Rozdział piętnasty

Przy śniadaniu na stoliku leżał list od Hildy.

„Ojciec jedzie w tym tygodniu do Londynu, wstąpię po Ciebie w przyszły czwartek, 17 czerwca. Musisz być gotowa, żebyśmy mogły zaraz odjechać. Nie chcę trwonić czasu we Wragby. Ohydne to miejsce. Prawdopodobnie zostanę na noc w Retford u Colemanów, więc w czwartek będę u ciebie na obiedzie. Po południu mogłybyśmy wyruszyć i może przenocujemy w Grantham. Nie ma sensu, żebyśmy spędzały wieczór z Cliffordem. Jeżeli twój wyjazd jest mu niemiły, i to nie byłoby mu przyjemne”.

Tak! Znowu przesunięto ją na szachownicy.

Clifford nie mógł znieść myśli o jej wyjeździe, ale tylko dlatego, że pod jej nieobecność czuł się niepewny. Obecność jej z niewyjaśnionych powodów dawała mu przy jego obecnych zajęciach poczucie pewności siebie i swobody. Spędzał wiele czasu w kopalni i w duchu zmagał się z beznadziejnymi niemal problemami, jak w najbardziej ekonomiczny sposób wydobywać swój węgiel i w najbardziej ekonomiczny sposób go sprzedawać. Wiedział, że musi znaleźć jakąś drogę, aby go zużytkować albo przetworzyć, aby nie musiał sprzedawać samego węgla i złościć się, że go sprzedać nie może. Ale gdyby produkował energię elektryczną, czy potrafi ją sprzedawać lub zużytkować? Zaś przetwarzanie na płynne paliwo było dotychczas zbyt jeszcze kosztowne i zbyt skomplikowane. Aby utrzymać przemysł przy życiu, trzeba było jeszcze więcej przemysłu — prawdziwy obłęd.

Był to obłęd i trzeba było obłąkanego, aby mu się to powiodło. Doskonale, przecież on był trochę obłąkany. Tak myślała Connie. Właśnie jego zapał i jego przebiegłość we wszystkim, co dotyczyło kopalni, wydawały się przejawami obłędu. Nawet pomysły jego sprawiały wrażenie pomysłów obłąkanego.

Opowiadał jej o wszystkich swoich poważnych planach, a Connie słuchała z pewnego rodzaju podziwem i pozwalała mu mówić. Potem potok słów opadał i Clifford włączał głośnik radiowy, zapadając w pustkę, podczas gdy plany jego najwidoczniej kłębiły się w nim dalej niby zły koszmar.

I co wieczór grywał z panią Bolton w pontoon, grę żołnierzy z okopów, grywał o sześciopensówki. Przy hazardzie ogarnięty był również pewnego rodzaju nieprzytomnością, pustym oszołomieniem czy też oszołomieniem pustki, cokolwiek to było. Connie nie mogła znieść jego widoku w tym stanie. Ale kiedy się kładła spać, on i pani Bolton hazardowali się dalej do drugiej lub trzeciej nad ranem, bez przeszkód i z jakimś dziwnym zapałem. Pani Bolton ogarnięta była tym zapałem tak samo jak Clifford. Tym bardziej, że prawie zawsze przegrywała.

Pewnego dnia rzekła do Connie:

— Przegrałam wczoraj wieczór do Sir Clifforda dwadzieścia trzy szylingi.

— I przyjął od pani pieniądze? — zapytała Connie przerażona.

— Ależ oczywiście, proszę jaśnie pani! Dług honorowy!

Connie robiła im bez ogródek wyrzuty i pokłóciła się z obojgiem. Skutek był ten, że Clifford podwyższył pensję pani Bolton o sto funtów rocznie, aby się mogła tymi pieniędzmi hazardować. Tymczasem Connie miała wrażenie, że Clifford obumiera coraz bardziej.

Powiedziała mu wreszcie, że zamierza siedemnastego wyjechać.

— Siedemnastego! — zawołał Clifford. — A kiedy powrócisz?

— Najpóźniej dwudziestego lipca.

— Tak! Dwudziestego lipca.

Spojrzał na nią obcym, pustym wzrokiem, z nieokreślonym wyrazem dziecka, ale z dziwnie pustą przebiegłością starego człowieka.

— Nie opuścisz mnie teraz, prawda? — zapytał.

— Jak to rozumiesz?

— Kiedy odjedziesz. Mam na myśli, że powrócisz na pewno?

— Jestem niezłomnie przekonana, że powrócę.

— Tak! Dobrze! Dwudziestego lipca!

Spojrzał na nią dziwnym wzrokiem.

A jednak pragnął naprawdę, aby wyjechała. Takie to było osobliwe. Pragnął, aby wyjechała, dosłownie; i żeby przeżyła swoją małą przygodę miłosną i może żeby powróciła w ciąży i tak dalej. A jednocześnie lękał się jej wyjazdu.

Connie drżała z niecierpliwości i łaknęła prawdziwej okazji, aby go zupełnie porzucić, czekała na chwilę, kiedy i on, i ona będą do tego dojrzali.

Siedziała, rozmawiając z leśniczym o swojej podróży.

— A potem, kiedy powrócę — rzekła — mogę powiedzieć Cliffordowi, że muszę go opuścić. I będziemy wtedy mogli wyjechać. Nikt nie musi wiedzieć, że to o ciebie idzie. Możemy wyjechać do innego kraju, prawda? Do Afryki albo do Australii. Dobrze?

Była podniecona swoim planem.

— Nie byłaś nigdy w koloniach? — zapytał Mellors.

— Nie! A ty?

— Byłem w Indiach, w Afryce Południowej i w Egipcie.

— Dlaczego nie mielibyśmy pojechać do Afryki Południowej?

— Moglibyśmy! — rzekł leśniczy wolno.

— Może nie chcesz?

— Mnie wszystko jedno. Mnie zupełnie wszystko jedno, co robię.

— Nie uszczęśliwia cię to? Dlaczego? Nie będziemy biedni. Mam około sześciuset funtów rocznie. Pisałam i dowiedziałam się. Nie jest to wiele, ale wystarczy, prawda?

— Dla mnie to majątek.

— O, jak dobrze nam będzie!

— Ale powinienem się rozwieść. I ty także, jeżeli chcemy uniknąć zawikłań.

Dość było spraw do przemyślenia.

Kiedy indziej wypytywała go o niego samego. Siedzieli w szałasie, na dworze szalała burza.

— I czułeś się szczęśliwy, kiedy byłeś porucznikiem, oficerem, gentlemanem?

— Szczęśliwy? Owszem. Lubiłem bardzo swojego pułkownika.

— Kochałeś go?

— Tak! Kochałem go.

— A on ciebie kochał?

— Tak! W pewnym sensie kochał mnie.

— Opowiedz mi o nim.

— Cóż tu można opowiedzieć? Doszedł do swego stopnia od zwykłego żołnierza. Kochał wojsko. I nigdy się nie ożenił. Był o dwadzieścia lat starszy ode mnie, był bardzo inteligentnym człowiekiem, a w wojsku żył w odosobnieniu, jak to zwykle taki człowiek. Namiętny człowiek w swoim rodzaju i bardzo dzielny oficer. Gdy byłem z nim, żyłem pod jego urokiem. Pozwalałem mu, że tak powiem, kierować swoim życiem, i nigdy tego nie żałowałem.

— Czy bardzo byłeś przejęty, kiedy umarł?

— Ja sam byłem prawie tak samo bliski śmierci. A kiedy potem wyzdrowiałem, wiedziałem, że znowu straciłem cząstkę swojej istoty. Ale wiedziałem też zawsze, że to się skończy śmiercią. Wszystko, co nas dotyczy, tak się kończy.

Connie siedziała i zastanawiała się. Na dworze huknął grzmot. Byli niby w małej arce podczas potopu.

— Wiele rzeczy masz widocznie za sobą — rzekła Connie.

— Tak? Zdaje mi się czasami, jakbym już raz albo dwa razy umarł. Ale oto jestem tutaj i działam dalej i znowu sobie roztrzaskam czaszkę.

Connie zastanawiała się z wytężeniem, ale jednocześnie nadsłuchiwała burzy.

— I nie byłeś szczęśliwy jako oficer i gentleman, kiedy twój pułkownik umarł?

— Nie! Była to wstrętna hałastra. — Roześmiał się nagle. — Pułkownik mawiał: Mój chłopcze, angielski stan średni musi każdy kęs trzy razy przeżuwać, bo ma tak ciasne kiszki. Kawałek wielkości grochu spowodowałby już zatkanie. Jest to najplugawsza zgraja pretensjonalnych szpaków, jaką kiedykolwiek wynaleziono. Bezgranicznie zarozumiali, przerażeni, kiedy rzemyk u ich trzewika nie jest w porządku, cuchnący dziczyzną jak za stara zwierzyna. I zawsze mają rację. Nie mogę tego wytrzymać. Wieczne kłanianie się i lizanie tyłka: a przy tym zawsze mają rację. Zarozumiałe bałwany. Bałwany! Pokolenie zniewieściałych bałwanów z połową jaja każdy.

Connie roześmiała się. Deszcz lał strumieniami.

— Nienawidził ich!

— Nie — odpowiedział Mellors. — Nie troszczył się o nich. Po prostu nie znosił ich. To coś innego. Bo, jak powiadał, nawet żołnierze stają się dzisiaj takimi samymi bałwanami i półmężczyznami, i żarłokami o ciasnych kiszkach. Taki jest los ludzkości.

— Więc i zwyczajni ludzie także, robotnicy?

— Wszyscy. Zapał w nich umarł. Automobile, kina i aeroplany wysysają z nich resztki żądzy życia. Powiadam ci, że każde pokolenie płodzi coraz bardziej królicze pokolenie, z gumowymi rurkami i blaszanymi nogami, i blaszanymi twarzami. Blaszani ludzie! Wszystko to jest uporczywym rodzajem bolszewizmu, który po prostu zabija wszystko, co ludzkie, a czci wszystko, co mechaniczne. Pieniądz, pieniądz, pieniądz! Cała ta nowoczesna hałastra czerpie zapał z zabijania w człowieku wszelkich uczuć ludzkich i z siekania na kawałki starego Adama i starej Ewy. Wszyscy są jednakowi. Cały świat posłuszny jest temu samemu hasłu: morduj rzeczywistość człowieczą, suwerena za każdy napletek, dwa suwereny za każdą parę jąder! Po co srom do maszynowego obłapiania! Zawsze to samo. Daj im pieniędzy, a obetną światu penisa. Daj im pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy, a obedrą ludzkość z całej energii i pozostaną tylko małe, wirujące maszyny!

Siedział w szałasie z twarzą skrzywioną w szyderczej ironii. Ale i teraz miał niejako jedno ucho nastawione i nasłuchiwał burzy nad lasem. Darzyła go uczuciem samotności.

— Ale czy to się nigdy nie skończy? — zapytała Connie.

— Tak, naturalnie. Sprowadzi to samo swój ratunek. Kiedy ostatni człowiek zostanie zabity, kiedy wszyscy staną się potulni: biali, czarni, żółci, potulni ludzie we wszystkich barwach: wtedy poszaleją wszyscy. Bowiem korzeń wszelkiego zdrowego rozumu tkwi w jądrach. Wtedy poszaleją wszyscy i urządzą swoje wielkie auto-da-fé79. Wiesz przecież, auto-da-fé znaczy akt wiary? No tak, urządzą swój wspaniały, mały akt wiary. Jeden drugiego złożą w ofierze.

— Chcesz powiedzieć, że jeden drugiego pozabijają?

— Tak, kochanie! Jeśli będziemy kroczyli dalej w dotychczasowym tempie, za sto lat nie będzie na tej wyspie dziesięciu tysięcy ludzi. Może nawet dziesięciu nie będzie. Z rozkoszą wytrzebią się wzajemnie.

Grzmot zahuczał teraz dalej.

— Jakie to cudowne! — rzekła Connie.

— Niezmiernie cudowne! Pomyśleć o wytrzebieniu gatunku ludzkiego i o długiej pauzie, jaka potem nastąpi, zanim się zjawi nowy gatunek: to człowieka uspokaja bardziej niż cokolwiek innego. A jeśli tak dalej pójdzie, że wszyscy, inteligencja, artyści, rządy, przemysłowcy i robotnicy, wszyscy w obłędzie zabijają ostatnią odrobinę ludzkiego uczucia, ostatnią odrobinę swojej intuicji, ostatnią resztkę zdrowego instynktu, jeżeli to, co się teraz dzieje, będzie rosło w postępie algebraicznym: w takim razie żegnaj, gatunku ludzki! Bywaj zdrów, kochaneczku! Wąż połyka siebie samego i pozostawia pustkę, porządnie zapaskudzoną, ale nie beznadziejną. Niezmiernie cudowne! Kiedy dzikie psy wyją we Wragby, a dzikie koniki kopalniane wierzgają na hałdach Tevershall! Te deum laudamus!80

Connie roześmiała się, ale niezbyt wesoło.

— Powinieneś się więc cieszyć, że oni wszyscy są bolszewikami — rzekła. — Powinieneś się cieszyć, że wszyscy pędzą ku zgubie.

— I cieszę się też. Nie zatrzymuję ich. Nie mógłbym zresztą, nawet gdybym chciał.

— Więc dlaczego jesteś taki rozgoryczony?

— Nie jestem! Choćby mój kogut piał po raz ostatni, mnie wszystko jedno.

— Ale gdybyś miał dziecko?

Mellors spuścił głowę.

— Tak — rzekł wreszcie. — Wydaje mi się rzeczą bardzo złą i gorzką wydawać dziecko na ten świat.

— Nie! Nie mów tego! Nie mów tego! — błagała Connie. — Zdaje mi się, że będę miała dziecko. Powiedz, że cię to będzie cieszyć.

Położyła rękę na jego ręce.

— Cieszę się, że ty się cieszysz — rzekł leśniczy. — Ale mnie się to wydaje ohydną zdradą wobec nienarodzonej jeszcze istoty.

— Ach, nie! — zawołała Connie przerażona. — W takim razie nie możesz mnie naprawdę pragnąć! Nie możesz mnie pragnąć, jeżeli tak czujesz!

Mellors milczał znowu. Twarz miał posępną. Na dworze słychać było tylko plusk deszczu.

— To wcale nieprawda! — szepnęła Connie. — To wcale nie prawda! Istnieje jeszcze inna prawda.

Czuła, że był teraz rozgoryczony, ponieważ chciała go celowo opuścić, ponieważ chciała jechać do Wenecji. I to ją niemal cieszyło.

— Powiedz, że pragniesz dziecka, że się go spodziewasz! — szepnęła, tuląc twarz do jego ciała. — Powiedz, że pragniesz!

— Nie wiem! — rzekł wreszcie, a Connie uczuła, jak dziwne drżenie zmiennej świadomości i odprężenia przeniknęło przez jego ciało. — Nie wiem, myślałem sobie nieraz, gdyby się tylko spróbowało, tutaj, pośród górników! Pracują teraz ciężko i zarabiają niewiele. Gdyby im kto powiedział: Nie myślcie jeny wiecnie o piniondzach. Jeśli sie łozchodzi ło to, cego nom trza, to trza nam niewiela. Nie żyjymy przeca jeny lo piniendzy... Terozki ech my som do tego zmuszyni. Jezechmy zmuszyni zarobić coś małowiela lo nos i cołko kupa lo panów. Ale z tym musiemy roz skońcyć. Poleku, polekutku musiemy z tym skońcyć. Nie trza nom sie tak uwijać i tropić sie. Poleku, polekutku musiemy ciepnońć to usmolone życie przemysłowe i potem nazod. Zdziebko piniendzy styknie lo kożdego, i lo mnie i lo ciebie, lo panów, lo włodców i jeszce lo króla. Zdziebecko piniendzy doprowdy styknie. Łozwoż se to i zgódź sie na to, a wyzwolisz sie z tej cołkiej komedii!

Urwał, potem ciągnął dalej:

— I powia im: Dziwejcie sie! Podziwejcie sie na Zeflika! Jak łon sie fajnie ruszo! Podziwejcie sie, jak łon chodzi, żywy i wspaniały! Piekny jest, fajnisty! A terozki podziwejcie sie na Karlika! Grundzelok jest i szpetny, bo sie nigdy nie chcioł łobudzić! Powia im: Dziwejcie sie! Podziwejcie sie na sia! Jedno ramiencko wyższe, a drugie niższe, krzywe gicole, a nożyska to jak szłapy u źwierzont! Coście sa to narobieli bez ta przeklento robota? Zdarliście sie do imentu! To przeca nie trza tyla robić, komu sie to zdo? Seblyczcie wasze łachy i podziwejcie sie na sia! Mocie być żywi i szumni, a jezeście szpetni i same zdechloki. Tak, widzisz, byda do nich godoł. I zmusza tych ludzi, coby nosili inksze łachy, możno wonskie, krótkie galoty, zielonym łobszywane, i krótkie jakle skórzane z zielonymi klapami, jak to kiejś było we zwycaju. Zaś jak chłopy bydom mieć piekne nożyska i bydom je pokazywać, to sie wszystko zaś przemieni, zanim sie miesionc skońcy. Wtynczos zaś zacnom być chłopami, prowdziwymi chłopami! A kobity sie bydom mogły łoblykoć, jak im sie żywnie bydzie podobało. Bo jak chłopy zaś bydom chodzić z krótkimi galotami i z szykownymi zadkami, kiere bydom wyglondać spod kabatów, wtenczos zaś kobity bydom prowdziwymi kobitami. Chodzi ło to, że chłopy nie som chłopami i lo tego kobity muszom być chłopami. A nieskorzej zburzyłbych naszo wioska i wybudowoł zaś piekne chałupy, w kierych bydymy wszyjscy mieli miejsce. I wycyścilibychmy ziemia wokolutko. No i nie mielibychmy kupy dziecek, bo świat już jest przepełniony.

Ale nie prawiłbych ludziom kozanio. Pościongołbych z śnich łoblecynie i pedziołbych im po prostu: Podziwejcie sie na sia! To pochodzi łod tygo, że jeny robicie na piniondze. Wyście robieli lo piniendzy. Podziwejcie sie na Tevershall, jako ta wioska jest szpetno. A to z kuli tego, że była stawiano, kiejeście robieli lo piniendzy. Podziwejcie sie na wasze dziołchy! Nie cujom łone prowej miłości ku wom, ani wy ku nim nie cujecie prowej miłości. Bo bez cołkie życie robieliście jeny lo piniendzy i jeny na piniondzach wom zależało. I nie poradzicie godać i nie poradzicie stoć, ani chodzić, ani żyć, nie poradzicie ani prowdziwie spać z dziołchom. Nie jezeście żywi! Podziwejcie sie na sia!

Nastąpiła absolutna cisza. Connie na pół słuchała i wplotła mu we włosy u dołu brzucha kilka niezapominajek, które zebrała w drodze do chaty. Na zewnątrz świat znieruchomiał i zrobił się trochę lodowaty.

— Masz cztery rodzaje włosów — powiedziała mu. — Na piersi są prawie czarne, a na głowie nie są ciemne, ale twoje wąsy są twarde i ciemnorude, a twoje włosy tutaj, twoje włosy miłości, są jak mały krzak czerwonozłotej jemioły. Są najpiękniejsze ze wszystkich!

Spojrzał w dół i zobaczył mleczne kawałki niezapominajek we włosach na pachwinie.

— Aj! Dobre miejsce, żeby włożyć niezapominajki, we włosy mężczyzny lub dziewczyny. Ale czy nie obchodzi cię przyszłość?

Spojrzała na niego.

— Och, ależ tak, okropnie! — powiedziała.

— Kiedy czuję, że los ludzkości jest przypieczętowany, że przypieczętowała go ona sama swoją plugawą ohydą, to mam wówczas wrażenie, że nawet kolonie nie są dość odległe. Księżyc nie byłby dość odległy. Gdyż i stamtąd można by się obejrzeć za siebie i ujrzeć ziemię, najbrudniejszą, najwstrętniejszą, najohydniejszą ze wszystkich gwiazd: zapaskudzoną przez ludzi. Mam wtedy takie uczucie, jakbym połknął żółć, i żre mi ona trzewia, a żadne miejsce nie jest dość odległe, aby od tego wszystkiego uciec. Ale gdy się mój nastrój zmienia, wówczas zapominam znowu o wszystkim. Chociaż hańbą jest to, co uczyniono ludziom w ciągu tych ostatnich stu lat. Mężczyzn pozamieniano w owady robocze i zabrano im całą męskość i całe ich rzeczywiste życie. Pragnąłbym wytrzebić ze świata maszyny i raz na zawsze zakończyć okres przemysłu niby posępny błąd. Ale że tego nie potrafię i nikt tego nie potrafi, lepiej, abym siedział cicho i próbował żyć własnym życiem: jeżeli mam po co żyć, w co bardzo wątpię.

Grzmoty ustały, ale deszcz, który zelżał, począł nagle siec znowu gwałtownie, z ostatnią słabą błyskawicą i pomrukiem oddalającej się burzy. Connie była zaniepokojona. Tak długo mówił. W istocie mówił do siebie, nie do niej. Zdawało się, że rozpacz opadła go zupełnie, podczas gdy ona czuła się szczęśliwa i nienawidziła rozpaczy. Wiedziała, że w nastrój ten wprawił go jej odjazd od niego, który sobie teraz dopiero wewnętrznie uświadomił — i czuła trochę triumfu.

Otworzyła drzwi i wyjrzała w padający prostymi, ciężkimi sznurami deszcz, odgradzający ją od świata niby stalowa zasłona. I nagle uczuła pragnienie, by wybiec w deszcz i uciec. Wstała i poczęła szybko zdejmować pończochy, potem suknię i bieliznę, a on wstrzymał oddech. Jej śpiczaste, zwierzęce piersi poruszały się i drgały za każdym jej ruchem. W zielonkawym świetle ciało jej miało barwę kości słoniowej. Wsunęła nogi w pantofle i z dzikim, krótkim śmiechem wybiegła z szałasu, podając piersi ciężkiemu deszczowi. Z rozpostartymi ramionami biegła, niewyraźnie widoczna poprzez deszcz, biegła eurytmicznymi ruchami tanecznymi, których się przed tak dawnymi czasy nauczyła w Dreźnie. Jej dziwna, blada postać wyciągała się i kurczyła, schylała się, tak że deszcz trafiał jej pełne biodra i połyskiwał na nich, potem znowu wznosiła się, pędząc przez deszcz z wysuniętym brzuchem, i znowu się schylała, tak że tylko pełne uda i pośladek wystawione były na łup deszczu, jak gdyby w ofierze, jak gdyby dla zaznaczenia dzikiej czci.

Mellors skrzywił twarz w uśmiechu i zrzucił ubranie. Tego było za wiele! Wybiegł z szałasu, nagi i biały, z lekkim dreszczem, wybiegł na twardy, tnący deszcz. Flossie biegła przed nim z podnieconym, krótkim ujadaniem. Connie, której włosy lepiły się do głowy, odwróciła gorącą twarz i dostrzegła Mellorsa. Błękitne jej oczy zapłonęły podnieceniem, kiedy się obejrzała i szybko, dziwnymi, skaczącymi ruchami pobiegła przez polanę, wzdłuż ścieżki, smagana przez mokre gałęzie. Pędziła, a on nie widział nic, tylko okrągłą, mokrą głowę, mokre, pochylone w ucieczce plecy i zaokrąglony, połyskujący pośladek. Cudowna, skulona piękność kobieca w uciecze.

Była już prawie w pełnym galopie, kiedy zbliżył się i zarzucił nagie ramię przez środek jej miękkiej, wilgotnej nagości. Wrzasnęła i wyprostowała się, a brzemię jej delikatnego, chłodnego ciała znalazło się przy jego ciele. Przycisnął ją do siebie, szaleńczo, owo miękkie naręcze chłodnego kobiecego ciała, które szybko, w kontakcie z jego, stało się ciepłe jak płomień. Deszcz lał się na nich strumieniami, aż dymili. Chwycił jej piękne, ciężkie pośladki po jednym w każdą dłoń i przycisnął je do siebie w szale, stojąc bez ruchu w deszczu i drżąc. Potem nagle podniósł ją i upadł z nią razem na ścieżkę, po czym w ryczącej ciszy deszczu krótko i ostro wziął ją, krótko i ostro skończył, jak zwierzę.

Zerwał się po chwili i otarł deszcz z oczu.

— Chodź — rzekł, a ona poczęła biec w stronę szałasu.

On biegł szybko, wyprostowany. Nie lubił deszczu. Ale ona zbliżała się wolniej, zrywając niezapominajki, jaskry i hiacynty leśne, potem biegła znowu kilka kroków i patrzała za nim, jak oddalał się od niej.

Kiedy dysząc przybiegła do szałasu z kwiatami, on rozpalił już ogień, i chrust trzaskał. Śpiczaste jej piersi wznosiły się i opadały, włosy były zlepione od deszczu, twarz rozpalona, a całe ciało połyskiwało i ociekało wodą. Z szeroko rozwartymi oczyma, bez tchu, z małą, mokrą głową i pełnymi, ociekającymi, naiwnymi biodrami, wyglądała jak inna istota.

Mellors wziął stare prześcieradło i wytarł Connie, która stała przy tym jak dziecko. Potem wytarł siebie samego, zamknąwszy najpierw drzwi szałasu. Ogień buchnął płomieniem. Connie owinęła głowę w drugi koniec prześcieradła i wycierała mokre włosy.

— Wycieramy się tym samym ręcznikiem — rzekł leśniczy — to oznacza kłótnię!

Connie spojrzała na niego, z włosami w dzikim nieładzie.

— Nie! — odpowiedziała z rozszerzonymi oczyma. — To nie ręcznik, to prześcieradło.

I poczęła znowu mocno trzeć głowę, podczas gdy on suszył własne włosy.

Ciągle jeszcze dysząc z wysiłku, każde owinięte w wojskowy koc, ale odsłoniwszy przednie części ciała przed ogniem, siedzieli obok siebie na drewnianej ławce przed buchającymi płomieniami, aby się uspokoić. Uczucie koca na skórze było dla Connie niemiłe, ale prześcieradło przemokło już zupełnie.

Zrzuciła koc i uklękła na glinianym palenisku, trzymając głowę przy ogniu i potrząsając włosami, by je wysuszyć. Przyglądał się pięknemu, zakrzywionemu opadowi jej bioder. On go dzisiaj zafascynował. Jak opadał obfitym zboczem ku ciężkiej krągłości jej pośladków! A pomiędzy nimi, złożone w tajemnym cieple, tajemne wejścia!

Pogłaskał jej ogon swoją dłonią, długo i subtelnie rozkoszując się krągłościami i kulistością.

— Mosz taki fajny łogon — powiedział gardłowym, pieszczotliwym dialektem. — Masz najładniejszy tyłek na świecie. To najładniejszy, najładniejszy tyłek kobiecy! I każda jego część jest kobieca, do szaleństwa kobieca, to pewne. Nie jest taki, jak u którejś z tych dziewczyn, co mają tyłki jak dwa guziki, takie, jakie powinni mieć chłopcy! Masz naprawdę miękki, opadający tyłek, taki, jaki mężczyzna kocha w głębi swoich trzewi. To tyłek, który mógłby podtrzymać świat. Tak jest.

Przez cały czas, gdy to mówił, delikatnie głaskał jej zaokrąglony ogon, aż wydawało się, jakby śliski ogień spływał stamtąd na jego dłonie. Opuszki jego palców dotykały dwóch sekretnych otworów w jej ciele, raz po raz, z delikatnym, lekkim muśnięciem ognia.

— I z tego, iże sro i pulo, tyż sie ciesza. Na co mi kobiyta, co niy może srać ani pulać.

Connie nie mogła powstrzymać się, by nie parsknąć nagle śmiechem ze zdumienia, ale on kontynuował niewzruszenie.

— Som prowdziwe, naprowda som! Som prowdziwe, nawet trocha jak u kundy. Tukej sro, a sam pulo: i kłada rynka na łoboch i lubia cie za to. Lubia cie za to. Łoto mo chyndogo, babsko rzić, hyrsko z siebie. Niy stydzi sie siebie, czyż niy?

Położył dłoń blisko i mocno na jej sekretnych miejscach, jak w geście serdecznego powitania.

— Podobo mi sie — powiedział. — Podobo mi sie! Kebych żoł ino dziesiyńć minut, pogłaskał cie po rzici i poznoł go, uznoł bych, iże przeżołch jedno życie, wiysz? Co mie łobchodzi systym industrialny! Łoto jedno z mojich żyć.

Odwróciła się i wspięła na jego kolana, przywierając do niego.

— Pocałuj mnie! — wyszeptała.

Wiedziała, że myśl o rozstaniu drzemała w ich umysłach, i w końcu poczuła smutek.

Siedziała na jego udach, z głową przy jego piersi, jej nogi, lśniące jak kość słoniowa, były luźno rozchylone, a ogień oświecał je nierównomiernie. Siedząc z opuszczoną głową, patrzył na fałdy jej ciała w blasku ognia i na runo miękkich brązowych włosów, które opadały do punktu między jej rozchylonymi udami. Sięgnął do stołu poza nią i wziął jej bukiet kwiatów, wciąż tak mokry, że deszczowe krople spadały na nią.

— Kwiaty w każdą pogodę są bez dachu nad głową — powiedział. — Nie mają domów.

— Nawet chatki! — mruknęła.

Spokojnymi palcami wplótł kilka kwiatów niezapominajek w delikatne brązowe runo wzgórka Wenus.

— Tutaj — powiedział. — Tu niezapominajki są na właściwym miejscu!

Spojrzała w dół na dziwne, mleczne kwiatki wśród brązowych dziewiczych włosów w dolnej części jej tułowia.

— Czyż to nie wygląda pięknie? — powiedziała.

— Pięknie jak życie — odparł.

I wetknął różowy pączek goździka między włosy.

— Tutaj! To ja, tu mnie nie zapomnisz! To Mojżesz w sitowiu.

— Nie jesteś zły, że odjeżdżam, prawda? — zapytała po chwili i spojrzała w jego twarz z zadumą.

Ale twarz jego pod ciężkimi brwiami była niezbadana. Nie było na niej żadnego wyrazu.

— Rób, co uważasz za właściwe — rzekł.

I mówił teraz poprawnym angielskim.

— Nie odjadę, jeżeli ty tego nie chcesz — odpowiedziała Connie, tuląc się do niego.

Zapadło milczenie. Leśniczy pochylił się i dorzucił jeszcze kawałek drzewa do ognia. Płomień odbijał się na jego milczącej, zatopionej w myślach twarzy. Connie czekała, ale on nie rzekł nic.

— Myślałam tylko — podjęła znowu rozmowę — że byłaby to dobra droga do rozpoczęcia zerwania z Cliffordem. Chcę przecież mieć dziecko. A toby mi dało sposobność, żeby... żeby...

— Żeby dać ludziom trochę kłamstw do myślenia — uzupełnił Mellors.

— Tak, także i to, między innymi. Czy chcesz może, żeby domyśleli się prawdy?

— Jest mi zupełnie obojętne, co sobie myślą.

— Mnie nie! Nie chcę, żeby mnie obmacywali swymi niemiłymi, zimnymi myślami, przynajmniej póki jeszcze jestem we Wragby. Mogą sobie myśleć, co chcą, gdy mnie tu już na zawsze nie będzie.

Leśniczy milczał. Potem zapytał:

— Ale Sir Clifford spodziewa się, że wrócisz do niego?

— O, muszę przecież powrócić — odpowiedziała.

I znowu zapadła cisza.

— I chciałabyś mieć dziecko we Wragby?

Otoczyła jego szyję ramionami.

— Jeżeli mnie stąd nie zabierzesz, będę chyba musiała — rzekła.

— Dokąd cię mam zabrać?

— Dokądkolwiek! Byle precz! Byle jak najdalej od Wragby!

— Kiedy?

— Oczywiście gdy powrócę.

— Ale jakiż sens ma w takim razie powrót? Po co dwa razy robić to samo, jeżeli cię już tu nie będzie? — zapytał Mellors.

— O, muszę powrócić. Przyrzekłam mu to! Przyrzekłam solennie. Zresztą powrócę w istocie do ciebie.

— Do leśniczego twego męża?

— To nie ma znaczenia.

— Nie? — Zastanowił się przez chwilę. — A kiedy zamierzasz wyjechać znowu? Ostatecznie? Kiedy dokładnie?

— O, nie wiem. Z Wenecji w każdym razie powrócę. A potem przygotujemy wszystko.

— Jak przygotujemy?

— Powiem wszystko Cliffordowi. Muszę mu powiedzieć.

— Powiesz!

Milczał długo. Connie mocno otoczyła jego szyję ramionami.

— Nie powinieneś mi tego utrudniać — rzekła błagalnie.

— Czego?

— Wyjazdu do Wenecji i przygotowania się do wszystkiego.

Słaby uśmiech, półuśmiech przemknął po jego twarzy.

— Nie utrudniam ci tego — rzekł. — Chcę tylko zrozumieć, do czego właściwie zmierzasz. Ale w istocie nie znasz jeszcze sama siebie. Chcesz zyskać na czasie: odsunąć się trochę od tego i przyjrzeć się wszystkiemu z daleka. Nie robię ci z tego powodu wyrzutów. Sądzę, że jesteś mądra. Może będziesz wolała zostać panią na Wragby. Nie robię ci wyrzutów. Nie mogę ci zaofiarować drugiego Wragby. Wiesz przecież, czego się możesz po mnie spodziewać. Nie, nie, myślę, że masz rację! Naprawdę, jestem tego zdania. I nie lecę na to, żeby żyć na twój koszt, żeby się dać przez ciebie utrzymywać. I to przecież jeszcze trzeba wziąć pod uwagę.

Connie miała nieokreślone uczucie, jakby jej odpłacał pięknym za nadobne.

— Ale chcesz mnie, prawda? — zapytała.

— A ty mnie chcesz?

— Wiesz przecież. To jest oczywiste.

— Doskonale! A kiedy mnie chcesz?

— Wiesz, że możemy wszystko urządzić, gdy powrócę. Teraz wprawiłeś mnie w zupełne zamieszanie. Muszę się uspokoić i patrzeć trzeźwo.

— Naturalnie! Uspokój się i patrz trzeźwo!

Connie czuła się trochę urażona.

— Ale ufasz mi przecież, prawda? — zapytała.

— O, bezwzględnie!

W tonie jego wyczuła szyderstwo.

— Więc powiedz mi — rzekła zduszonym głosem — czy sądzisz, że byłoby lepiej, gdybym nie jechała do Wenecji?

— Jestem przekonany, że lepiej jest, abyś jechała do Wenecji — odpowiedział Mellors chłodnym, nieco drwiącym tonem.

— Wiesz, że wyjeżdżam w przyszły czwartek?

— Tak!

Teraz zamyśliła się. Wreszcie rzekła:

— A kiedy powrócę, będziemy z pewnością lepiej wiedzieli, czego się trzymać, prawda?

— O, na pewno!

Ta dziwna przepaść milczenia pomiędzy nimi!

— Byłem u adwokata w sprawie mego rozwodu — rzekł Mellors głosem trochę wymuszonym.

Connie wzdrygnęła się lekko.

— Byłeś! — zawołała. — I co powiedział?

— Powiedział, że powinienem to był wcześniej zrobić. Teraz mogłyby powstać trudności. Ale ponieważ byłem w wojsku, przypuszcza, że wszystko pójdzie łatwo. Żeby mi tylko jej na kark nie ściągnął!

— Czy ona musi o tym przedtem wiedzieć?

— Tak! Dostanie zawiadomienie; tak samo mężczyzna, z którym żyje, jako przypozwany.

— Czy ta cała procedura nie jest ohydna? Przypuszczam, że z Cliffordem będę musiała przejść to samo.

Zapadło milczenie.

— I oczywiście — rzekł Mellors — będę musiał prowadzić wzorowe życie podczas najbliższych sześciu czy ośmiu miesięcy. Jeżeli więc jedziesz do Wenecji, to przynajmniej na kilka tygodni będę wolny od pokusy.

— Więc ja jestem pokusą! — odpowiedziała Connie, głaszcząc jego twarz. — Tak się cieszę, że jestem dla ciebie pokusą! Nie myślmy o tym więcej! Budzisz we mnie lęk, kiedy zaczynasz myśleć. Przytłaczasz mnie zupełnie. Nie myślmy o tym więcej! Będziemy mogli dość rozmyślać, gdy będziemy w rozłące. O to przecież idzie! Pomyślałam sobie, że muszę po prostu przyjść do ciebie jeszcze raz na noc, zanim odjadę. Muszę przyjść jeszcze raz do leśniczówki. Czy mam przyjść w czwartek w nocy?

— Wtedy już przecież twoja siostra będzie tutaj?

— Tak! Ale pisała, że odjedziemy po południu. Mogłybyśmy więc rzeczywiście po południu odjechać, ale ona mogłaby przenocować gdzie indziej, a ja spałabym u ciebie.

— Przecież ona będzie musiała o tym wiedzieć!

— O, powiem jej. Do pewnego stopnia już jej powiedziałam. Muszę to wszystko omówić z Hildą. Jest ona dla mnie wielką pomocą i taka jest rozsądna.

Zastanowił się nad jej planem.

— Więc wyjechałabyś z Wragby po południu, jak gdybyś jechała do Londynu. Jaką drogą pojedziecie?

— Przez Nottingham i Grantham.

— W takim razie siostra twoja wysadziłaby cię gdzieś, a ty przyszłabyś lub przyjechała z powrotem tutaj? Brzmi to bardzo ryzykownie, tak mi się przynajmniej wydaje.

— Sądzisz? Więc Hilda może mnie przywieźć tutaj. Mogłaby przenocować w Mansfield, przywieźć mnie tutaj wieczorem, a rano zabrać znowu. To będzie zupełnie łatwe.

— A ludzie, którzy cię zobaczą?

— Będę nosiła okulary i szal.

Zastanowił się chwilę.

— Dobrze — rzekł. — Rób, jak ci się podoba, jak zwykle!

— Ale czy tobie się to nie podoba?

— O, tak! Mnie się to bardzo będzie podobało — rzekł Mellors trochę ponuro. — Dlaczego nie mam kuć, póki żelazo gorące?

— Wiesz, co sobie pomyślałam? — powiedziała raptem. — Nagle to do mnie dotarło. Jesteś „Rycerzem Płomiennego Tłuczka”!

— Aj! A ty? Czy jesteś Panią Gorącego Czerwonego Moździerza?

— Tak! — powiedziała. — Tak! Ty jesteś Sir Tłuczek, a ja Lady Moździerz.

— W porządku, w takim razie zostałem pasowany na rycerza. John Thomas to Sir John, dla twojej Lady Jane.

— Tak! John Thomas został pasowany na rycerza! Od mojej damy-łonowych-włosów i on także musi dostać kwiaty. Tak!

Wsunęła dwa różowe pędy goździków w gąszcz rudozłotych włosów nad jego penisem.

— Tutaj! — powiedziała. — Czarujący! Czarujący Sir John!

I wsunęła kępkę niezapominajek w ciemne włosy na jego piersiach.

— Tam mnie nie zapomnisz, prawda? — pocałowała go w pierś, po czym ułożyła po dwie gałązki niezapominajek na każdym sutku i ponownie go pocałowała.

— Zrób ze mnie kalendarz! — powiedział. Zaśmiał się i kwiaty zadrżały na jego piersi.

— Zaczekaj chwileczkę — rzekł.

Wstał i otworzył drzwi szałasu. Flossie, która leżała pod okapem, podniosła się i spojrzała na niego.

— Tak, to ja! — rzekł Mellors.

Deszcz ustał. Panowała wilgotna, ciężka, parna cisza. Zapadł wieczór.

Wyszedł przed szałas i ruszył małą ścieżką w kierunku przeciwległym do drogi leśnej. Connie obserwowała jego szczupłą, białą postać: wydała się jej niby duch, niby zjawa, oddalająca się od niej. Kiedy go już nie mogła dojrzeć, serce jej zadrżało z lęku. Stała w drzwiach szałasu, owinięta tylko w koc, i patrzyła w ociekającą, nieruchomą ciszę.

Ale on powrócił, jakimś dziwnym truchtem, przynosząc kwiaty. Connie lękała się go trochę, jakby nie był zupełnie istotą człowieczą. A kiedy się zbliżył, oczy jego spojrzały w jej oczy, ale ona nie mogła zrozumieć, co to znaczy.

Przyniósł orlików i płomyczków, i marzanny, i młodych pędów dębowych, i powoju w małych pąkach. Przymocował puszyste gałązki dębu wokół jej piersi, wtykając w nie kępki dzwonków i lepnicy, w pępku umieścił różowy kwiat lepnicy, a w jej dziewiczych włosach niezapominajki i marzanki.

— Przyjrzyjmy się naszej Jane w kwiecistym stroju! — rzekł.

Wplótł kwiaty we włosy na swoim ciele, owinął wokół penisa kawałek powoju, a w pępek wetknął pojedynczy dzwoneczek hiacynta. Przyglądała się z rozbawieniem jego dziwnemu zapałowi. Wsadziła mu też kwiat lepnicy w wąsy, gdzie utknął, dyndając mu pod nosem.

— To je John Thomas81 w czasie weselo z Tofle Jane — powiedział. — A my przizwolymy Constance i Oliverowi pójść swojimi drogami. Może...

Rozpostarł ramiona szerokim gestem, a potem kichnął, zdmuchując kwiaty z nosa i pępka. Kichnął jeszcze raz.

— Może co? — zapytała Connie, czekając, aby mówił dalej.

Spojrzał na nią trochę stropiony.

— Hę? — rzekł.

— Może co? Powiedzże, co chciałeś powiedzieć! — nalegała Connie.

— Ba, cóż to ja chciałem powiedzieć?

Zapomniał. I było to jedno z największych rozczarowań jej życia, że nie dokończył tego zdania.

Żółty promień słoneczny przemknął po drzewach.

— Słońce! — rzekł Mellors. — I czas już na ciebie. Czas już, jaśnie pani, już czas! Co leci bez skrzydeł, jaśnie pani? Czas! Czas!

Sięgnął po koszulę.

— Powiedz dobranoc Sir Johnowi Thomasowi! — rzekł, patrząc w dół na swojego penisa. — Jest bezpieczny w ramionach powojowej Jenny! Niewiele w nim teraz z płomiennego tłuczka.

I wciągnął flanelową koszulę przez głowę.

— Najniebezpieczniejsza to chwila dla mężczyzny — rzekł, gdy głowa jego wynurzyła się znowu — kiedy wdziewa koszulę. Wtedy ma głowę w worku. Dlatego wolę amerykańskie koszule, które wkłada się jak marynarkę.

— Spójrz na Jane — powiedział — w jej rozkwicie! Kto cię umai kwieciem w przyszłym roku, mała Jane? Ja czy ktoś inny? „Żegnaj mój dzwoneczku, żegnaj!”82 Nienawidzę tej piosenki, przypomina mi pierwsze dni wojny.

Usiadł i zaczął zakładać pończochy. Ona wciąż stała nieruchomo. Położył rękę na zboczu jej pośladków.

— Śliczna mała Lady Jane! — powiedział. — Może w Wenecji znajdziesz mężczyznę, który włoży jaśmin w twoje dziewicze włosy i kwiat granatu w twój pępek. Biedna mała Lady Jane!

— Nie mów takich rzeczy! — powiedziała. — Mówisz tak tylko po to, żeby mnie zranić.

Opuścił głowę. Potem powiedział w dialekcie:

— Aj, może ja, może ja! No to nic niy powiym i nic niy zrobia. Ale musisz sie łoblyc i wrócić do swych zocnych domów Anglije, jakoż piyknie sie znoszom. Czas minoł! Czas minoł dlo Sir Johna i dlo małyj Tofle Jane! Wraź swoja treska, Tofle Chatterley! Mógby to być fto ino, bez stonie tam na aus, nawet w tresce i z poroma strzępami kwiotków. A toż, a toż rozbiorę cie, młody, krótkoogoniasty droździe.

I zdjął liście z jej wilgotnych włosów, całując je, i kwiaty z jej piersi, i pocałował jej piersi, i pocałował jej pępek, i pocałował jej włosy łonowe, gdzie zostawił wplecione kwiaty.

— Mogom sam łostać, dopoki chcom — powiedział. — No toż! Zasik je żeś nago, dzioucha z guzo rziciom i mało Tofle Jane! A teroz wraź treska, bo zaroz pódziesz, bo Tofle Chatterley spóźni sie na wieczerzo, a kaj ty byłaś, moja śliczno dzieweczko!

Connie nie wiedziała nigdy, jak mu odpowiedzieć, kiedy był w takim usposobieniu. Ubrała się więc i przygotowała do trochę haniebnego powrotu do Wragby. A może ona to tak tylko odczuwała: trochę haniebny dom.

Nie chciał się wyrzec odprowadzenia jej do szerokiej drogi leśnej. Młode jego bażanty były bezpieczne pod daszkiem.

Kiedy wyszli oboje na drogę, ujrzeli zbliżającą się bladą panią Bolton.

— O, proszę jaśnie pani, myśleliśmy już, że się coś stało!

— Nie! Nic się nie stało.

Pani Bolton spojrzała w twarz mężczyzny, wygładzoną i odmłodzoną z miłości. Spotkała się z na wpół roześmianym, na wpół drwiącym spojrzeniem jego oczu. Śmiał się zawsze z niepowodzeń. Ale spojrzał na nią przyjaźnie.

— Dobry wieczór, pani Bolton! Jaśnie pani jest teraz w dobrych rękach, mogę ją więc opuścić. Dobranoc jaśnie pani! Dobranoc pani Bolton!

Ukłonił się i zawrócił.