot, by móg wchodów król chwoły. Aj, co za frechowność! Cipa. Ło to ci chodzi. Powiydz Lady Jane, iże chca cipa. John Thomas i cipa Lady Jane!
— Och, nie drażnij go — powiedziała Connie, czołgając się na kolanach po łóżku w jego kierunku. Objęła ramionami jego białe, smukłe biodra i przyciągnęła go do siebie tak, że jej kołyszące się piersi dotykały czubka poruszającego się, wyprostowanego fallusa i złapały kroplę jego wilgoci. Mocno trzymała mężczyznę.
— Połóż się! — powiedział. — Połóż się! Pozwól mi przyjść!
Spieszył się teraz.
A potem, gdy już byli zupełnie nieruchomi, kobieta musiała ponownie odkryć mężczyznę, aby przyjrzeć się tajemnicy fallusa.
— A teraz jest malutki i miękki jak pączek życia! — powiedziała, biorąc miękkiego małego penisa w dłoń. — Czyż on nie jest w jakiś sposób uroczy! Tak samotny, tak dziwny! I tak niewinny! I tak głęboko we mnie wchodzi! Nigdy nie wolno ci go obrażać, wiesz? On też jest mój. Nie jest tylko twój. Jest mój! Tak uroczy i niewinny! — I trzymała miękkiego penisa w dłoni.
Roześmiał się.
— Błogosławiona niech będzie więź, która łączy nasze serca w pokrewnej miłości — powiedział.
— Oczywiście! — odrzekła. — Nawet gdy jest miękki i mały, czuję, że moje serce jest do niego po prostu przywiązane. A jakie piękne masz tu włosy! Całkiem, całkiem inne!
— To włosy Johna Thomasa, nie moje — stwierdził.
— John Thomas! John Thomas! — i szybko pocałowała miękkiego penisa, który znów zaczynał się poruszać.
— Aj! — powiedział mężczyzna, rozciągając ciało niemal boleśnie. — Ten dżentelmen ma swoje korzenie w mojej duszy! I czasami nie wiem, co z nim zrobić. Aj, on ma swoją własną wolę i trudno mu dogodzić. A jednak nie chciałbym, żeby go zabito.
— Nic dziwnego, że mężczyźni zawsze się go bali! — powiedziała — Jest raczej okropny.
Drżenie przechodziło przez ciało mężczyzny, gdy strumień świadomości znów zmienił kierunek, kierując się w dół. I był bezradny, gdy penis w powolnych, miękkich falowaniach napełnił się, wzniósł, nabrzmiał i stwardniał, stanął twardy, nadmiernie wystający, w swoim osobliwym, wyniosłym stylu. Kobieta również lekko drżała, gdy patrzyła na to.
— Weź go więc! Jest twój! — powiedział mężczyzna.
Zadrżała, a jej własny umysł się roztopił. Ostre, miękkie fale niewypowiedzianej przyjemności zalały ją, gdy w nią wszedł, i zapoczątkowały osobliwe, roztopione dreszcze, które rozprzestrzeniały się i rozprzestrzeniały, aż została porwana przez ostatni, ślepy, ostateczny przypływ.
Usłyszał odległe syreny Stacks Gate o godzinie siódmej. Był poniedziałkowy poranek. Zadrżał lekko, leżąc z twarzą między jej miękkimi piersiami. Przycisnął je do uszu, żeby zagłuszyć ten dźwięk.
Ale ona nie słyszała wcale gwizdków parowych. Leżała zupełnie cicho, z przejrzystą jasnością w duszy.
— Musisz już wstać! Prowda? — mruknął leśniczy.
— Która godzina? — zabrzmiał jej bezbarwny głos.
— Piskało siedym, niedowno.
— Myślę, że muszę chyba wstać.
Jak zwykle, rozdrażniał ją przymus zewnętrzny.
Mellors usiadł i bez wyrazu wyglądał przez okno.
— Słuchaj, prawda, że mnie kochasz? — zapytała Connie spokojnie.
Spojrzał na nią.
— Wiesz przeca, co wiesz. Po co sie pytosz? — rzekł trochę niecierpliwie.
— Chcę, żebyś mnie zatrzymał, nie pozwolił mi odejść — rzekła Connie.
Oczy jego wydawały się pełne jakiegoś gorącego, łagodnego mroku, który nie umiał myśleć.
— Kiej? Terozki?
— Teraz, w twoim sercu. A wówczas przyjdę i pozostanę z tobą na zawsze, niedługo.
Siedział nagi na łóżku, opuściwszy głowę, niezdolny do myślenia.
— Nie chcesz tego? — zapytała.
— Dyć! — odpowiedział.
Potem spojrzał tymi samymi oczyma, ale zamroczonymi innym ogniem świadomości, niemal jak ze snu.
— Nie pytej sie mie terozki ło nic — rzekł. — Łostow mie. Lubia cie. Przaja cie, kedy tam leżysz. Łostow mie. Lubia cie. Przaja cie, kedy tam leżysz. Kobiyta je czymś szumnym, kedy pieprzi sie ja głymboko i cipa je dobro. Przaja cie, twoje nogi i twój kształt i twoja kobiecość. Przaja twoja kobiecość. Przaja cie mojim ciałym i sercym. Ale niy pytej mie teroz. Niy koż mi nic godać. Przizwól mi sie zastawić, tak jak je żech, jeźli moga. Możesz mie pytać ło wszyjsko niyskorzij. Teroz przizwól mi być, przizwól mi być!
I delikatnie położył dłoń na jej wzgórku Wenus, na miękkich brązowych włosach dziewiczych, a sam usiadł nieruchomo na łóżku, nagi, z twarzą nieruchomą, w fizycznym oddaleniu, prawie jak twarz Buddy. Bez ruchu, w niewidzialnym płomieniu innej świadomości, siedział z ręką na niej i czekał na jakiś zwrot w sobie.
Po chwili sięgnął po koszulę i założył ją, ubrał się szybko w milczeniu, spojrzał na nią jeszcze raz, gdy wciąż leżała na łóżku naga i lekko złocista jak róża Gloire de Dijon, i odszedł. Usłyszała, jak otwiera drzwi na dole. I wciąż leżała, rozmyślając, rozmyślając. Bardzo trudno było jej odejść: wyjść z jego ramion. Zawołał z podnóża schodów:
— Pół do ósmej!
Connie westchnęła i wyszła z łóżka. Goły, mały pokój! Nic poza wąską komodą i niezbyt szerokim łóżkiem. Ale podłoga z desek była czysto wyszorowa. A w kącie pod oknem stała półka z książkami, z których kilka pochodziło z wypożyczalni. Obejrzała je. Były tam książki o Rosji bolszewickiej, opisy podróży, dzieło o atomach i elektronach, inne o składzie wnętrza Ziemi i przyczynach trzęsień; dalej kilka powieści i trzy książki o Indiach. Tak! Więc ostatecznie nawet książki czytywał.
Przez niskie okno padało słońce na jej nagie członki. Przed domem widziała wałęsającą się sukę Flossie. Gęstwina leszczynowa otoczona była zielenią, a niżej stał ciemnozielony szczyr. Był jasny, czysty ranek, ptaki fruwały i śpiewały triumfalnie. Gdybyż mogła tu pozostać! Gdybyż nie było tego innego, przeraźliwego świata dymu i żelaza! Gdyby tylko on tworzył jej świat!
Zeszła na dół, po stromych, wąskich schodach drewnianych. Zadowoliłaby się tym małym domkiem, gdyby stał tylko we własnym świecie.
Leśniczy był umyty i rześki, a ogień palił się.
— Chcesz coś zjeść? — zapytał.
— Nie! Daj mi tylko grzebień!
Poszła za nim do kuchni i uczesała się przed wąskim lusterkiem obok tylnych drzwi. Była gotowa do wyjścia.
Stała w małym ogródku przed domem i spoglądała na zroszone kwiaty, na srebrno-szarą grządkę gwoździków, puszczających już pąki.
— Pragnęłabym, aby cały pozostały świat zniknął — rzekła — i chciałabym żyć tutaj z tobą.
— Nie zniknie — odpowiedział leśniczy.
Szli w zupełnym niemal milczeniu przez czarowny, okryty rosą las. Ale byli przy sobie w swoim własnym świecie.
Gorzka to była rzecz dla Connie powracać do Wragby.
— Chciałabym przyjść niebawem do ciebie i żyć zupełnie z tobą — powiedziała, opuszczając go.
Uśmiechnął się bez odpowiedzi.
Cicho, niedostrzeżona dostała się do domu i weszła do swego pokoju.