Rozdział siedemnasty
— Widzisz, Hildo — rzekła Connie po obiedzie, kiedy się zbliżały do Londynu — ty nie znałaś nigdy prawdziwej czułości ani prawdziwej zmysłowości. Ale gdybyś ich kiedy zaznała, i to od tego samego mężczyzny, patrzałabyś na rzeczy inaczej.
— Na Boga, nie pysznijże się swoimi doświadczeniami! — zawołała Hilda. — Nigdy nie spotkałam mężczyzny, który byłby zdolny do poufałości z kobietą, a przy tym oddawałby się jej zupełnie, a tego właśnie chciałam. Nie jestem łasa na samolubną czułość mężczyzn ani na ich zmysłowość. Nie zadowala mnie rola zabawki jakiegoś mężczyzny, nie chcę być dla nikogo chair à plaisir84. Pragnęłam idealnej poufałości, ale nigdy jej nie osiągnęłam. To mi wystarcza.
Connie zastanowiła się nad tym. Idealna poufałość! Domyślała się, iż znaczy to, że się drugiemu człowiekowi opowiada wszystko, co nas dotyczy, i że tamten tak samo odsłania przed nami wszystko, co dotyczy jego. Ale to była sprawa bardzo jałowa. I całe to puste wzajemne uświadamianie sobie siebie pomiędzy mężczyzną a kobietą! Zaraza!
— Sądzę, że zawsze, z kimkolwiek miałaś do czynienia, byłaś zbyt świadoma siebie — powiedziała do siostry.
— Spodziewam się przynajmniej, że nie mam natury niewolnicy — odparła Hilda.
— A jednak może masz! Może jesteś niewolnicą własnego wyobrażenia o sobie.
Po tak niesłychanej bezczelności ze strony tej smarkatej Connie, Hilda jechała przez pewien czas w milczeniu.
— W każdym razie nie jestem niewolnicą wyobrażenia, jakie ktoś inny ma o mnie, a ten ktoś inny nie jest służącym mego męża — odpowiedziała wreszcie z brutalnym gniewem.
— Widzisz, tak właśnie nie jest — rzekła Connie spokojnie.
Zawsze pozwalała się opanowywać przez starszą siostrę. Teraz, chociaż płakała w duchu, była wolna od władzy innych kobiet. Ach! Już to samo było wyzwoleniem, jakby się zostało obdarzoną drugim życiem: być wolną od owej dziwnej władzy, od owego opętania przez inne kobiety. Jakie okropne były kobiety!
Cieszyła się na przebywanie razem z ojcem, którego ulubienicą była zawsze. Zatrzymały się z Hildą w małym hotelu w pobliżu Pall Mall, zaś Sir Malcolm mieszkał w swoim klubie. Ale wieczorami wychodził z córkami, a one chętnie wychodziły z nim.
Ciągle jeszcze był barczysty i okazały, chociaż nowy świat, jaki powstał wokół niego, wprawiał go w lekkie zalęknienie. Poślubił w Szkocji drugą żonę, młodszą od niego i bogatszą. Ale w miarę możności starał się spędzać jak najwięcej urlopów z dala od niej. Zupełnie tak samo, jak robił podczas swego pierwszego małżeństwa.
Connie siedziała obok niego w operze. Był średnio otyły i miał tęgie uda, ale ciągle jeszcze były one silne: uda zdrowego mężczyzny, który zawsze znajdował przyjemność w życiu. Jego dobroduszny egoizm, jego uparta niezależność, jego nieznająca skrupułów zmysłowość — Connie miała wrażenie, że wszystko to widzi w tych silnie zbudowanych, prostych udach. Po prostu mężczyzna! Który jednak teraz stał się starym mężczyzną, i to było smutne. Gdyż w jego silnych, grubych nogach męskich nie było ani śladu owej żywej zdolności odczuwania i potęgi czułości, które stanowią prawdziwą istotę młodości, nie było ani śladu owego czegoś, co nie umiera nigdy, jeżeli raz istniało.
Connie teraz dopiero poczęła dostrzegać istnienie nóg. Stały się dla niej ważniejsze niż twarze, które wszak dzisiaj nie posiadają już zbyt wiele cech z rzeczywistości. Jak mało ludzi miało żywe, pełne życia nogi! Przyglądała się mężczyznom na parterze. Wielkie, galaretowate uda w czarnym, wzdętym suknie albo chude, drewniane pręty w czarnej żałobie, albo zgrabne, młode nogi bez najmniejszego znaczenia, bez zmysłowości i bez czułości, bez zdolności odczuwania, po prostu chodzące przyzwyczajenie w kształcie nóg. Nawet ani śladu zmysłowości, jak u jej ojca. Wszyscy oni byli zalęknieni, tak zalęknieni, że ledwo jeszcze istnieli.
Ale kobiety nie były zalęknione. Te przeraźliwe wiatraki, jakimi była większość kobiet! Naprawdę gorszące, naprawdę na tyle gorszące, aby usprawiedliwić morderstwo. Albo te biedne, chude patyki! Albo te zgrabne, miłe istotki w jedwabnych pończochach bez najmniejszego śladu życia. Ohydna rzecz, te miliony bezdusznych nóg, drepczących bezdusznie!
Ale Connie nie czuła się nigdy szczęśliwa w Londynie. Ludzie wydawali się tacy upiorni i puści. Nie posiadali żywej radości, choćby nie wiedzieć jak zgrabnie wyglądali. Wszystko to było straszne. A Connie posiadała ślepe, kobiece pragnienie szczęścia, pragnienie, aby być pewną szczęścia.
W Paryżu czuła przynajmniej trochę zmysłowości. Ale jakaż to była nużąca, zmęczona, wyczerpana zmysłowość! Wyczerpana brakiem czułości. O, Paryż był posępny. Jedno z najsmutniejszych miast. Znudzone swoją mechaniczną już teraz zmysłowością, znudzone napięciem pieniądza, pieniądza, pieniądza, znudzone nawet gniewem i zarozumiałością, po prostu śmiertelnie wyczerpane i ciągle jeszcze nie dość zamerykanizowane lub zlondynizowane, aby ukryć zmęczenie pod mechanicznym podrygiwaniem. Ach, ci męscy mężczyźni, spacerowicze, ci flirciarze, ci zjadacze smacznych obiadków! Jacy oni byli znużeni, jacy znużeni, jacy zużyci z braku odrobiny czułości, dawanej i otrzymywanej! Dzielne, niekiedy czarujące kobiety wiedziały to i owo o zmysłowej rzeczywistości: pod tym względem były silniejsze od swoich mechanicznie podrygujących sióstr angielskich. Ale jeszcze mniej wiedziały o czułości. Wysuszane przez nieskończone, suche napięcie woli, i one stawały się coraz bardziej zużyte. Ludzkość po prostu coraz bardziej się zużywała! Może stanie się kiedyś burzycielska. Rodzaj jakiejś anarchii! Clifford i jego konserwatywna anarchia! Może nie będzie ona już długo konserwatywna. Może rozwinie się w bardzo radykalną anarchię.
Connie zauważyła, że wzdraga się i czuje lęk przed światem. Niekiedy była przez krótką chwilę szczęśliwa: na bulwarach, albo w Lasku85, albo w Ogrodzie Luksemburskim86. Ale Paryż był już pełen Amerykanów i Anglików, dziwnych Amerykanów w najdziwaczniejszych strojach, i zwykłych, ponurych Anglików, którzy za granicą zachowują się tak posępnie.
Rada była, jadąc dalej. Zrobiło się nagle gorąco, więc Hilda skierowała się przez Szwajcarię, potem przez Brenner, dalej przez Dolomity do Wenecji. Hilda lubiła to wydawanie zarządzeń i szoferowanie, lubiła być kierowniczką imprez. Connie była zadowolona, że mogła się zachowywać cicho.
Podróż była naprawdę bardzo miła. Connie powiadała sobie jednak ciągle: „Dlaczego mi na tym wszystkim tak zupełnie nie zależy? Dlaczego nie jestem naprawdę przejęta? Jakie to straszne, że nie mam już wcale zrozumienia dla pięknych okolic! Ale tak jest. Jest to straszne. Jestem niby święty Bernard87, który potrafił żeglować po Jeziorze Czterech Kantonów, nie widząc wcale, że były tam góry i zielone wody. Po prostu nie zależy mi już zupełnie na pięknych okolicach. Po co się w nie wpatrywać? Po co? Nie chce mi się”.
Nie, nie widziała życia we Francji, ani w Szwajcarii, ani w Tyrolu, ani we Włoszech. Po prostu przejeżdżała te wszystkie kraje. I wszystko to było mniej rzeczywiste niż Wragby. Mniej rzeczywiste niż ohydne Wragby! Czuła, że nie zależało jej wcale na tym, czy zobaczy jeszcze kiedy Francję albo Włochy, albo Szwajcarię. Wragby było bardziej rzeczywiste.
A ludzie! Ludzie byli wszyscy jednakowi, z bardzo małymi różnicami. Wszyscy chcieli wydusić z człowieka pieniądze albo jeżeli byli w podróży, chcieli używać za wszelką cenę, jakby musieli wycisnąć z kamienia krew. Biedne góry! Biedne krajobrazy! Musiały się dawać ciągle wysysać, aby dostarczyć sensacji, rozkoszy. Do czego właściwie ludzie zmierzali z tą wprost zdecydowaną wolą używania?
„Nie! — powiadała sobie Connie. — Wolałabym być we Wragby, gdzie mogę przechadzać się w spokoju i nie gapić się na nic, gdzie niczego nie potrzebuję niszczyć. Ta turystyczna żądza zachwycania się jest tak beznadziejnie poniżająca!”
Pragnęła powrócić do Wragby, nawet do Clifforda, nawet do tego biednego kaleki Clifforda. On w każdym razie nie był takim głupcem, jak ta wałęsająca się wszędzie hałastra turystów.
Ale w wewnętrznej świadomości zachowywała kontakt z tamtym mężczyzną. Nie wolno jej było zerwać niebacznie swojego związku z nim. O, nie wolno jej było wyzbyć się go, gdyż inaczej byłaby zgubiona, zupełnie zgubiona w tym świecie wulgarnych ludzi i łowców przyjemności. Ach, ci łowcy przyjemności! Ach, te przyjemności! I to było także jedną z nowoczesnych chorób.
Siostry pozostawiły auto w garażu w Mestre88 i udały się regularnym parowcem do Wenecji. Było cudowne popołudnie letnie. Płytka laguna falowała lekko, mimo pełnego światła słonecznego Wenecja, zwrócona do nich tyłem poza wodą, tonęła zupełnie w oparach.
Na wybrzeżu dworcowym wsiadły do gondoli i podały przewoźnikowi adres. Był to prawdziwy gondolier w biało-niebieskiej bluzie, wyglądał nieszczególnie, w każdym razie nie robił wielkiego wrażenia.
— Tak! Villa Esmeralda! Tak! Znam ją! Przewoziłem tam gondolą pewnego pana. Spory to kawałek drogi stąd!
Wydawał się młodzieńcem dość dziecinnym, porywczym. Wiosłował z przesadną gwałtownością po ciemnych kanałach bocznych z ohydnymi, mulisto zielonymi murami, po kanałach wiodących przez ubogie dzielnice, gdzie w górze wisi na sznurach bielizna, a wszędzie panuje słabszy lub silniejszy zapach kloaczny.
Przybyły jednak wreszcie na szersze kanały, zaopatrzone z obu stron w chodniki, poprzecinane łukowatymi mostami, wiodące wprost i pod prostymi kątami do Canale Grande89. Siostry siedziały pod małym daszkiem płóciennym, gondolier stał na swoim wzniesionym miejscu za nimi.
— Czy signorine90 zostaną długo w Villa Esmeralda? — zapytał, wiosłując powolniej i ocierając spoconą twarz niebiesko-białą chusteczką.
— Około trzech tygodni. Jesteśmy obie zamężne — odpowiedziała Hilda swoim dziwnie stłumionym głosem, przy którym włoska jej wymowa brzmiała bardzo obco.
— Ah! Trzy tygodnie! — rzekł gondolier. Nastąpiła długa pauza, potem zapytał znowu: — Czy signore91 potrzebują gondoliera na te trzy tygodnie, które spędzą w Villa Esmeralda? Może na dni albo na tygodnie?
Connie i Hilda zastanowiły się. W Wenecji najlepiej jest zawsze mieć własną gondolę, jak na wsi najlepiej jest mieć własne auto.
— A co jest w willi? Jakie łodzie?
— Jest łódź motorowa, gondola również, ale...
To ale znaczyło: nie będą one waszą własnością.
— Ile pan żąda?
Wyniosło to około trzydziestu szylingów dziennie albo dziesięć funtów tygodniowo.
— Czy to jest normalna cena? — zapytała Hilda.
— Mniej, signora, mniej. Normalna cena...
Siostry zastanowiły się.
— Dobrze — rzekła Hilda — niech pan przyjdzie jutro rano, a załatwimy to. Jak się pan nazywa?
Nazywał się Giovanni i zapytał, o której ma przyjść, a potem, komu zameldować, że czeka. Hilda nie miała przy sobie karty. Connie dała mu swoją. Rzucił na nią szybkie spojrzenie gorących, południowych, niebieskich oczu, potem znowu podniósł wzrok:
— Ach! — rzekł z rozjaśnioną twarzą. — Milady! Prawda, Milady?
— Milady Costanza — rzekła Connie.
Skinął głową i powtórzył:
— Milady Costanza!
Pieczołowicie schował kartę do kieszeni.
Villa Esmeralda leżała dość daleko na skraju laguny w kierunku Chioggia92. Był to niezbyt stary, miły dom, z tarasami, wychodzącymi na morze, a poniżej z wielkim ogrodem o ciemnych drzewach, który od strony laguny obrzeżony był murem.
Gospodarz ich był przysadzistym, dość rubasznym Szkotem, który przed wojną zebrał ładny mająteczek we Włoszech i został za swój ultrapatriotyzm podczas wojny uszlachcony. Żona jego była chudą, bladą osobą o ostrej twarzy; nie posiadała ona własnego majątku, ale miała za to nieszczęście, że musiała likwidować dość brudne przygody miłosne swego męża. Miała przez niego dużo przykrych kłopotów ze służbą, ponieważ jednak przeszedł zimą lekki atak serca, teraz łatwiej dawał sobą powodować.
Dom był przepełniony. Prócz Sir Malcolma i jego dwóch córek znajdowało się tam jeszcze siedem osób: małżeństwo szkockie, także z dwiema córkami; młoda contessa93 włoska, wdowa; młody książę gruziński i niestary jeszcze duchowny angielski, który przeszedł zapalenie płuc i ze względu na zdrowie został czymś w rodzaju kapelana domowego u Sir Aleksandra. Książę był ubogi, ładny, nadawałby się doskonale na szofera, posiadał dostateczną dozę bezczelności i na tym koniec! Contessa była cichą kotką, która uprawiała jakąś potajemną grę. Duchowny był nieokrzesanym, zwyczajnym człowiekiem z plebanii w Buckshire: na szczęście pozostawił żonę i obydwoje dzieci w domu. Zaś państwo Guthrie, owa wielogłowa rodzina, byli poczciwymi, solidnymi mieszczuchami edynburskimi, rozkoszowali się wszystkim na swój solidny sposób i pozwalali sobie na wszystko, póki nic nie ryzykowali.
Connie i Hilda natychmiast wyeliminowały księcia. Guthrie’owie należeli mniej więcej do tej samej klasy, co one, zamożnej, ale nudnej; zaś dziewczęta szukały mężów. Kapelan był niezłym towarzyszem, ale zbyt służalczym. Sir Aleksander po lekkim ataku serca odznaczał się w swej jowialności okropną ociężałością, ale mimo to był niezmiernie podniecony obecnością tylu pięknych kobiet. Jego żona, Lady Cooper, była cichą, przebiegłą osobą, która niezbyt wchodziła w rachubę; biedactwo spoglądała na każdą inną kobietę z ową zimną czujnością, która stała się jej drugą naturą, i mówiła zimne, złośliwe słówka, które dowodziły, jak niezmiernie niskiego zdania była o całym pokoleniu ludzkim. Była też zjadliwie wyniosła wobec służby, jak zauważyła Connie. Zachowywała się przy tym tak zręcznie, iż Sir Aleksander mógł sądzić, że jest panem i władcą całego towarzystwa, że rządzi nim, on, ze swoim grubym brzuchem, pretendującym do dobroduszności, i głupimi dowcipami, zupełnie pozbawionymi humoru, jak powiadała Hilda.
Sir Malcolm malował. Tak, ciągle jeszcze malował chętnie, jakiś widoczek laguny weneckiej jako przeciwstawienie jego szkockich krajobrazów. Codziennie rano jeździł więc łódką z olbrzymim płótnem do swego „widoku”. Nieco później wyjeżdżała Lady Cooper ze szkicownikiem i farbami do miasta. Była ona zapaloną akwarelistką, a cały dom pełen był różowych pałaców, ciemnych kanałów, chwiejących się mostów, średniowiecznych fasad i tak dalej. Potem Guthrie’owie, książę, contessa, Sir Aleksander, a niekiedy także pan Lind, kapelan, wyjeżdżali kąpać się na Lido i powracali dopiero o pół do drugiej na obiad.
Towarzystwo było jako takie stanowczo nudne. Ale siostry nie przejmowały się tym. Spędzały cały czas poza domem. Ojciec zabierał je na wystawy: mile za milami najnudniejszych malowideł. Zabierał je do swoich dawnych towarzyszów w Villa Lucchese, w gorące wieczory siadywał z nimi na Piazzy, gdzie złowił stolik u Floriana. Woził je do teatru na sztuki Goldoniego. Bywały zabawy na wodzie z lampionami, bywały bale. Było to miejsce rozrywkowe ponad miejsca rozrywkowe. Lido z kilometrami kwadratowymi opalonych lub odzianych w piżamy ciał było niby wybrzeże, na którym zebrały się nieskończone gromady psów morskich do parzenia się. Za wiele ludzi na Piazzy, za wiele ciał ludzkich na Lido, za wiele gondoli, za wiele łodzi motorowych, za wiele parowców, za wiele gołębi, za wiele lodów, za wiele cocktailów, za wiele czyhającej na napiwki służby, za wiele warkoczących języków, za wiele słońca, za wiele zapachu Wenecji, za wiele ładunków truskawek, za wiele szali jedwabnych, za wiele olbrzymich befsztykowych płatów kawonów przy stoiskach: za wiele przyjemności, o wiele za wiele przyjemności!
Connie i Hilda paradowały w letnich sukniach. Były tu dziesiątki ludzi, którzy je znali, dziesiątki ludzi, których one znały. Michaelis zjawił się jak zły szelong.
— Hallo! Gdzie mieszkacie? Chodźcie, zjedzmy gdzieś lody! Chodźcie, pojedźmy gdzieś gondolą!
Nawet Michaelis był prawie opalony; jednakże na określenie wyglądu całej tej masy ciała ludzkiego odpowiedniejsze byłoby wyrażenie spalony.
W pewnej mierze było nawet przyjemnie. Była to prawie przyjemność. A jednak, razem z wszystkimi cocktailami, z całym tym leżeniem w ciepłej wodzie i kąpielami słonecznymi na gorącym piasku pod gorącym słońcem, razem z tym tańcem przy dźwiękach jazzu, kiedy w gorące noce brzuch lepił się do ciała jakiegoś młodzieńca, razem z tym ochładzaniem się później lodami owocowymi — był to tylko doskonały narkotyk. A tego właśnie pragnęli wszyscy ci ludzie: narkotyku. Leniwa woda była narkotykiem; słońce było narkotykiem; jazz był narkotykiem; papierosy, cocktail, lody, wermut. Tylko oszołomić się! Używać! Używać!
Hilda znajdowała poniekąd przyjemność, żyjąc w tym oszołomieniu. Miło jej było obserwować wszystkie te kobiety i snuć co do nich przypuszczenia. Kobiety całe były pochłonięte ciekawością w stosunku do innych kobiet. Jak ona wygląda? Jakiego złowiła męża? Ile ma z tego przyjemności? Mężczyźni byli niby wielkie psy we flanelowych spodniach. Czekali, żeby ich pogłaskać, czekali, żeby się wytarzać, czekali, żeby przy jazzie przylepić brzuch jakiejś kobiety do własnego.
Hilda lubiła jazz, ponieważ mogła przylepiać brzuch do brzucha tak zwanego mężczyzny i pozwalać, aby ruchy jej kierowane były przez centrum jelitowe w tę czy tamtą stronę po posadzce, a potem mogła się wyrwać i ignorować tę „kreaturę”. Mężczyzna był tylko przedmiotem użytku. Biedna Connie była dość niezręczna. Nie chciała tańczyć przy dźwiękach jazzu, ponieważ po prostu nie umiała przylepiać swego brzucha do brzucha jakiejś tam „kreatury”. Nienawidziła konglomeratu prawie nagich ciał na Lido. Nie starczyło niemal wody, żeby je wszystkie zwilżyć. Czuła odrazę do Sir Aleksandra i Lady Cooper. Nie chciała, aby Michaelis czy ktokolwiek inny biegał za nią.
Najszczęśliwsze były dla niej chwile, kiedy namówiła Hildę, żeby się z nią przejechała po lagunie, daleko, do jakiejś samotnej ławicy piaskowej, gdzie mogły się kąpać zupełnie same, podczas gdy gondola czekała od strony lądu.
Giovanni przyjmował w takich wypadkach do pomocy drugiego gondoliera, ponieważ była to daleka droga, a on zlany był w słońcu potem. Giovanni był bardzo miły: uprzejmy jak wszyscy Włosi, a przy tym zupełnie beznamiętny. Włosi nie są namiętni: namiętność posiada głębokie rezerwy. Łatwo podlegają wzruszeniom i często bywają życzliwi. Ale rzadko posiadają trwałą namiętność jakiegokolwiek rodzaju.
Giovanni był więc swoim paniom tak samo oddany, jak poprzednio bywał oddany mnóstwu innych pań. Był w zupełności zdecydowany sprostytuować się z nimi, gdyby go chciały: a spodziewał się w duchu, że go będą chciały. Dałyby mu hojny upominek, a toby mu się bardzo przydało, ponieważ zamierzał właśnie ożenić się. Mówił im o swoim bliskim weselu, a one okazywały niewielkie zainteresowanie.
Sądził, że taka wycieczka przez lagunę do samotnej ławicy oznacza może interes; interesem była l’amore, miłość. Zabrał więc kolegę, żeby mu dopomógł, gdyż była to naprawdę długa droga, a ostatecznie były też dwie damy. Dwie damy, dwie makrele! Dobra arytmetyka! I piękne damy! Był z nich dumny. A chociaż płaciła mu i wydawała rozkazy Signora, spodziewał się jednak, że do l’amore wybierze go sobie młoda Milady. Dałaby mu też więcej pieniędzy.
Towarzysz, którego zabrał, miał na imię Daniele. Nie był to zawodowy gondolier, nie miał więc w sobie łowcy napiwków i prostytutki. Był on sandolierem, jeździł zwykle na sandoli, jednej z owych wielkich łodzi, przywożących z wysp owoce i prowianty.
Daniele był piękny; wysoki i zgrabny, z jasną, okrągłą głową, pokrytą krótkimi, przylegającymi, bladoblond lokami, z ładną, męską twarzą, trochę lwią, i spoglądającymi w dal, niebieskimi oczyma. Nie zarozumiały ani gadatliwy, nie polował też na pieniądze jak Giovanni. Był milczący i wiosłował z taką siłą i lekkością, jakby był sam na wodzie. Damy były damami, bardzo dalekimi od niego. Nie spojrzał na nie nawet. Patrzał daleko przed siebie.
Był prawdziwym mężczyzną, nieco zagniewanym, gdy Giovanni pił za dużo wina i wiosłował niezręcznie, nadmiernymi uderzeniami wielkiego wiosła. Był mężczuzną, jak mężczyzną był Mellors, i był niesprostytuowany. Connie współczuła z przyszłą żoną wylewnego Giovanniego. Ale żona Daniela była zapewne jedną z owych słodkich Wenecjanek z ludu, skromnych i podobnych kwiatom, spotykanych jeszcze na tylnym planie tego miasta-labiryntu.
Ach, jakie to smutne, że najpierw mężczyzna sprostytuował kobietę, a potem kobieta mężczyznę! Giovanni łaknął sprostytuowania się, jak pies ociekał śliną z pragnienia, żeby się oddać kobiecie. Za pieniądze!
Connie spoglądała na daleką Wenecję, niską i różową na wodzie. Zbudowana z pieniędzy, rozkwitła z pieniędzy i martwa jak pieniądze! Martwota pieniądza! Pieniądz, pieniądz, pieniądz, prostytucja i martwota!
A jednak Daniele ciągle jeszcze był mężczyzną, zdolnym do swobodnej wierności mężczyzny. Nie nosił bluzy gondoliera, tylko niebieski sweter. Był trochę dziki, nieokrzesany i dumny. Był więc najemnikiem psiego Giovanniego, który z kolei był najemnikiem dwóch kobiet. Tak było! Gdy Jezus odtrącił pieniądze szatana, pozostawił szatana niby żydowskiego bankiera jako pana całej sytuacji.
Connie powracała zawsze z oślepiającego, płomiennego światła laguny w pewnego rodzaju tępym oszołomieniu i zastawała potem listy z domu. Clifford pisywał regularnie. Pisywał bardzo dobre listy: można by je wydrukować jako książkę. I dlatego Connie uważała je za niezbyt zajmujące.
Żyła w pewnego rodzaju tępym oszołomieniu, wywołanym przez światło laguny, przez otaczającą ją słoność wody, przez dal i pustkę, przez nicość, ale w zdrowiu, w odrętwiającym otępieniu zdrowia. Było to miłe, sprawiało zadowolenie, i Connie pozwalała się w to spowijać i nie troszczyła się o nic. Poza tym zaszła w ciążę. Teraz była tego pewna. W ten sposób owo tępe oszołomienie światłem słonecznym, solą laguny, kąpielami w morzu, wylegiwaniem się na ławicach, szukaniem muszli, płynięciem w dal gondolą potęgowane było jeszcze przez ciążę, przez pełnię sprawiającego zadowolenie i ogłuszającego zdrowia.
Była już w Wenecji dwa tygodnie i miała jeszcze pozostać dziesięć lub czternaście dni. Blask słońca zaćmiewał wszelką rachubę czasu, a pełnia fizycznego zdrowia tym zupełniejszym czyniła zapomnienie. Connie żyła w pewnego rodzaju ogłuszeniu zadowolenia.
Wyrwał ją z tego stanu list Clifforda.
„I my mieliśmy swoją skromną sensację miejscową. Oto żona leśniczego Mellorsa powróciła do leśniczówki i przekonała się, że była tam niepożądana. Po prostu wyrzucił ją i zamknął drzwi. Fama głosi jednak, że kiedy powrócił z lasu, zastał tę dawno już nie piękność wygodnie rozłożoną w jego łóżku, in puris naturalibus94; a raczej należałoby powiedzieć in impuris95 naturalibus. Wyłamała okno i w ten sposób wtargnęła do domu. Nie widząc sposobu wypędzenia zużytej poniekąd Wenery ze swego łóżka, Mellors wybrał odwrót, i jak powiadają, schronił się do domu swojej matki w Tevershall. Tymczasem Wenus ze Stacks Gate rozgościła się w leśniczówce, którą uważa za swój dom, zaś Apollo osiadł najwidoczniej w Tevershall.
Powtarzam tylko, co słyszałem, ponieważ Mellors nie przyszedł do mnie osobiście. Tę odrobinę plew lokalnych otrzymałem od naszego dostawcy plotek, od naszego ibisa, naszego wymiatającego ulice sępa, pani Bolton. Nie powtórzyłbym Ci ich, gdyby pani Bolton nie zawołała: »Jaśnie pani nie pójdzie już do lasu, jeżeli ta kobieta się tam wałęsa!«.
Spodobał mi się odmalowany przez Ciebie obraz Sir Malcolma, jak rusza na morze, powiewając białym włosem, płonąc różowym ciałem. Zazdroszczę Ci tego słońca. Tutaj pada deszcz. Ale nie zazdroszczę Sir Malcolmowi jego niewytrzebionej, śmiertelnej ochoty cielesnej. Co prawda przystoi ona jego wiekowi. Widocznie im człowiek staje się starszy, tym się staje śmiertelniejszy i cieleśniejszy. Tylko młodość ma zapach nieśmiertelności”.
Nowina ta sprawiła Connie, pogrążonej w stanie półotępienia i zadowolenia, przykrość graniczącą z rozpaczą. Trzeba jeszcze, żeby ją teraz prześladowała ta bestia! Trzeba jeszcze zacząć się o to troszczyć! Nie miała listu od Mellorsa. Umówiła się z nim, że nie będą do siebie w ogóle pisywali. Ale teraz chciała mieć od niego bezpośrednio wiadomości. Ostatecznie był ojcem dziecka, którego się spodziewała. Powinien napisać!
Ale co to za okropność! Teraz wszystko było zepsute. Jak brudni, jak ordynarni byli ci zwyczajni ludzie! Jak miło było tutaj, w słońcu i lenistwie, w porównaniu z brudnym zamętem tej Anglii Środkowej! Ostatecznie przejrzyste niebo było niemal rzeczą najważniejszą w życiu.
Nie wspominała o fakcie swojej ciąży nikomu, nawet Hildzie. Napisała do pani Bolton, prosząc o dokładne informacje.
Duncan Forbes, malarz, przyjaciel jej rodziny, w drodze do Rzymu wstąpił do Villi Esmeraldy. Bywał teraz trzecim w gondoli, kąpał się z siostrami na skraju laguny i stał się ich nieodłącznym towarzyszem. Był to spokojny, niemal milczący młodzieniec bardzo zaawansowany w swojej sztuce.
Connie otrzymała list od pani Bolton:
„Na pewno cieszyłaby się Jaśnie Pani bardzo, gdyby Pani widziała Sir Clifforda. Wygląda naprawdę doskonale, pracuje z wielką wytrwałością i pełen jest najlepszych nadziei. Oczywiście z tęsknotą oczekuje już chwili, gdy znowu ujrzy Panią u nas. Dom jest bez Jaśnie Pani bardzo pusty i wszyscy będziemy się cieszyli, gdy będziemy mogli powitać znowu Jaśnie Panią.
Co do pana Mellorsa, to nie wiem, ile Pani Sir Clifford zakomunikował. Zdaje się, że jego żona zupełnie nagle zjawiła się pewnego popołudnia i leśniczy, powróciwszy z lasu, zastał ją siedzącą na progu. Powiedziała, że wróciła do niego i chce z nim znowu żyć, ponieważ jest jego prawowitą żoną, a on nie rozwiedzie się z nią. Zdaje się bowiem, że pan Mellors próbował uzyskać rozwód. Ale on nie chciał już mieć z tą kobietą nic wspólnego i nie wpuścił jej do domu. Sam także nie wszedł, lecz wrócił do lasu, nie otwierając nawet drzwi.
Ale kiedy powrócił o zmroku, zastał drzwi wyłamane, wszedł więc na górę, żeby się przekonać, co się stało, i zastał ją w łóżku, bez najmniejszej szmatki na ciele. Zaproponował jej pieniądze, ale ona powiedziała, że jest jego żoną i on musi ją przyjąć z powrotem. Nie wiem, co tam między nimi zaszło. Matka jego opowiadała mi o tym; jest tym okropnie zdenerwowana. Tak, a on powiedział jej, że wolałby umrzeć, niż kiedykolwiek jeszcze żyć z nią, zabrał więc swoje rzeczy i poszedł prosto do matki do Tevershall. Został tam przez noc, a następnego dnia poszedł przez park do lasu, nie zbliżając się wcale do leśniczówki. Zdaje się, że tego dnia w ogóle żony nie widział. Ale następnego dnia poszła do swego brata Dana do Beggarlee i klęła, i wściekała się, i powiedziała, że jest jego prawowitą żoną i że on miewał w leśniczówce kobiety, bo znalazła w jego szufladzie flaszeczkę z perfumami i niedopałki papierosów ze złotymi ustnikami w popiele, i Bóg wie, co jeszcze. Zdaje się też, że listonosz Fred Kirk powiada, jakoby raz rankiem słyszał czyjś głos w sypialni pana Mellorsa i że jakieś auto było na żywopłotowej drodze.
Pan Mellors zamieszkał u swojej matki i zawsze idzie do lasu przez park; zdaje się, że jego żona pozostała w leśniczówce. Otóż było mnóstwo gadania, tak że wreszcie pan Mellors i Tom Philips poszli do leśniczówki i zabrali większość mebli i pościeli i odśrubowali rękojeść od studni, tak że ona musiała się wynieść. Ale zamiast wrócić do Stacks Gate, wynajęła sobie pokój u pani Swain w Beggarlee, bo żona jej brata Dana nie chciała jej przyjąć do domu. I chodziła ciągle do domu starego pana Mellorsa, żeby go omotać, i zaczęła przysięgać, że jej mąż był z nią w łóżku w leśniczówce. Potem poszła do adwokata, żeby zmusić pana Mellorsa, aby jej co miesiąc coś płacił. Roztyła się, zrobiła się jeszcze ordynarniejsza niż dawniej, a silna jest jak koń. Łazi wszędzie i rozpowiada o nim najokropniejsze rzeczy, że sprowadzał sobie kobiety do leśniczówki i jak się wobec niej zachowywał, kiedy się pobrali, opowiada najordynarniejsze, najbezecniejsze rzeczy, jakie z nią robił, i sama już nie wiem, co jeszcze. Straszna to naprawdę rzecz, co może narobić kobieta, kiedy zacznie mówić. I choćby to była najniższa kreatura, zawsze znajdą się tacy, co jej uwierzą, a coś z tego brudu zawsze się do człowieka przylepi. Oburzające jest wprost, jak to ona opowiada, że pan Mellors obchodzi się z kobietą na wzór owych brutalnych, bestialskich mężczyzn. A ludzie zawsze są chętni, żeby uwierzyć o człowieku we wszystko najgorsze, zwłaszcza w takie rzeczy. Twierdzi ona, że nie da mu spokoju, póki będzie żył. Chociaż ja powiadam, że jeżeli on był wobec niej taki brutalny, to po co się tak upiera, żeby do niego wrócić? Ale co prawda zbliża się ona do przełomu, gdyż jest o wiele starsza od niego. A te zwyczajne, gwałtowne kobiety stają poniekąd obłąkane, kiedy się zbliżają do wieku przełomowego”.
Był to dotkliwy cios dla Connie. Niewątpliwie i na nią spadnie część całego tego brudu i nikczemności. Zła była na niego, że nie uwolnił się wcześniej od Berty Coutts, ba, że się z nią w ogóle ożenił. Może posiadał jakąś skłonność do wszystkiego, co niskie. Connie wspomniała ostatnią noc, jaką z nim spędziła, i wzdrygnęła się. Znał on to wszystko niskie, nawet z taką Bertą Coutts. Było to naprawdę ohydne. Byłoby bardzo dobrze uwolnić się od niego, zupełnie się od niego wyzwolić. Może był naprawdę wulgarny, naprawdę brutalny.
Uczuła nagle niechęć do całej tej afery i niemal zazdrościła pannom Guthrie ich niezgrabnego niedoświadczenia i nieokrzesanej dziewczęcości. Lękała się teraz myśli, że ktoś mógłby się dowiedzieć o niej i o leśniczym. Jakie to było niewypowiedzianie poniżające! Była rozgoryczona i wylękniona, czuła dręczące pragnienie zewnętrznej przyzwoitości, nawet zwyczajnej i zabójczej przyzwoitości takich panien Guthrie. Gdyby Clifford wiedział o jej aferze, jakie by to było niewypowiedzianie poniżające! Lękała się, bała się społeczeństwa i jego nieczystego ukąszenia. Pragnęła niemal, aby się mogła pozbyć dziecka i uwolnić zupełnie. Słowem, popadła w stan tchórzliwego lęku.
Co do flaszeczki z perfumami, była to jej własna głupota. Nie mogła się powstrzymać od uperfumowania jego chusteczek i koszul w szufladzie, po prostu z dziecinnego kaprysu. Włożyła na wpół opróżnioną buteleczkę fiołków leśnych Coty’ego pod jego bieliznę. Chciała, żeby mu te perfumy ją przypominały. A niedopałki papierosów pochodziły od Hildy.
Nie widziała innego wyjścia, musiała się trochę zwierzyć Duncanowi Forbesowi. Nie powiedziała mu, że była kochanką leśniczego, powiedziała tylko, że go lubi, i opowiedziała Forbesowi historię jego życia.
— O — rzekł Duncan — przekona się pani, że ludzie nie dadzą mu wcześniej spokoju, póki go nie powalą na ziemię i nie zdepczą. Jeżeli nie skorzystał ze sposobności, żeby się wznieść do stanu średniego, i jeżeli jest mężczyzną, który bronił swojej płci, to go niechybnie powalą. Tej jednej rzeczy nigdy człowiekowi nie przebaczą: prostolinijności i szczerości w sprawach płciowych. Można być nie wiedzieć jak brudnym, ba, naprawdę, im więcej brudu zwala się na sprawy płciowe, tym więcej ma się u nich uznania. Ale jeżeli się wierzy we własną płeć i nie pozwala się jej kalać, wtedy muszą człowieka zdeptać. Jest to jedyne ocalałe jeszcze, obłąkane tabu: seksualizm jako coś naturalnego i doniosłego. Nie chcą mieć tego tabu i raczej człowieka zabiją, niżeli mu je pozostawią. Przekona się pani, że zaszczują tego człowieka wszystkimi psami. A cóż on ostatecznie zrobił? Jeżeli kochał swoją żonę ze wszystkich stron, czyż nie miał do tego prawa? Powinna być z tego dumna. Ale widzi pani, nawet taka ordynarna ścierka jak ona zwraca się przeciwko niemu i używa hienowego instynktu tłumu przeciwko seksualizmowi, aby powalić mężczyznę. Trzeba skomleć i czuć się nędznikiem, grzesznym przez swoją płeć, zanim człowiekowi pozwolą posiadać płeć. O, już oni tego biedaka zaszczują na śmierć.
Connie przeżyła teraz zwrot swoich uczuć w innym kierunku. Cóż on ostatecznie uczynił? Cóż on zrobił jej samej, Connie, poza tym, że dał jej cudowną rozkosz i poczucie wolności i życia? Wyzwolił w niej gorący, naturalny prąd płci. I za to będą go teraz ludzie szczuli wszystkimi psami.
Uczyniła krok nierozważny. Posłała do Ivy Bolton list, dołączyła drugi dla leśniczego i prosiła panią Bolton, żeby mu go doręczyła. Do Mellorsa pisała:
„Jestem bardzo zmartwiona, słysząc o wszystkich tych przykrościach, jakie Panu wyrządziła Pańska żona. Ale niech się Pan tym nie przejmuje, jest to pewnego rodzaju histeria. Wszystko to przeminie równie szybko, jak przyszło. Ale bardzo mi żal i spodziewam się naprawdę, że się Pan tym zbytnio nie przejął. Ostatecznie nie warto. To przecież tylko histeryczna osóbka, która chce Panu zadać ból. Za dziesięć dni będę w domu i ufam szczerze, że do tego czasu wszystko będzie znowu dobrze”.
W kilka dni później nadszedł list od Clifforda. Był poważnie zaniepokojony.
„Dowiaduję się z radością, że jesteś gotowa opuścić Wenecję piętnastego. Ale jeżeli się dobrze bawisz, nie śpiesz się z powrotem. Czujemy twój brak, Wragby czuje twój brak. Ale jest rzeczą najważniejszą, abyś się pod dostatkiem nasyciła słońcem, słońcem i piżamami, jak powiadają prospekty z Lido. Proszę Cię więc, pozostań jeszcze trochę dłużej, jeżeli Ci to dodaje humoru i hartuje Cię przeciwko naszej dość okropnej zimie. Nawet dzisiaj pada deszcz.
Pani Bolton opiekuje się mną z największą starannością i pieczołowitością. Jest ona cudownym okazem. Im dłużej żyję, tym jaśniej uświadamiam sobie, jak dziwnymi istotami są ludzie. Niektórzy z nich mogliby mieć równie dobrze sto nóg jak stonoga albo sześć jak homar. Stałość i godność ludzka, jakiej by się można po bliźnich spodziewać, zdaje się rzeczywiście nie istnieć. Człowiek zaczyna już wątpić, czy w nim samym istnieje ona w godnym uwagi stopniu.
Skandal z leśniczym trwa nadal i przybiera coraz większe rozmiary, jak kula śniegowa. Pani Bolton informuje mnie stale. Przypomina mi ona rybę, która sama będąc niema, póki żyje, oddycha cichą plotką przez skrzela. Wszystko przechodzi przez sito jej skrzeli i nic jej nie dziwi. Ma się wrażenie, jak gdyby wypadki z życia innych ludzi były dla niej nieodzownym do życia tlenem.
Stale zajęta jest skandalem mellorsowskim, a gdy tylko pozwolę jej zacząć, oprowadza mnie po najdalszych zakątkach. Wielkie jej oburzenie, które w tym nawet wypadku podobne jest do oburzenia aktorki grającej swoją rolę, zwraca się przeciwko żonie Mellorsa, którą uporczywie nazywa Bertą Coutts. Wniknąłem w tajniki brudnego żywota wszystkich Bert Coutts, a gdy się chwilami wyzwalam z potoku plotek, powracam z wolna na powierzchnię i spostrzegam światło dzienne, zdumiony, że ono jeszcze istnieje.
Wydaje mi się bezwarunkową prawdą, że świat nasz, który uważamy za powierzchnię wszystkich rzeczy, jest w istocie dnem głębokiego morza; wszystkie nasze drzewa są podmorskimi roślinami, a my sami jesteśmy fantastyczną, odzianą w łuski fauną podmorską i żywimy się odpadkami jak krewetki. Czasami tylko dusza, łaknąca powietrza, wynurza się z niezgłębionej toni, w której żyjemy, i wypływa na powierzchnię eteru, gdzie jest prawdziwe powietrze. Jestem przekonany, że powietrze, jakim normalnie oddychamy, jest rodzajem wody, a mężczyzna i kobieta są gatunkami ryb.
Ale czasami dusza wynurza się naprawdę, w ekstazie wystrzela jak mewa ku światłu, kiedy ma już dość polowania w podmorskich głębinach. Prawdopodobnie jest to nasz śmiertelny los, że musimy żerować na przeraźliwym podwodnym życiu naszych bliźnich w podwodnych lasach dziewiczych ludzkości. Ale naszym nieśmiertelnym przeznaczeniem jest, abyśmy, gdy tylko przełkniemy swój rybi połów, znowu uchodzili ku przejrzystemu eterowi, wyskakiwali ponad powierzchnię starego oceanu, ku światłu. Wówczas to uświadamiamy sobie swoją wieczną naturę.
Kiedy się przysłuchuję pani Bolton, mam wrażenie, że zanurzam się w głąb, aż do najdalszych głębin, gdzie trzepoczą się i pływają ryby ludzkich tajemnic. Pod wpływem głodu chwyta się trochę łupu; a potem znowu w górę, w górę, precz z tej gęstwiny w eteryczny świat, z mokrej przestrzeni w suchą. Tutaj mogę opowiedzieć całe to zajście. Ale przy pani Bolton czuję tylko zanurzanie się, ohydne zanurzanie się pomiędzy wodorosty morskie i blade potwory najniższego dna.
Obawiam się, że stracimy swego leśniczego. Skandal z bezecną małżonką, zamiast przebrzmiewać, wzmaga się coraz bardziej. Mellors oskarżony jest o najniemożliwsze rzeczy i co dziwna, ta osoba dopięła tego, że przeciągnęła na swoją stronę większość żon górników, najohydniejszego gatunku rybiego. Wieś stała się wprost gniazdem plotek.
Jak słyszę, Berta Coutts obległa poczciwego Mellorsa w domu jego matki, splądrowawszy przedtem leśniczówkę i szałas. Pewnego dnia rzuciła się na własną córeczkę, gdy to jabłuszko z jej pnia powracało ze szkoły. Ale mała, zamiast ucałować rączkę kochającej mamusi, ugryzła ją mocno i dostała za to drugą ręką taki policzek, że się na łeb i szyję wywróciła do ścieku, skąd ją wyratowała oburzona i udręczona babcia.
Ta kobieta rozdmuchała zdumiewającą ilość trujących gazów. Wyciągnęła na światło dzienne wszystkie owe wydarzenia swego pożycia małżeńskiego, które zazwyczaj trzymane są przez małżonków w najgłębszym grobie matrymonialnego milczenia. A gdy się jej spodobało po dziesięcioletnim pogrzebaniu ekshumować je, zebrała niesamowitą wprost kolekcję. Dowiaduję się o tych szczegółach od Linleya i doktora. Ten ostatni jest ubawiony. Naturalnie w rzeczywistości nic w tym nie ma. Ludzie posiadali zawsze dziwny pociąg do niezwykłych pozycji seksualnych, a jeżeli mężczyźnie podobało się używać swojej żony w sposób, który Benvenuto Cellini96 nazywa włoskim, to jest to po prostu kwestia smaku. Nie spodziewałem się jednak, że nasz leśniczy zna się na tylu sztuczkach. Nie ulega wątpliwości, że Berta Coutts pierwsza go ich nauczyła. W każdym razie jest to sprawa jej własnego legowiska i nikogo nie obchodzi.
Ale wszyscy słuchają, nawet ja sam. Przed dziesięciu czy piętnastu laty najprostsza przyzwoitość zatuszowałaby takie rzeczy. Ale prosta przyzwoitość już nie istnieje, a żony górników są wszystkie poruszone, zaś głosy ich nie brzmią bynajmniej lękliwie. Można by przypuścić, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat każde dziecko w Tevershall było niepokalanie poczęte, a każda poszczególna z naszych niekonformistycznych niewiast promienną Joanną d’Arc. Że nasz szacowny leśniczy mógł posiadać w sobie taki rabelaisowski97 rys, to czyni go w ich oczach ohydniejszym i wstrętniejszym niż byłby dla nich najzimniejszy morderca. A jednak, jeśli wierzyć wszystkim pogłoskom, ludzie tevershallscy są dość rozpustną czeladką.
Najgorsze jest jednak, że niesympatyczna Berta Coutts nie ograniczyła się tylko do własnych przeżyć i niedoli. Z nakładem całej swej siły głosu odkryła, że mąż jej gościł w leśniczówce kobiety, i spróbowała na chybił-trafił wymienić kilka osób. Zmieszała z błotem kilka szanowanych nazwisk i sprawa posunęła się o wiele za daleko. Wystosowano przeciwko tej babie sądowe ostrzeżenie.
Miałem w tej sprawie rozmowę z Mellorsem, gdyż niemożliwością było usunąć tę kobietę z lasu. Spaceruje on sobie po lesie jak zwykle, z najswobodniejszą miną, jakby mówił: »Co mnie to obchodzi? To nas zupełnie nie dotyczy, nie warto o tym nawet gadać!«.98 Tym niemniej podejrzewam go, że się czuje jak pies, któremu uwiązano puszkę do ogona; potrafi sobie co prawda nadać zawsze dobry pozór, jakby puszki nie było. Słyszałem jednak, że kiedy przechodzi przez wieś, kobiety wołają dzieci do domu, jakby nasz leśniczy był markizem de Sade99 we własnej osobie. Kroczy on dalej z niejakim bezwstydem, obawiam się jednak, że puszka jest mocno przywiązana do ogona, i że biedny Mellors biada teraz, jak Don Rodrigo w balladzie hiszpańskiej: »Ach, teraz mnie gryzie tam, gdzie najwięcej grzeszyłem!«.
Zapytałem go, czy uważa, że może nadal spełniać swoje obowiązki w lesie, a on odpowiedział, iż nie sądzi, aby je zaniedbał. Powiedziałem mu, że to rzecz niezmiernie niemiła, gdy ta kobieta włóczy się po posiadłości, na co odparł, iż nie posiada władzy aresztowania jej. Następnie zrobiłem aluzję do skandalu i jego niemiłego przebiegu. »Tak — odpowiedział. — Ludzie powinni by sami trochę więcej obłapiać100, toby potem nie byli tacy zawzięci i nie wylewali na człowieka swoich pomyj«.
Powiedział to z goryczą i niewątpliwie w słowach jego zawarte jest ziarno prawdy. Sposób wyrażania się nie jest jednak ani delikatny, ani przepojony szacunkiem. Napomknąłem o tym, a wtedy usłyszałem znowu dźwięk puszki u ogona. »Człowiekowi w pańskim położeniu, Sir Cliffordzie, nie przystoi robić mi wyrzutów, że mam woreczek między nogami«.
Takie rzeczy, powtarzane bez ogródki każdemu i wszystkim, nie pomagają mu oczywiście w najmniejszym stopniu, a pastor i Linley, i doktor są zdania, że byłoby najlepiej, gdyby ten człowiek opuścił naszą okolicę.
Zapytałem go, czy to prawda, że gościł damy w leśniczówce, a on odpowiedział mi tylko: »A co to pana obchodzi, Sir Cliffordzie?«. Oznajmiłem mu, że muszę dbać, aby w mojej posiadłości prowadzono przyzwoite życie, na co odparł: »Więc musi pan pozapinać babom gęby na guziczki«. Kiedy go zacząłem nagabywać o jego tryb życia w leśniczówce, powiedział: »A jużci, mogliby zrobić skandal ze mnie i mojej Flossie. O tym zapomnieli«. Naprawdę, jako wzór bezczelności jest nieprześcigniony!
Zapytałem go, czy znalazłby bez trudności inną posadę. Odpowiedział mi: »Jeżeli chce mi pan dać przez to do zrozumienia, że rad by mnie pan wyrzucić z mojej posady, to byłoby to bardzo łatwe«. Nie robił więc trudności. Odchodzi w końcu przyszłego tygodnia i oświadczył gotowość, o ile to tylko możliwe, wtajemniczyć w arkana zielonej sztuki pewnego młodzieńca, nazwiskiem Joe Chambers. Powiedziałem, że wypłacę mu dodatkowo jednomiesięczną pensję, gdy będzie odchodził. Odpowiedział, że wolałby, żebym zachował swoje pieniądze, ponieważ nie mam powodu, aby chcieć ulżyć swemu sumieniu. Zapytałem go, co przez to rozumie, i otrzymałem odpowiedź: »Nie jest mi pan nic dodatkowego winien, Sir Cliffordzie, więc niech mi pan nic dodatkowego nie wypłaca!«.
Oto chwilowo koniec całej tej historii. Żona jego znikła, nie wiadomo gdzie. Ale gdyby się znowu zjawiła w Tevershall, naraziłaby się na aresztowanie, a słyszałem, że boi się ona nieludzko więzienia, ponieważ na nie w zupełności zasługuje. Mellors odchodzi od soboty za tydzień, i życie w naszej okolicy powróci niebawem do normalnego stanu.
Tymczasem, moja kochana Connie, gdybyś miała ochotę pozostać w Wenecji albo w Szwajcarii do początku sierpnia, cieszyłbym się na myśl, że jesteś z dala od tych wszystkich ordynarnych plotek; do końca miesiąca gadanina ta prawdopodobnie przebrzmi zupełnie.
Widzisz więc, że jesteśmy potworami głębinowymi, a kiedy homar chodzi po mule, mąci wodę wszystkim. Z konieczności musimy to traktować filozoficznie”.
Podniecenie i brak sympatii w jakimkolwiek kierunku, przejawiający się w liście Clifforda, wywarły złe wrażenie na Connie. Ale zrozumiała wszystko lepiej, gdy otrzymała następujący list od Mellorsa:
„Kocica wylazła z worka, razem z rozmaitymi innymi kociętami. Słyszałaś, że moja żona Berta powróciła w moje niekochające ramiona i rozgościła się w leśniczówce, gdzie mówiąc nieczołobitnie, przekonała się rychło, że coś śmierdzi — mianowicie flaszeczka Coty’ego. Innych dowodów winy nie znalazła, a przynajmniej nie w najbliższych dniach. Rozpoczęła więc wycie nad spaloną fotografią. Zauważyła szkło i tekturę w drugim pokoiku. Na nieszczęście ktoś naskrobał na tekturze małe rysuneczki i wiele razy powypisywał inicjały: C. S. R. Nie stanowiło to dla niej co prawda punktu zaczepienia. Aż wreszcie włamała się do szałasu i znalazła jedną z twoich książek, autobiografię aktorki Judyty z twoim nazwiskiem, Constance Steward Reid, na karcie tytułowej. Wtedy zaczęła chodzić po wsi i oznajmiać głośno, że kochanką moją była ni mniej ni więcej tylko sama Lady Chatterley. Nowinka ta doszła wreszcie do uszu pastora, pana Burrough i Sir Clifforda. Rozpoczęli wówczas sądowe kroki przeciwko mojej połowicy, która ze swej strony zniknęła, ponieważ żywi ona stale śmiertelny lęk przed policją.
Sir Clifford chciał ze mną mówić, poszedłem więc do niego. Omijał jądro sprawy i wydawał się na mnie zły. Potem zapytał, czy wiem, że nawet nazwisko Jaśnie Pani zostało wspomniane. Odpowiedziałem mu, że nie słucham nigdy skandalicznych historyjek i jestem zaskoczony, słysząc taką plotkę od samego Sir Clifforda. Oznajmił mi, że jest to oczywiście ciężka obelga, a ja powiedziałem, że królowa Maria jest odmalowana na kalendarzu w mojej kuchni, niewątpliwie dlatego, że Jej Królewska Mość stanowi część mego haremu. Ale on nie potrafił ocenić mego sarkazmu. To, co powiedział, zmierzało do wniosku, że jestem osobnikiem zbytecznym, nikczemnym charakterem, który biega z odpiętymi spodniami, a ja odpowiedziałem mu tyle mniej więcej, że on w każdym razie nie ma czego odpinać. Wyrzucił mnie więc i od soboty za tydzień odchodzę, aby się tutaj nigdy więcej nie pokazać. Pojadę do Londynu, a moja dawna gospodyni, pani Inger, 17 Coburg Square, albo odnajmie mi pokój, albo wyszuka mi jakiś.
Bądź przekonany, człowieku, że grzechy twoje nawiedzą cię zawsze, zwłaszcza, jeżeli jesteś żonaty, a imię jej Berta”.
W liście nie było ani słowa o niej, ani słowa do niej. Connie wzięła mu to za złe. Mógłby napisać kilka słów pociechy, aby ją uspokoić. Ale wiedziała, że on pozostawia jej wolność, wolność powrócenia do Wragby i do Sir Clifforda. I to brała mu za złe. Nie powinien okazywać fałszywej rycerskości. Pragnęła, aby powiedział był do Clifforda: „Tak, ona jest moją kochanką! Jestem z tego dumny!” Ale tak daleko jego odwaga nie sięgała.
Tak! Więc w Tevershall łączono jej imię z jego! To źle. Ale sprawa ta rychło pójdzie w zapomnienie.
Czuła gniew, skomplikowany i zawikłany gniew, który pozbawiał ją zdolności do czynu. Nie wiedziała, co robić, ani co powiedzieć. Nie mówiła więc nic i nic nie robiła. Wiodła nadal obojętnie dotychczasowe życie w Wenecji, jeździła gondolą z Duncanem Forbesem, kąpała się, przyglądała się, jak dni mijały. Duncan, który przed dziesięciu laty był w niej beznadziejnie zakochany, zakochał się w niej znowu. Ale Connie powiedziała mu:
— Żądam od mężczyzn tylko jednej rzeczy: żeby mi dali spokój.
Więc Duncan dawał jej spokój, w istocie rad bardzo, że może to robić. A jednak ofiarowywał jej łagodny potok dziwnie opacznej miłości. Pragnął być w pobliżu niej.
— Czy zastanawiała się pani kiedy nad tym — zapytał ją kiedyś — jak mało ludzie są z sobą związani? Niech pani spojrzy na Daniela! Jest piękny i zgrabny niby syn słońca. Ale niechże pani zobaczy, jak on samotnie wygląda w swojej piękności. A jednak gotów bym się założyć, że ma żonę i dzieci, których by nigdy nie mógł porzucić.
— Niech go pan o to zapyta — rzekła Connie.
Duncan zapytał. Daniele odpowiedział, że jest żonaty i ma dwoje dzieci, dwóch chłopców w wieku siedmiu i dziewięciu lat. Ale nie zdradzał w związku z tym żadnego wzruszenia.
— Może tylko ludzie zdolni do prawdziwego współżycia mają taki wygląd, jakby byli zupełnie samotni na świecie — powiedziała Connie. — Inni sprawiają żałosne wrażenie, przylepiają się do masy jak Giovanni.
„I — pomyślała w duchu — jak ty, Duncanie”.