Rozdział szesnasty

Connie przeszła po powrocie do domu przez prawdziwy krzyżowy ogień pytań. Clifford wyjechał na podwieczorek i powrócił krótko przed burzą, a gdzie była jaśnie pani? Nikt nie wiedział, tylko pani Bolton sądziła, że może poszła na spacer do lasu. Do lasu, w taką pogodę! — Clifford posunął się tym razem aż do stanu nerwowego szaleństwa. Podrywał się za każdą błyskawicą i wzdrygał przy każdym grzmocie. Spoglądał w lodowaty deszcz, jakby koniec świata był bliski. Podniecał się coraz bardziej.

Pani Bolton usiłowała go uspokoić.

— Na pewno schroniła się do szałasu, aż burza przeminie. Niech się pan nie martwi, jaśnie pani jest bezpieczna.

— Nie podoba mi się, że podczas takiej burzy jest w lesie. Nie podoba mi się, że w ogóle jest w lesie. Nie ma jej już od przeszło dwóch godzin. Kiedy wyszła?

— Krótko przed pańskim powrotem.

— Nie widziałem jej w parku. Bóg wie, gdzie ona jest i co się jej mogło stać.

— O, na pewno nic się jej nie stało. Przekona się pan, że wróci zaraz do domu, gdy tylko deszcz ustanie. Jedynie deszcz zatrzymuje ją jeszcze.

Ale jaśnie pani nie wróciła zaraz do domu, gdy tylko deszcz ustał. Przeciwnie, czas mijał, słońce wyjrzało zza chmur, aby rzucić ostatnie, żółtawe promienie, a Connie ciągle jeszcze nie było widać. Słońce zaszło, zapadł mrok, gong zabrzmiał już po raz pierwszy na kolację.

— Tak być nie może! — zawołał Clifford, obłąkany z niepokoju. — Wyślę Flinta i Bettsa, żeby jej poszukali.

— O, niech pan tego nie robi! — odpowiedziała pani Bolton. — Ludzie pomyślą, że to samobójstwo czy coś podobnego. Niech pan nie daje powodu do gadaniny. To już lepiej ja sama pobiegnę do szałasu i zobaczę, czy jej tam nie ma. Już ja ją znajdę.

Po krótkim namyśle Clifford pozwolił jej pójść.

W ten sposób Connie spotkała ją niebawem na drodze leśnej, gdzie pani Bolton kręciła się sama i blada.

— Niech mi pani nie bierze za złe, że wyszłam pani na spotkanie! Ale Sir Clifford był w takim okropnym stanie! Przekonany był, że trafił panią piorun albo zabiło wywrócone drzewo. I był już zdecydowany wysłać Fielda i Bettsa do lasu na poszukiwanie zwłok. Pomyślałam więc sobie, że lepiej będzie, jeżeli ja pójdę, zamiast alarmować całą służbę.

Mówiła nerwowo. Widziała jeszcze na twarzy Connie ów nieprzytomny, rozmarzony wyraz, który następuje po wybuchu namiętności, i odczuwała skierowane przeciwko sobie rozdrażnienie.

— Naturalnie! — rzekła Connie. Więcej powiedzieć nie mogła.

Dwie kobiety człapały w milczeniu po mokrej drodze, podczas gdy wielkie krople z hałasem spadały z drzew niby małe eksplozje. Kiedy dotarły do parku, Connie ruszyła przodem, a pani Bolton dyszała nieco. Zaczynała już tyć.

— Jakie to głupie ze strony Clifforda, robić tyle hałasu! — rzekła wreszcie Connie z gniewem, jakby mówiła do siebie samej.

— O, wie pani przecież, jacy są mężczyźni! Chętnie poddają się takiemu zdenerwowaniu. Ale uspokoi się zaraz, gdy jaśnie panią zobaczy.

Connie była zła, że pani Bolton znała jej tajemnicę: gdyż niewątpliwie znała ją.

Nagle Connie zatrzymała się na środku ścieżki.

— To potworne, żeby mnie tak śledzić na każdym kroku!— — rzekła, a oczy jej zabłysły.

— O, niech jaśnie pani tego nie mówi! Na pewno posłałby Flinta i Bettsa, a oni poszliby prosto do szałasu. Ja nie wiedziałam nawet dokładnie, gdzie to jest.

Policzki Connie pociemniały jeszcze bardziej z gniewu wobec tej aluzji. Ale póki była pod władzą namiętności, nie potrafiła kłamać. Nie mogła nawet udawać, że między nią a leśniczym nic nie było. Spojrzała na kobietę, która stała przed nią tak przebiegle, z głową pochyloną, a jednak w kobiecości swej była jej sprzymierzoną.

— Co tam! — zawołała. — Jak jest, tak jest. Mnie tam wszystko jedno!

— Ależ wszystko jest w porządku, proszę jaśnie pani! Po prostu schroniła się pani do szałasu. Nie ma w tym nic złego.

Ruszyły dalej ku domowi. Connie weszła do pokoju Clifforda, wściekła na niego, na jego bladą, niezmiernie podnieconą twarz i na jego wybałuszone oczy.

— Muszę przyznać, że nie uważam, aby potrzeba było wysyłać za mną służbę — wybuchnęła.

— Boże wielki! — krzyknął Clifford. — Gdzieżeś ty była, okropna kobieto? Nie było cię w domu od szeregu godzin, od szeregu godzin, przy takiej pogodzie! Czegóż ty u licha szukałaś w tym przeklętym lesie? Po co w ogóle wychodziłaś? Co robiłaś przez ten czas? Deszcz ustał już od kilku godzin, od kilku godzin! Czy wiesz, która godzina? Potrafisz człowieka wpędzić w obłęd! Gdzie byłaś? I co do wszystkich diabłów robiłaś przez ten czas?

— A gdybym nie miała ochoty powiedzieć ci tego?

Connie ściągnęła kapelusz z głowy i potrząsnęła włosami.

Clifford spojrzał na nią, oczy nabrzmiały mu, a białka pożółkły. Bardzo szkodliwe było dla niego wpadać w taką wściekłość. Pani Bolton musiała go zwykle potem przez szereg dni z trudem pielęgnować. Connie uczuła nagle wyrzuty sumienia.

— Nie, naprawdę! — powiedziała łagodniej. — Pomyślałby kto, że Bóg wie gdzie byłam. Siedziałam po prostu w szałasie przez cały czas burzy, rozpaliłam sobie ogień i byłam szczęśliwa.

Mówiła teraz swobodnie. Ostatecznie po co go jeszcze bardziej denerwować?

Clifford spojrzał na nią podejrzliwie.

— Spójrzże na swoje włosy! — rzekł. — Spójrz na siebie!

— Tak! — odpowiedziała Connie spokojnie. — Biegałam po deszczu, bez sukni.

Clifford oniemiał i wlepił w nią wzrok.

— Oszalałaś chyba! — zawołał wreszcie.

— Dlaczego? Że lubię natryski deszczowe?

— A czym się wytarłaś?

— Jakimś starym ręcznikiem. Wyschłam przy ogniu.

Ciągle jeszcze wpatrywał się w nią jak rażony udarem.

— A gdyby ktoś nadszedł? — zapytał.

— Któż by mógł nadejść?

— Kto? Ależ ktokolwiek! A Mellors? Czy on tam nie przychodzi? Musi przecież przychodzić co wieczór!

— Tak, przyszedł później, gdy się wypogodziło, żeby nakarmić bażanty.

Mówiła ze zdumiewającą obojętnością. Pani Bolton, która podsłuchiwała w sąsiednim pokoju, była zdumiona. Pomyśleć, że ta kobieta mogła to mówić tak swobodnie!

— Ale wyobraź sobie, że przyszedłby, kiedy ty biegałaś po deszczu i nic na sobie nie miałaś, jak wariatka!

— Przypuszczam, że przeżył by największe przerażenie swego życia i uciekłby, jak tylko by mógł najszybciej.

Clifford wlepił w nią nieprzytomny wzrok. Co myślał w podświadomości, tego nie mógł wiedzieć. A zbyt był oszołomiony, żeby móc w świadomości zdobyć się na jedną choćby jasną myśl. Po prostu w jakiejś pustce wchłaniał w siebie wszystko, co Connie mówiła. I podziwiał ją. Na to nic nie mógł poradzić, musiał ją podziwiać. Była tak podniecona, wyglądała tak ładnie i mile: tak miłośnie.

— W każdym razie — rzekł — będziesz mogła mówić o szczęściu, jeżeli wyjdziesz z tego bez silnego przeziębienia.

— O, nie przeziębiłam się na pewno — odpowiedziała Connie.

Myślała sobie o słowach tamtego mężczyzny: Masz najładniejszy tyłek na świecie! Chciała, bardzo chciała móc powiedzieć Cliffordowi, że ktoś jej to powiedział podczas tej słynnej burzy. A jednak! A jednak zachowała się jak obrażona królowa i poszła na górę, żeby się przebrać.

Wieczorem Clifford chciał być wobec niej uprzejmy. Czytał jedną z najnowszych książek naukowo-religijnych: odznaczał się on jakąś nieszczerą religijnością i egocentrycznie troszczył się o przyszłość własnego „ja”. Nawyknieniem jego było toczyć z Connie konwersacje na temat jakiejś książki, gdyż konwersacje były między nimi konieczne, niemal chemicznie konieczne. Niemal chemicznie musieli łączyć się z sobą w głowach.

— Co sądzisz o tym? — zapytał, sięgając po książkę. — Nie potrzebowałabyś chłodzić rozpalonej głowy, biegając po deszczu, gdybyśmy mieli za sobą kilka dalszych eonów ewolucji. O, tutaj jest to zdanie! „Na wszechświat można patrzeć z dwóch stron. Z jednej następuje w nim upadek fizyczny, z drugiej wzniesienie się duchowe”.

Connie słuchała, czekając na ciąg dalszy. Ale Clifford przerwał. Spojrzała na niego zdumiona.

— Jeżeli wszechświat wznosi się duchowo, co zostawia pod sobą, w miejscu, gdzie był jego ogon?

— Ach! — zawołat Clifford — Musisz to rozumieć tak, jak autor to rozumie. Wzniesienie się jest tu, jak sądzę, przeciwstawieniem upadku.

— Więc jakby duchowe nadęcie się!

— Nie, mówmy poważnie, bez żartów, czy sądzisz, że w tym coś jest?

Connie spojrzała na niego znowu.

— Upadek fizyczny — rzekła. — Widzę, że ty stajesz się coraz tęższy, ja sama także nie podupadam fizycznie. Czy sądzisz, że słońce jest mniejsze, niż było dawniej? Ja nie jestem tego zdania. I uważam, że jabłko, które Ewa zaproponowała Adamowi, nie było naprawdę o wiele większe, jeżeli w ogóle było większe, niż nasze złote renety. Czy jesteś innego zdania?

— Więc posłuchaj, co on dalej pisze: „Proces ten odbywa się niezmiernie powoli, z powolnością, niedostrzegalną dla naszych okresów czasu, i zbliża wszechświat ku nowym stanom twórczym, kiedy świat fizyczny, jaki znamy teraz, reprezentowany będzie jedynie przez słaby nurt, niedający się niemal odróżnić od niebytu”.

Connie przysłuchiwała się z przebłyskiem wesołości. Przychodziły jej na myśl rozmaite nieprzyzwoite rzeczy, które mogła powiedzieć. Ale powiedziała tylko:

— Co za głupie sztuczki magiczne! Jak gdyby jego mała, zarozumiała świadomość mogła w ogóle wiedzieć coś o rzeczach, które odbywają się z taką powolnością! Wszystko to dowodzi jedynie, że on sam jest na tym świecie osobnikiem fizycznie chybionym. I dlatego chce odmówić wartości fizycznej całemu wszechświatowi. Bezwstydna impertynencja!

— O, posłuchajże jednak! Nie przerywaj podniosłych słów tego wielkiego człowieka! „Obecny porządek świata powstał z niemożliwej do wyobrażenia sobie przeszłości i znajdzie grób w niemożliwej do wyobrażenia sobie przyszłości. Trwa więc tylko niewyczerpane królestwo abstrakcyjnych form i siły twórczej, która w zmiennym swym charakterze ciągle na nowo jest określana przez swoje własne twory i przez Boga, od którego mądrości zależą wszelkie formy porządku świata”. Na tym kończy!

Connie siedziała, przysłuchując się z pogardą.

— On jest duchowo nadęty — rzekła. — Co za bzdury! Rzeczy niemożliwe do wyobrażenia sobie i porządki świata w grobach, i królestwa abstrakcyjnych form, i siła twórcza o zmiennym charakterze, i Bóg z formami porządku świata, wszystko pomieszane razem! To przecież idiotyczne!

— Muszę przyznać, że jest to trochę nieokreślone, że jest to jakby konglomerat, niejako mieszanina gazów — zgodził się Clifford. — A jednak uważam, że jest jakiś sens w tej myśli, iż wszechświat podlega upadkowi fizycznemu i duchowemu wznoszeniu się.

— Sądzisz? Więc niech się wznosi, byle tylko mnie fizycznie pozostawiał w spokoju i bezpieczeństwie na dole!

— Czy tak lubisz swoją cielesność? — zapytał Clifford.

— Kocham ją! — A przez jej umysł przebiegły słowa: najładniejszy, najładniejszy kobiecy tyłek na świecie!

— Jest to naprawdę bardzo niezwykłe. Niepodobna bowiem zaprzeczyć, że stanowi ona przeszkodę. Domyślam się co prawda, że kobieta nie znajduje najwyższej przyjemności w życiu duchowym.

— Najwyższej przyjemności? — zapytała Connie, spoglądając na niego. — Czyż ten rodzaj idiotycznego ględzenia jest najwyższą przyjemnością duchowego życia? Nie, dziękuję! Ja wolę ciało. Uważam, że życie ciała jest bardziej rzeczywiste niż życie duchowe. To znaczy, jeżeli ciało jest naprawdę zbudzone do życia. Ale tylu ludzi, podobnie jak twój słynny pustogłów, posiada tylko duchową przyczepkę do fizycznego trupa.

Clifford spojrzał na nią zdumiony.

— Życie ciała — rzekł — jest po prostu życiem zwierzęcia.

— Lepsze to niż życie zawodowego trupa. Ale to wcale nie prawda. Ciało ludzkie teraz dopiero zaczyna naprawdę żyć. U Greków życie to migotało przepięknie, zanim Platon i Arystoteles zabili ten blask, a Jezus dokończył dzieła. Ale teraz ciało naprawdę wraca do życia, naprawdę powstaje z grobu. I będzie to cudowne, cudowne życie w cudownym wszechświecie, życie ciała ludzkiego.

— Moja kochana, mówisz, jakbyś była prorokiem! Prawda, wyjeżdżasz w podróż dla przyjemności, ale nie zachwycajże się tym tak nieprzyzwoicie. Wierz mi, jakikolwiek Bóg istnieje, usuwa on powoli z człowieka trzewa i narządy trawienia, aby doprowadzić do rozwoju wyższej i bardziej duchowej istoty.

— Dlaczego ci mam wierzyć, Cliffordzie, jeżeli czuję, że jakikolwiek Bóg rządzi światem, zbudził on moje trzewia, jak ty to nazywasz. Dlaczego mam ci wierzyć, jeżeli czuję wręcz przeciwnie?

— O, naturalnie! A co sprawiło w tobie tę niezwykłą zmianę? Bieganie nago po deszczu i udawanie bachantki? Żądza sensacji czy też radość z wyjazdu do Wenecji?

— Jedno i drugie. Czy uważasz, że to takie wstrętne, jeżeli się cieszę na myśl o wyjeździe?

— Dość wstrętne, aby to jawnie okazywać.

— W takim razie będę to ukrywała.

— O, nie fatyguj się. Udzielasz mi niemal nieco ze swego zachwytu. Mam prawie takie uczucie, jakbym to ja sam wyjeżdżał.

— Więc dlaczego nie jedziesz ze mną?

— Omówiliśmy to już dostatecznie. Faktem zaś jest, że domyślam się, iż wielki twój zachwyt pochodzi stąd, że możesz na pewien czas porzucić wszystko tutaj. Nic cię w tej chwili tak nie zachwyca, jak owo: „Żegnajcie wszyscy!” Ale wszelkie rozstanie oznacza spotkanie na innym miejscu. A wszelkie spotkanie to nowe więzy.

— Nie mam zamiaru poddawać się jakimś nowym więzom.

— Nie chwal się, bo bogowie mogą usłyszeć! — rzekł Clifford.

Connie wyprostowała się nagłym ruchem

— Nie, naprawdę, nie będę się chwaliła!

Tym niemniej jednak zachwycona była, że wyjeżdża, że czuje, jak pękają stare więzy. Nie potrafiła temu przeciwdziałać.

Clifford, nie mogąc zasnąć, hazardował się przez całą noc z panią Bolton, która była tak śpiąca, że opadała już z sił.

Nadszedł wreszcie dzień przyjazdu Hildy. Connie umówiła się z Mellorsem, że jeżeli wszystko będzie sprzyjało ich wspólnej nocy, wywiesi z okna zielony szal, gdyby zaś plan jej rozchwiał się, czerwony.

Pani Bolton pomagała Connie przy pakowaniu.

— Zmiana wyjdzie jaśnie pani na dobre — rzekła.

— I ja tak myślę. Nie przejmuje się pani chyba tym, że przez pewien czas będzie pani sama miała na karku Sir Clifforda, prawda?

— O nie, radzę sobie z nim doskonale. Sądzę, że potrafię zrobić wszystko, czego mu potrzeba. Czy uważa pani, że stan jego jest lepszy niż dawniej?

— Och, o wiele lepszy. Sprawia pani cuda.

— Naprawdę? Ale mężczyźni są wszyscy jednakowi. Po prostu małe dzieci. Trzeba im schlebiać i dogadywać, a wreszcie wzbudzić w nich złudzenie, że posiadają własną wolę. Czy jaśnie pani nie jest tego samego zdania?

— Obawiam się, że nie mam pod tym względem dość doświadczenia. — Connie przerwała swoje zajęcie. — A pani mąż? Czy musiała go pani traktować i zagadywać jak małe dziecko? — zapytała, spoglądając na pielęgniarkę.

Pani Bolton przestała także pracować.

— Hm! — rzekła. — Często musiałam mu bardzo ładnie dogadywać, ale on wiedział zawsze, do czego zmierzam. To muszę mu przyznać. I zazwyczaj ustępował mi.

— Nie grał nigdy roli pana i władcy?

— Nie! To znaczy, niekiedy oczy jego miały pewien wyraz i wtedy wiedziałam, że ja powinnam ustąpić. Ale zazwyczaj on ustępował. Nie, nie był panem i władcą. Ale ja także nie. Wiedziałam, kiedy nie wolno mi się dalej posunąć, i wtedy ustępowałam, choć nieraz kosztowało mnie to wiele.

— A coby się stało, gdyby mu się pani sprzeciwiła?

— Nie wiem. Nigdy tego nie uczyniłam. Nawet kiedy nie miał racji, a upierał się przy swoim, ustępowałam. Widzi pani, nigdy nie chciałam zburzyć tego, co między nami było. A jeśli się naprawdę przeciwstawia mężczyźnie własną wolę, wtedy koniec ze wszystkim. Jeżeli się mężczyznę naprawdę lubi, trzeba mu ustępować, kiedy powziął stanowczą decyzję. Czy się ma rację czy nie, trzeba mu ustępować. Inaczej można coś zburzyć. Ale muszę przyznać, że Ted także czasami ustępował, jeżeli ja uparłam się przy czymś, a nie miałam racji. Więc sądzę, że odnosi się to do obydwu stron.

— I postępuje pani tak ze wszystkimi swoimi pacjentami? — zapytała Connie.

— O, to co innego. W stosunku do nich wcale mi na tym nie zależy. Wiem, co jest dla nich dobre, a przynajmniej staram się wiedzieć, a wtedy udaje mi się traktować ich tak, aby im to wyszło na dobre. Nie jest to rzecz wielka w stosunku do człowieka, którego się naprawdę lubi. To zupełnie coś innego. Jeżeli jednego mężczyznę naprawdę się lubi, można być serdeczną niemal dla każdego innego mężczyzny, który nas potrzebuje. Ale to nie to samo. W istocie nic sobie człowiek z niego nie robi. Zdaje mi się, że jeżeli kobieta raz naprawdę kochała, to już nigdy nie robi sobie nic z żadnego mężczyzny.

Słowa te przeraziły Connie.

— Sądzi pani, że można kochać tylko raz? — zapytała.

— Albo nigdy. Większość kobiet nie kocha nigdy, nigdy nie zaczyna nawet kochać. Nie wiedzą wcale, co to znaczy. I mężczyźni także nie. Ale kiedy widzę kobietę, która kocha naprawdę, wówczas serce zamiera we mnie.

— I uważa pani, że mężczyźni łatwo się rozdrażniają?

— Tak! Kiedy się urazi ich dumę. Ale czyż i kobiety nie są takie same? Tylko że te dwa rodzaje dumy są odmienne.

Connie zastanowiła się nad tym. Poczęła znowu odczuwać wyrzuty sumienia, że chciała wyjechać. Czyż ostatecznie nie porzucała swojego kochanka, chociaż tylko na krótki czas? A on wiedział o tym. Dlatego był taki dziwny i taki sarkastyczny.

Bezwarunkowo! Egzystencja ludzka została w przeważnej części opanowana przez maszynę okoliczności zewnętrznych. Znajdowała się w mocy tej maszyny. Nie mogła wyzwolić się od niej bez trudu. I nie chciała wcale.

Hilda przybyła bardzo wczesnym rankiem w czwartek, w zgrabnym dwuosobowym aucie, do którego przytroczona była z tyłu jej ręczna walizka. Wyglądała skromnie i dziewczęco jak zwykle, ale posiadała też dawny upór. Posiadała diabelski upór, o czym przekonał się jej mąż. Ale mąż jej rozwodził się z nią teraz. Tak, ułatwiała mu to nawet, chociaż nie miała kochanka. W tej chwili miała już dosyć mężczyzn. Była bardzo zadowolona, że będzie mogła znowu być panią siebie samej i panią swoich dwojga dzieci, które zamierzała „porządnie” wychować, cokolwiek by to miało oznaczać.

Connie też zezwolono tylko na zabranie ręcznej walizki. Ale wysłała ona zawczasu wielki kufer do ojca, który jechał pociągiem. Uważał, że nie ma sensu zabierać auta do Wenecji. Już dlatego chociażby, że w lipcu było we Włoszech o wiele za gorąco na wycieczki samochodowe. Jechał więc wygodnie koleją. Powrócił był właśnie ze Szkocji.

Hilda poczęła więc niby dzielny arkadyjski marszałek polny wydawać rozporządzenia w sprawie podróży. Siedziała wraz z Connie, gawędząc w jej buduarze.

— Ale Hildo! — rzekła Connie nieco lękliwie. — Chcę tu zostać przez noc. Nie tutaj: w pobliżu!

Hilda wlepiła w siostrę szare, niezbadane oczy. Wydawała się bardzo spokojna; a bywała przecież często dość dzika.

— Gdzie w pobliżu? — zapytała.

— Wiesz przecież, że kocham kogoś, prawda?

— Myślałam sobie, że coś takiego musi być.

— Otóż on mieszka tu w pobliżu. I chcę z nim spędzić tę ostatnią noc. Muszę! Przyrzekłam.

Connie stała się natarczywa.

Hilda pochyliła w milczeniu swoją głowę Minerwy, potem spojrzała na siostrę.

— Czy możesz mi powiedzieć, kto to jest? — zapytała.

— To nasz leśniczy — wybełkotała Connie i zaczerwieniła się silnie, jak zawstydzone dziecko.

— Connie! — zawołała Hilda, unosząc nieco nos ze wstrętu; ruch ten odziedziczyła po matce.

— Wiem. Ale on jest naprawdę zachwycający. Wie naprawdę, co to jest czułość — rzekła Connie, usiłując usprawiedliwić się za niego.

Hilda, niby rumianolica Atena o żywych barwach twarzy, pochyliła głowę i zamyśliła się. W istocie przejął ją silny gniew. Ale nie śmiała okazać tego, gdyż Connie, która wrodziła się w ojca, stałaby się od razu nieprzystępna.

Prawdą było, że Hilda nie lubiła Clifforda: ta jego chłodna pewność, że jest kimś! Uważała, że wykorzystuje on Connie haniebnie i bezwstydnie. Spodziewała się, że Connie opuści go kiedyś naprawdę. Ale należąc do solidnego szkockiego stanu średniego, czuła zgrozę przed wszelkim „zbezczeszczeniem” własnej osoby lub rodziny. Wreszcie podniosła wzrok.

— Będziesz tego żałowała — rzekła.

— Nie, nie będę! — zawołała Connie, rumieniąc się silnie. — On jest rzadkim wyjątkiem. Kocham go naprawdę. Jest cudowny jako kochanek.

Hilda ciągle jeszcze zastanawiała się.

— To się skończy bardzo szybko — rzekła — a potem będziesz się przez całe życie wstydziła przez niego.

— To nie do pomyślenia. Spodziewam się, że będę z nim miała dziecko.

Connie! — krzyknęła Hilda twardo, jak uderzenie młota, i pobladła z gniewu.

— Zrobię to, gdy tylko będę mogła. Byłabym niezmiernie dumna, gdybym miała z nim dziecko.

Nie miało sensu mówić z nią. Hilda zastanowiła się.

— A czy Clifford niczego nie podejrzewa? — zapytała.

— O nie! Skądże by?

— Nie wątpię bynajmniej, że dałaś mu dość sposobności do podejrzeń — rzekła Hilda.

— Nic podobnego.

— A ta sprawa dzisiaj w nocy wydaje mi się zupełnie niepotrzebnym głupstwem. Gdzie ten człowiek mieszka?

— W leśniczówce po drugiej stronie lasu.

— Czy jest kawalerem?

— Nie. Żona go opuściła.

— Ile ma lat?

— Nie wiem. Jest starszy ode mnie.

Hilda stawała się za każdą odpowiedzią coraz bardziej zła, zła, jak bywała jej matka, w pewnego rodzaju paroksyzmie. Ale ciągle jeszcze ukrywała to.

— Na twoim miejscu zrezygnowałabym z tej nocnej eskapady — oznajmiła spokojnie.

— Nie mogę! Muszę spędzić z nim tę noc, inaczej nie mogę w ogóle jechać do Wenecji. Po prostu nie mogę.

Hilda rozpoznawała w tych słowach charakter swego ojca i dyplomatycznie ustąpiła. Zgodziła się pojechać z Connie na kolację do Mansfield, odwieźć ją o zmroku z powrotem aż do końca obramionej żywopłotem drogi i nazajutrz zabrać ją stamtąd, podczas gdy ona sama miała przenocować w Mansfield, oddalonym, jeśli się dobrze jechało, zaledwie o pół godziny. Ale była wściekła. Była zła na siostrę, że pokrzyżowała jej plany.

Connie wywiesiła z okna szmaragdowozielony szal.

Gniew na Connie usposobił Hildę serdeczniej wobec Clifforda. Clifford posiadał ostatecznie ducha. A jeżeli funkcjonalnie nie posiadał płci, tym lepiej: tym mniej możliwości sporu! Hilda nie chciała już słyszeć o tych wszystkich sprawach płciowych, przy których mężczyźni stawali się brzydkimi, egoistycznymi potworkami. Connie miała naprawdę o wiele mniej do zniesienia, niż wiele innych kobiet. Gdybyż tylko o tym wiedziała!

A Clifford doszedł do wniosku, że Hilda jest jednak ostatecznie kobietą niewątpliwie inteligentną i byłaby dla męża pierwszorzędną pomocą, gdyby się na przykład chciał poświęcić polityce. Tak, nie posiadała zupełnie naiwności Connie. Connie była raczej podobna do dziecka. Trzeba jej było niejedno wybaczać, gdyż nie była zupełnie zdolna do ponoszenia odpowiedzialności.

Herbatę podano wcześnie w hallu, którego drzwi stały otworem, aby wpuścić słońce. Wszyscy wydawali się trochę przejęci.

— Bywaj zdrowa, Connie, dzieweczko! A wracaj do mnie szybko.

— Bywaj zdrów, Cliffordzie! Tak, nie zabawię długo.

Connie była niemal czuła.

— Bywaj zdrowa, Hildo! Prawda, że będziesz miała na nią oko?

— Nawet dwoje! — odpowiedziała Hilda. — Nie zapędzi się za daleko.

— Przyrzekasz mi to!

— Do widzenia, pani Bolton! Wiem, że będzie pani bez zarzutu dbała o Sir Clifforda.

— Zrobię wszystko, co będę mogła, proszę jaśnie pani.

— I niech pani napisze, gdyby było coś nowego. I o Sir Cliffordzie także, jak mu się wiedzie.

— Naturalnie, proszę jaśnie pani, napiszę bezwarunkowo. I niech się pani dobrze bawi! I niech pani szybko wraca, żeby nas znowu rozweeselić!

Wszyscy powiewali chusteczkami. Auto ruszyło. Connie obejrzała się i zobaczyła Clifforda, siedzącego na tarasie w ruchomym fotelu. Ostatecznie był jej mężem. Wragby było jej domem. Okoliczności tak sprawiły.

Pani Chambers otworzyła bramę i życzyła jaśnie pani szczęśliwej drogi. Auto wysunęło się z ciemnych zarośli, które zakrywały park, i wyjechało na gościniec, gdzie górnicy powracali pojedynczo i grupami do domu, Hilda skręciła na drogę do Crosshill, boczną szosę, wiodącą jednak także do Mansfield. Jechały wzdłuż toru kolejowego. Potem przecięły tor na moście.

— To droga do leśniczówki — rzekła Connie.

Hilda rzuciła w tę stronę niecierpliwe spojrzenie.

— Szkoda wielka, że nie możemy jechać zaraz dalej — rzekła. — Mogłybyśmy być o dziewiątej na Pall Mall.

— Żałuję bardzo ze względu na ciebie — rzekła Connie spoza swojej maski automobilowej.

Niebawem wjechały do Mansfield, tego niegdyś romantycznego, teraz zaś zupełnie deprymującego miasteczka kopalnianego. Hilda zatrzymała auto przed wymienionym w przewodniku hotelem i wynajęła pokój. Cała sprawa była zupełnie niezajmująca, a Hilda czuła zbyt wielki gniew, żeby mówić. A jednak kazała sobie opowiedzieć coś niecoś o życiu tego człowieka.

On! On! Jakim ty go nazywasz imieniem? Mówisz zawsze tylko on! — przerwała Hilda siostrze.

— Nigdy nie nazwałam go po imieniu; ani on mnie także. Dziwne to właściwie, jeżeli się nad tym zastanowić. Mówimy tylko Lady Jane i Sir John Thomas. Ale nazywa się Oliver Mellors.

— I wolałabyś być panią Mellors, niż Lady Chatterley?

— Bezwarunkowo! Toby było cudownie!

Nie było rady na Connie. I ostatecznie, jeżeli ten człowiek był przez cztery czy pięć lat oficerem w armii indyjskiej, musiał być do pewnego stopnia znośny towarzysko. Widocznie miał charakter. Hilda poczęła się stawać ustępliwsza.

— Ale po krótkim czasie będziesz go miała dość — rzekła. — A wtedy będziesz się wstydziła, że byłaś z nim związana. Nie można się mieszać z klasą robotniczą.

— Jesteś przecież taką socjalistką. Zawsze stajesz po stronie klasy robotniczej.

— Podczas jakiegoś kryzysu politycznego mogę stawać po jej stronie, ale właśnie dlatego, że staję po stronie tej klasy, wiem, jakie to niemożliwe związać z nią własne życie. Nie idzie tu o pychę, ale że cały rytm życia jest odmienny.

Hilda żyła pośród prawdziwych inteligentów politycznych, więc na nieszczęście niepodobna jej było odpowiedzieć. Nieurozmaicony wieczór w hotelu posuwał się naprzód; wreszcie spożyły równie nieurozmaiconą kolację. Potem Connie spakowała kilka rzeczy do małej torebki jedwabnej i raz jeszcze przygładziła włosy.

— Wiesz, Hildo — rzekła — miłość może być jednak cudowna. Kiedy człowiek czuje, że żyje i znajduje się w samym centrum stworzenia.

Była to z jej strony niemal pycha.

— Przypuszczam, że każdy komar odczuwa to samo — odpowiedziała Hilda.

— Tak sądzisz? Jak to ładnie z jego strony!

Wieczór był cudownie przejrzysty i zanikał powoli, nawet w tym małym miasteczku. Noc zapowiadała się na wpół jasna. Z twarzą, która z niechęci przybrała pozór maski, Hilda puściła znowu w ruch auto; pojechały z powrotem w tę stronę, skąd przyjechały, ale inną drogą, przez Bolsover.

Connie włożyła okulary automobilowe i kask, który nie dawał jej poznać, i siedziała w milczeniu. Wskutek sprzeciwu Hildy stanęła zdecydowanie po stronie mężczyzny, gotowa była wytrwać przy nim w doli i niedoli.

Przejeżdżając przez Crosshill, zapaliły reflektory, a mały oświetlony pociąg, który sapał obok nich na torze, potęgował jeszcze wrażenie, jakoby to była rzeczywiście noc. Hilda obliczyła zawczasu zakręt na drogę na końcu mostu. Zahamowała dość nagle i zjechała z drogi, a lampy rzucały oślepiająco białe światło na porośniętą trawą drogę żywopłotową. Connie rozejrzała się. Dostrzegła zarys postaci i otworzyła drzwiczki.

— Jesteśmy — rzekła cicho.

Ale Hilda zgasiła lampy i manewrowała autem, aby móc zawrócić.

— Nie ma nic na moście? — zapytała krótko.

— Wszystko w porządku, niech pani jedzie — zabrzmiał głos mężczyzny.

Cofnęła się aż do mostu, potem przejechała kilka metrów po drodze i cofnęła się znowu na szosę pod wiąz, gniotąc przy tym trawę i paprocie. Potem wszystkie światła pogasły. Connie wysiadła. Mężczyzna stał pod drzewami.

— Długo czekałeś? — zapytała Connie.

— Niezbyt długo — odpowiedział leśniczy.

Czekali oboje, aż Hilda wysiądzie. Ale Hilda zamknęła drzwiczki i siedziała nieruchomo.

— To moja siostra Hilda. Czy nie chcesz wyjść i pomówić chwilę, Hildo? To jest pan Mellors.

Leśniczy uchylił kapelusza, ale nie zbliżył się.

— Chodź, chodź z nami do leśniczówki, Hildo — prosiła Connie. — To niedaleko.

— A auto?

— Ludzie zostawiają spokojnie auta na drodze. Masz przecież klucz.

Hilda milczała i zastanawiała się. Potem obejrzała się za siebie na żywopłotową drogę.

— Czy mogę cofnąć się za ten krzak? — zapytała.

— O, tak — odpowiedział leśniczy.

Cofnęła się wolno przez zakręt, aż nie było jej więcej widać z drogi, potem zamknęła maszynę i wysiadła. Była noc, ale mrok był jasny. Żywopłoty po obydwu stronach nieużywanej drogi wznosiły się wysoko, zdziczałe, i wydawały się bardzo ciemne. W powietrzu była świeża, słodka woń. Leśniczy szedł przodem, za nim Connie, potem Hilda; wszyscy troje milczeli. W niektórych miejscach Mellors przyświecał latarką, potem szli znowu dalej, podczas gdy nad dębem cicho hukała sowa, a Flossie w milczeniu biegała dokoła małej grupy. Nikt nie mógł mówić. Nie było nic do powiedzenia.

Wreszcie Connie dojrzała żółte światło domu i serce jej zabiło mocniej. Lękała się trochę. Szli dalej, ciągle jeszcze jak Indianie na ścieżce wojennej.

Leśniczy otworzył drzwi i wszedł pierwszy do ciepłego, ale gołego, małego pokoju. Ogień płonął nisko i czerwono na małym kominku. Stół nakryty był dwoma talerzami i dwiema szklankami, tym razem na prawdziwym, białym obrusie. Hilda potrząsnęła włosami i rozejrzała się po pustym, niewesołym pokoju. Potem zebrała się na odwagę i spojrzała na mężczyżnę.

Był średniego wzrostu i chudy, uważała, że wygląda dobrze. Leśniczy zachowywał spokojny dystans i nie wydawał się wcale skłonny do mówienia.

— Siadajże, Hildo! — rzekła Connie.

— Tak! — rzekł Mellors. — Czy mogę zagotować herbaty albo czegoś innego? Czy też wolą się panie napić piwa? Jest dość chłodne.

— Piwa! — rzekła Connie.

— Dla mnie także, proszę! — powiedziała Hilda z udaną nieśmiałością.

Leśniczy rzucił na nią okiem i mrugnął.

Potem wziął niebieski dzbanek i wyszedł do spiżarni. Kiedy powrócił, wyraz jego twarzy uległ znowu zmianie.

Connie usiadła przy drzwiach, a Hilda siedziała w fotelu, plecami do okna.

— To jego fotel — rzekła Connie cicho.

Hilda zerwała się jak oparzona.

— Niech panuchna siedzom, niech siedzom! Mogom se przeca panuchna siedzić, kaj chcom. Nicht z nos nie jest takim srogim ponem — rzekł leśniczy z zupełną obojętnością.

Podsunął Hildzie szklankę i nalał najpierw jej z niebieskiego dzbanka.

— Z cygaretkami to kiepsko sprawa — rzekł. — Jo nie mom ani jednej. Ale może panuchna majom swoje własne. Jo nie kurza. Chcesz może co pojeść? — zwrócił się bezpośrednio do Connie. — No, zjysz co, to ci dom? Zawsze przeca cosik jysz.

Mówił dialektem z dziwną, spokojną pewnością siebie, jakby był gospodarzem w karczmie.

— Co jest do jedzenia? — zapytała Connie, rumieniąc się.

— Warzono szynka, syr, zaprowiane łorzechy, jak zechcesz... niewiela.

— Tak — rzekła Connie. — Chcesz także, Hildo?

Hilda spojrzała na niego.

— Dlaczego pan mówi dialektem?

— A czamu nie mom tak godać?

— Przedtem mówił pan przecież zupełnie czystym językiem.

— Doprowdy? A inakszej nie śmia, jeśli mi sie tak podobo? No, no, niechżys mi panuchna dozwolom godać dialektym, jak mi sie tak podobo. No, i jak im to, panuchno, jest za jedno.

— To brzmi trochę sztucznie — rzekła Hilda.

— No ja, to może być. A zaś w Tevershall jeich godka byłaby sztucno.

Spojrzał na nią znowu, kącikami oczu, z dziwnym, pogardliwym dystansem, jakby chciał powiedzieć: „O Jezusku, a coześ to ty takiego jest?”.

Wyszedł ciężkimi krokami, żeby przynieść jedzenie.

Siostry siedziały w milczeniu. Leśniczy przyniósł jeszcze jeden talerz i nakrycie. Potem rzekł:

— Jak panuchny dozwolom, to sebleka se jakla, boch je do tego przyzwycajony.

Zdjął kurtkę, powiesił ją na gwoździu, potem siadł przy stole. Miał koszulę z cienkiej, kremowej flaneli.

— A dyć jydzcie — rzekł — jydzcie śmiało! Nie dejcie sie przeca prosić!

Nakroił chleba, potem siedział nieruchomo. Hilda czuła, podobnie jak niegdyś czuła Connie, potęgę jego milczenia i oddalenia. Widziała jego małą, delikatnie-nerwową, niedbałą dłoń na stole. Nie był to zwyczajny robotnik, nie: on grał, on grał komedię!

— W każdym razie — rzekła, biorąc kawałek sera — byłoby o wiele naturalniejsze, gdyby pan mówił zwykłym językiem, nie dialektem.

Leśniczy spojrzał na nią i wyczuł jej diabelską wolę.

— Naprawdę? — rzekł bez śladu dialektu. — Byłoby to naturalniejsze? Czy cokolwiek, co mogłoby być powiedziane pomiędzy panią a mną, mogłoby być naturalne, z wyjątkiem, gdyby pani powiedziała, że pragnie pani, aby mnie byli diabli porwali, zanim siostra pani zobaczyła mnie po raz pierwszy, a ja odpowiedziałbym pani coś równie uprzejmego? Czy cokolwiek innego byłoby zupełnie naturalne?

— O tak! — rzekła Hilda. — Po prostu dobre maniery byłyby zupełnie naturalne.

— Druga natura, że tak powiem — odpowiedział Mellors. Potem zaczął się śmiać. — E — rzekł — dosyć mom fajnych manier, dejcie mi już z tym pokój!

Hilda była szczerze stropiona i zła do wściekłości. Ostatecznie mógł przecież naprawdę okazać, iż rozumie, że to dla niego zaszczyt. Tymczasem jego komedia i pańskie zachowanie sprawiały wrażenie, jakby mu się zdawało, że to on okazuje zaszczyt. Po prostu zuchwalstwo! Biedna, zbłąkana Connie w kleszczach tego człowieka.

Wszyscy troje jedli w milczeniu. Hilda zwracała uwagę na jego zachowanie przy jedzeniu. Wbrew woli musiała przyznać, że instynktownie okazywał się o wiele bardziej subtelny i dobrze wychowany niż ona. Ona posiadała pewną ociężałość szkocką, podczas gdy on odznaczał się absolutną, spokojną, zadowoloną z siebie pewnością Anglika. Bardzo trudno będzie osiągnąć nad nim przewagę. Ale i on nad nią nie osiągnie przewagi!

— I sądzi pan naprawdę — zapytała nieco życzliwiej — że jest to warte takiego ryzyka?

— Co takiego jest worte ryzyka?

— Ta eskapada z moją siostrą.

Na twarzy jego wykwitł znowu denerwujący uśmieszek.

— Ło to sie panuchna muszom łonej spytać.

Potem spojrzał na Connie.

— Przichodzisz z dobrej woli, dziołszko, prowda? Przeca cie nie przimuszom, co?

Connie rzuciła okiem na Hildę.

— Nie zrzędź lepiej, Hildo!

— Nie mam oczywiście tego zamiaru. Ale ktoś musi przecież myśleć o przyszłości. Twoje życie musi przecież mieć jakąś stałość. Nie możesz nim po prostu szastać do woli.

Nastąpiła krótka pauza.

— Ja, stałość! — rzekł leśniczy. — A cóż to jest? Jako to stałość jest w jeich życiu, panuchno? Słyszołech, że sie łoni łozwodzom. I cóż to za tako stałość? Stałość jeich samolubstwa. To im moga prziznać. A co im to pomoże? Głowa im sie zmonci od takiej stałości, zanim się zestarzejom. Samolubna kobita i uparto do tego, ja, to fajno stałość! Dzieńka Bogu, że to nie jo musza sie z śnimi tropić!

— Jakie pan ma prawo mówić do mnie w ten sposób? — zawołała Hilda.

— Cego, prawo? A jakież to łoni, panuchno, majom prawo, żeby inkszych ludzi zaprzongać do jeich stałości? Łostawiom oni jeny inkszym ludziom ich własno stałość.

— Mój poczciwy człowieku, nie sądzi pan chyba, że idzie mi tu o pana? — zapytała Hilda łagodnie.

— No dyć! A ło kogóżby inkszego? — odparł Mellors. — Przeca panuchna som do tego przimuszyni. Przeca panuchna som już prawie jakby mojom szwagierkom.

— Od tego jestem jeszcze bardzo daleko, zapewniam pana.

— Nie tak zaś daleko, nie, jo im to padom. Znajom przeca dobrze moja stałość, to mogom wierzyć moim słowom. Moja stałość już tam jest lepszo łod waszej. A jeśli jeich siostra sama ku mnie przichodzi z kuli tego ździebka uciechy, to już tam łona wie, cego chce. Była już w moim łóżku. Kej łoni, panuchno, dzieńka Bogu, jeszcze nie byli pomimo jeich stałości.

Zapadło śmiertelne milczenie, potem leśniczy ciągnął:

— O, jo tam nie nosza galot zadkiem do przodku, a jak mi nieroz cosik z nieba sleci, to dzieńkuja za to Bogu. Ta dziołszka poradzi dać chłopu mocka uciechy, ło wiela wiencej, niżby to poradziła tako panuchna. I wielgo szkoda, bo łoniby tyż mogli być dobrym jabłuszkiem w łóżku, miast być pieknym a dzikim jabłkiem w lesie. Takie kobity jak łoni, panuchno, potrzebujom porzondnego przeszcepienio.

Spojrzał na nią z dziwnym, przelotnym uśmiechem, nieco zmysłowo i z uznaniem.

— A tacy mężczyźni, jak pan — rzekła Hilda — powinni być trzymani w odosobnieniu. Usiłuje pan tylko usprawiedliwić swoją własną wulgarność i egoistyczne zachcianki.

— No toć, panuchno! I jest to prowdziwe błogosławieństwo, że jest jeszce pora takich chłopów jak jo. Ale łoni, panuchno, zasługujom na to, co ich spotyko: że łostanom blank samotno!

Hilda wstała i zbliżyła się do drzwi. Leśniczy powstał także i zdjął kurtkę z gwoździa.

— Sama znajdę drogę — rzekła Hilda.

— Wątpia! — odpowiedział Mellors swobodnie.

Szli znowu w milczeniu śmiesznym marszem gęsiego wzdłuż żywopłotów. Sowa ciągle jeszcze hukała. Mellors wiedział, że powinien ją ustrzelić.

Auto stało nietknięte, nieco wilgotne od rosy. Hilda wsiadła i puściła motor w ruch. Connie i Mellors czekali.

— Uważam tylko — rzekła Hilda zza swego szańca — iż należy wątpić, czy dojdziecie oboje do wniosku, że to było warte trudu!

— Co lo jednygo jest kęskiem mięsa, to lo drugiego jest truciznom — rzekł leśniczy z mroku. — Lo mnie to jest mięso i wino.

Światło reflektorów zapłonęło.

— Nie daj mi długo czekać jutro rano, Connie!

— Nie, nie. Dobranoc.

Auto wyjechało wolno na szosę i oddaliło się szybko, pozostawiając za sobą noc i milczenie.

Connie lękliwie ujęła jego ramię i ruszyli razem z powrotem. Mellors nie mówił nic. Wreszcie zmusiła go do zatrzymania się.

— Pocałuj mnie! — szepnęła.

— Nie, dockaj chwilecka! Daj mi przódzi zdziebko łochłonońć! — rzekł Mellors.

Ubawiło ją to. Ciągle jeszcze trzymała jego ramię, szli szybko i milcząco. Była tak rada, że właśnie teraz znajduje się przy nim! Wzdrygała się na myśl, że Hilda mogła ją ostatecznie oderwać od niego. Leśniczy był niezbadanie milczący.

Kiedy znaleźli się znowu w leśniczówce, Connie skakała niemal z radości, że się pozbyli siostry.

— Okropny byłeś jednak dla Hildy — rzekła.

— Noleżały jej sie przeca roz porzondne baty.

— Ale dlaczego? Jest przecież taka ładna!

Leśniczy nie odpowiedział. Kręcił się po pokoju i spokojnymi, niejako nieuchronnymi ruchami przygotowywał wszystko na noc. Zewnętrznie był zagniewany, ale nie na nią. To Connie czuła. A gniew nadawał mu szczególnie ładny wygląd, było w nim jakieś wewnętrzne zamknięcie, jakiś blask, który podniecał ją głęboko i sprawiał, że członki jej mdlały.

Ale on nie zwracał na nią uwagi.

Wreszcie usiadł i począł rozsznurowywać trzewiki. Spojrzał na nią spod brwi, na których ciągle jeszcze wisiał gniew.

— Nie pódziesz na wierch? — zapytał. —Tam jest świecka.

Ruchem głowy wskazał świecę, palącą się na stole.

Connie wzięła ją posłusznie, a on obserwował pełną krągłość jej bioder, kiedy wchodziła po pierwszych stopniach.

Była to noc zmysłowej namiętności, a Connie czuła się nieco przerażona, prawie niechętna: a jednak aż do głębi przeniknięta wzburzającym dreszczem zmysłowości, innym, ostrzejszym, przeraźliwszym niżeli dreszcz czułości, ale w tej chwili bardziej pożądanym. Choć zalękniona nieco, folgowała jego woli, a niezatroskana, nieznająca wstydu zmysłowość wstrząsała nią aż do rdzenia duszy, rozbierała ją aż do absolutnej nagości, czyniła z niej inną kobietę. Nie była to prawdziwa miłość. Nie była to rozkosz. Była to zmysłowość, ostra i piekąca jak ogień, zmysłowość, w której dusza spalała się na popiół.

W zmysłowości tej spalał się cały wstyd, ów najgłębszy, najstarszy wstyd najtajemniejszych miejsc. Connie musiała się przezwyciężać, aby pozwolić mu robić ze sobą wszystko, co chciał. Musiała się stać bierną, powolną istotą, jak niewolnica, fizyczna niewolnica. Ale namiętność opętała ją i trawiła, a gdy zmysłowy płomień przeniknął przez jej trzewia i piersi, zdawało się jej naprawdę, że musi umrzeć: ale gorącą, cudowną śmiercią.

Nieraz zadawała sobie pytanie, co miał na myśli Abelard83, mówiąc, że w czasie swego roku miłości on i Heloiza przebiegli wszystkie stadia i wysubtelnienia namiętności. To samo zupełnie przed tysiącem lat, to samo przed dziesięciu tysiącami lat! To samo na wazach greckich, wszędzie! Wysubtelnienie namiętności, wyuzdanie zmysłów! Konieczne, wieczyście konieczne, aby spalić fałszywy wstyd i wytopić do czysta najcięższą rudę ciała. Ogniem niezmąconej zmysłowości.

Podczas tej krótkiej nocy letniej nauczyła się wiele. Sądziła, że kobieta umarłaby przy tym ze wstydu. Ów wstyd, który jest lękiem, najgłębiej zakorzeniony, organiczny wstyd, stary, fizyczny lęk, który czyha w naszych korzeniach cielesnych i może być wypędzony tylko przez ogień zmysłów — ów wstyd był wreszcie wytrzebiony i wygnany przez falliczne łowy mężczyzny, a kobieta dotarła do rdzenia, do serca tkwiącej w niej dżungli. Czuła teraz, że dotarła do prawdziwego podkładu swojej natury i w głębiach swej istoty wyzbyła się wstydu. Stała się swoją jaźnią zmysłową, nagą i bez wstydu. Doznawała triumfu o wyuzdanej niemal pysze. Tak! Więc to było to! To było życie! Więc taką było się naprawdę! Nie było w człowieku nic, co musiałby ukrywać, czego by się musiał wstydzić. Dzieliła swoją najdalszą nagość z mężczyzną, z obcą istotą.

I jakim bezwzględnym szatanem był ten mężczyzna! Naprawdę szatanem! Trzeba było być silną, aby go znieść. Ale trzeba było tego, aby dotrzeć do wnętrza dżungli fizycznej, do najdalszego i najgłębszego schroniska organicznego wstydu. Tylko fallus mógł te tajniki rozewrzeć. I jakże on w nią przeniknął!

Jak ona tego w trwodze nienawidziła! A jak w istocie pożądała tego! Teraz wiedziała. W głębinach duszy, u samych jej podstaw, potrzeba jej było tego fallicznego zaklęcia, potajemnie tęskniła za nim i sądziła, że nigdy nie stanie się ono jej udziałem. A oto zjawiło się i mężczyzna dzielił z nią jej najskrajniejszą i najdalszą nagość. Była wolna od wstydu.

Jakimiż kłamcami byli poeci i wszyscy ludzie! Wmawiali człowiekowi, że pragnie uczucia, gdy w istocie tym, czego najbardziej pożądał, była owa przenikająca, trawiąca, niemal straszliwa zmysłowość. Znaleźć mężczyznę, który poważy się to uczynić, bez wstydu lub grzechu, lub późniejszego gniewu! Gdyby się potem wstydził albo wzbudził w niej uczucie wstydu, jakież by to było okropne! Szkoda, że większość mężczyzn miała taką psią naturę, że byli tacy wstydliwi, jak Clifford! Nawet jak Michaelis! Obaj mieli naturę psią, poniżającą. Najwyższa radość ducha! Cóż to znaczy dla kobiety? Cóż to w istocie znaczy nawet dla mężczyzny? Stawał się tylko nieczysty, zagmatwany i psi, nawet w swoim duchu. Trzeba było bezwarunkowej zmysłowości, nawet aby oczyścić i ożywić ducha. Bezwarunkowej, ognistej zmysłowości, a nie zagmatwanej nieczystości.

Ach, Boże, jakimże dziwnym stworzeniem był mężczyzna! Wszyscy byli psami, biegającymi dokoła, węszącymi i spółkującymi. Znaleźć mężczyznę, który się nie lękał i nie wstydził! Patrzała na niego teraz, jak spał, tak bardzo podobny do śpiącego dzikiego zwierzęcia. Przytuliła się do niego czule, aby nie być od niego daleko.

Aż wreszcie przebudzenie jego zbudziło ją zupełnie. Siedział na łóżku i patrzył na nią. W oczach jego widziała własną nagość, jego bezpośrednią świadomość tej nagości. O, jakaż to była rozkosz, jaka wspaniałość posiadać członki i ciało, leżące na wpół we śnie, ociężałe, ociężałe i przepojone namiętnością!

— Czy czas już wstawać? — zapytała.

— Wpół do siódmej.

O ósmej miała być na moście. Zawsze, zawsze, zawsze ten mus!

— Mógłbym ugotować śniadanie i przynieść ci — rzekł. — Dobrze?

— O, tak!

Na dole Flossie skomlała cicho. Mellors wyskoczył z łóżka, zrzucił piżamę i wytarł ciało ręcznikiem. Gdy człowiek pełen jest odwagi i życia, jaki jest wówczas piękny! Tak myślała Connie, przyglądając mu się w milczeniu.

— Rozsuń firanki, dobrze?

Słońce padało już na delikatnie zielone poranne listeczki, a tuż blisko widniał niebieskawy, świeży las. Connie usiadła na łóżku i jak we śnie wyjrzała przez okienko, ściskając nagimi ramionami swoje nagie piersi. Leśniczy ubrał się, Connie myślała marzycielsko o życiu, o życiu z nim: po prostu o życiu.

Mellors uciekał przed jej niebezpieczną, skuloną nagością.

— Czy ja zgubiłam koszulę nocną? — zapytała Connie.

Mellors sięgnął ręką pod kołdrę i wyciągnął kawałek cieniutkiego jak pajęczyna jedwabiu.

— Od razu wiedziałem, czułem coś jedwabnego przy nogach — rzekł.

Ale koszula nocna była prawie zupełnie podarta.

— To nic! — rzekła Connie. — Tu jest jej właściwe miejsce. Zostawię ją tutaj.

— Tak, zostaw ją, położę ją sobie w nocy między nogami, dla towarzystwa. Nie ma na niej chyba monogramu ani innego znaku, prawda?

Connie narzuciła podartą koszulkę i siedziała, patrząc z rozmarzeniem przez okno. Było otwarte, powietrze poranne płynęło do pokoju wraz z dźwiękiem ptaszęcych głosów. Ptaki latały nieustannie za oknem. Potem zobaczyła Flossie. Był ranek.

Słyszała, jak Mellors rozpalał na dole ogień, jak nabierał wody i wyszedł przez tylne drzwi. Z wolna docierał do niej zapach smażonej słoniny, a wreszcie leśniczy wszedł na górę z wielką czarną tacą, która ledwo zmieściła się w drzwiach. Postawił tacę na łóżku i nalał herbaty. Connie siedziała w podartej koszuli nocnej i chciwie zabrała się do śniadania. On siedział na jedynym krześle, trzymając talerz na kolanach.

— Jak to miło! — rzekła Connie. — Jak to pięknie jeść razem śniadanie!

Mellors jadł w milczeniu, myśli jego skierowane były na czas, który upływał szybko. Connie przypomniała sobie o wyjeździe.

— O, jakżebym pragnęła móc pozostać tutaj u ciebie, a Wragby żeby było odległe o tysiąc mil! Uciekam właściwie od Wragby. Wiesz o tym przecież, prawda?

— Tak!

— I przyrzekasz mi, że będziemy razem, że będziemy wiedli wspólne życie, ty i ja? Przyrzekasz mi to, prawda?

— Tak! Jeżeli będziemy mogli.

— Tak! I będziemy tak żyli, będziemy, prawda?

Schyliła się, rozlewając herbatę i pochwyciła jego rękę.

— Tak! — odpowiedział, wycierając rozlaną herbatę.

— Nie możemy przecież nie żyć razem, teraz już nie możemy, prawda? — powiedziała błagalnie.

Spojrzał na nią z przelotnym, ironicznym uśmiechem.

— Nie! — odpowiedział. — Ale za dwadzieścia pięć minut musisz wyjść.

— Muszę? — zawołała Connie.

Nagle Mellors podniósł ostrzegawczo palec i wstał.

Milcząc, odstawił talerz na tacę i zszedł na dół. Constance słyszała, jak szedł ścieżką ogrodową. Z daleka rozległ się dzwonek roweru.

— Dobry dzień, Mellors! Mom lo nich polecony listek!

— Ach tak! Majom łołówek?

— Ja! Sam trza podpisać!

Pauza.

— Z Kanady! — rzekł głos nieznajomego.

— Dyć! To łod mojego kolegi z Kolumbii Brytyjskiej. Nie wiem, czamu pisoł listek polecony.

— Możno przisyło majątek.

— Prendzyj wierza łon cegoś potrzebuje.

Pauza.

— Ja! Piekny mamy dzisiok dzień!

— Dyć!

— Toż dowidzynio!

— Dowidzynio!

Po chwili powrócił na górę, trochę zły.

— Listonosz — rzekł.

— Tak wcześnie? — odpowiedziała Connie.

— Ma wielki obchód. Przeważnie jest tu już o siódmej, jeżeli w ogóle przychodzi.

— Czy twój kolega przysyła ci majątek?

— Nie! Tylko kilka fotografii i wycinków o życiu w Kolumbii Brytyjskiej.

— Pojechałbyś tam?

— Myślę, że moglibyśmy spróbować.

— O, tak! Toby chyba było cudowne!

Ale on był zakłopotany przyjściem listonosza.

— Ci przeklęci cykliści! Spadają człowiekowi na kark, zanim się spostrzeże. Mam nadzieję, że nic nie zauważył.

— A cóż by mógł zauważyć?

— Musisz teraz wstać i przygotować się do drogi. Wyjdę na chwilę, żeby się trochę rozejrzeć.

Widziała, jak badał drogę żywopłotową, z psem i fuzją. Zeszła na dół, umyła się, a kiedy leśniczy powrócił, była gotowa i spakowała już wszystko do swojej jedwabnej torebki.

Mellors zamknął drzwi domu, i wyruszyli w drogę, ale nie wzdłuż żywopłotów, lecz przez las. Był ostrożny.

— Czy i ty nie sądzisz, że żyje się dla takich chwil, jak dzisiejsza noc? — zapytała Connie.

— Tak! Ale trzeba myśleć i o innych chwilach — odpowiedział leśniczy dość lakonicznie.

Szli dalej zarośniętą ścieżką, on przodem, milczący.

— I będziemy żyli razem i stworzymy sobie z tego wspólne życie, prawda? — błagała Connie.

— Tak! — odpowiedział leśniczy, idąc dalej i nie oglądając się. — Kiedy nadejdzie pora na to. Teraz właśnie odjeżdżasz do Wenecji czy Bóg wie gdzie.

Szła za nim w milczeniu, ze strwożonym sercem. O, teraz żałowała, że odjeżdża!

Wreszcie Mellors zatrzymał się.

— Przejdę teraz tam — rzekł i wskazał w prawo.

Lecz ona otoczyła szyję jego ramionami i przytuliła się do niego.

— Ale zachowasz dla mnie swoją czułość, prawda? — szepnęła. — Ta ostatnia noc była cudowna. Zachowasz dla mnie swoją czułość, prawda?

Mellors pocałował ją i przez chwilę trzymał ją w objęciu. Potem westchnął i pocałował ją znowu.

— Muszę iść zobaczyć, czy auto już przyjechało.

Przeszedł przez niskie ciernisko i przez krzaki, pozostawiając za sobą ślad w paprociach. Nie było go przez minutę czy dwie. Potem powrócił.

— Auta jeszcze nie ma — rzekł. — Ale na szosie jest wóz piekarza.

Wydawał się zalękniony i zatroskany.

— Słuchaj!

Usłyszeli sygnały zbliżającego się auta. Zatrzymało się na moście.

W bezgranicznym smutku Connie przeszła po jego śladach przez paprocie i stanęła przed wysokim żywopłotem ostrokrzewowym.

Mellors był tuż za nią.

— Tutaj! Przejdź tutaj! — rzekł, wskazując wyrwę w żywopłocie. — Ja nie wyjdę na drogę.

Spojrzała na niego z rozpaczą. Ale on pocałował ją i popchnął naprzód.

W najwyższym przygnębieniu przeszła przez dziurę w żywopłocie, potem przez drewniany parkan, potykając się, przelazła przez rów i wyszła na szosę, gdzie Hilda wysiadała właśnie z gniewem z auta.

— Jesteś nareszcie! — rzekła Hilda. — A gdzie on?

— On nie przyjdzie.

Twarz Connie zalana była łzami, kiedy z małą torebką wsiadała do auta. Hilda podała jej okulary samochodowe i kask.

— Włóż to! — rzekła.

Connie włożyła szybko zmieniające ją nie do poznania okulary i kask, potem długi płaszcz automobilowy i usiadła — z nieruchomym wzrokiem, nieludzka, nierozpoznawalna istota. Hilda z fachową wprawą puściła auto w ruch.

Minęły żywopłotową drogę i pomknęły w dół szosy. Connie obejrzała się, ale jego nie było widać. W dal! W dal! Siedziała zalana gorzkimi łzami. Rozstanie przyszło tak nagle, tak niespodziewanie. Jak śmierć.

— Dzięki Bogu, że przez pewien czas będziesz z dala od niego! — rzekła Hilda, wjeżdżając w boczną drogę, aby ominąć wieś Crosshill.