Rozdział osiemnasty

Musiała się zdecydować, co robić. Postanowiła wyjechać z Wenecji tego samego dnia, w którym on opuści Wragby: za sześć dni. Przyjedzie więc do Londynu w przyszły poniedziałek i zastanie go tam. Napisała do niego na adres londyński, prosząc, żeby pozostawił dla niej list w hotelu Hartlanda i żeby ją odwiedził w poniedziałek wieczorem.

W głębi duszy była dziwnie, w jakiś zawikłany sposób zła, a wszystkie jej uczucia były otępiałe. Nie chciała się nawet zwierzyć Hildzie, a Hilda, urażona uporczywym milczeniem Connie, zaprzyjaźniła się bardzo intymnie z jakąś Holenderką. Connie nienawidziła tych dławiących niemal przyjaźni pomiędzy kobietami, przyjaźni, jakie Hilda stale gorliwie uprawiała.

Sir Malcolm zdecydował się jechać razem z Connie, a Duncan mógł się zabrać z Hildą. Stary artysta lubił zawsze wygody. Zamówił dwa miejsca sypialne w Orient Expressie, mimo niechęci Connie do trains de luxe,101 do atmosfery trywialnego zepsucia, jaka w nich dzisiaj panuje. W każdym razie podróż do Paryża będzie w ten sposób trwała krócej.

Sir Malcolm czuł się zawsze nieswojo, kiedy powracał do żony. Było to przyzwyczajenie, datujące z czasów jego pierwszego małżeństwa. Ale w domu mieli być goście, polowanie na cietrzewie, a Sir Malcolm nie chciał przyjechać bezpośrednio przed rozpoczęciem zjazdu. Connie, opalona i ładna, siedziała w milczeniu, nie zwracając uwagi na okolicę.

— Powrót do Wragby jest dla ciebie trochę nudny — rzekł ojciec, widząc jej zły humor.

— Nie jestem jeszcze pewna, czy powrócę do Wragby — rzekła Connie niespodziewanie i spojrzała przy tym wielkimi, niebieskimi oczyma w jego oczy. A jego wielkie, niebieskie oczy przybrały wyraz mężczyzny, którego sumienie społeczne nie jest zupełnie czyste.

— Chcesz przez to powiedzieć, że pozostaniesz trochę w Paryżu?

— Nie, chciałam powiedzieć, że nie powrócę do Wragby.

Sir Malcolm był obarczony własnymi, drobnymi problemami i spodziewał się szczerze, że nie zwali mu się na kark jakiś jej kłopot.

— Co ci się nagle stało? — zapytał.

— Będę miała dziecko.

Po raz pierwszy powiedziała te słowa do żywego człowieka; zdawały się one oznaczać linię graniczną w jej życiu.

— Skąd wiesz? — zapytał ojciec.

Connie uśmiechnęła się.

— Skąd się takie rzeczy wie?

— Ale... ale oczywiście nie z Cliffordem?

— Nie! Z innym mężczyzną.

Cieszyła się właściwie, że może go wystawiać na torturę.

— Czy ja go znam? — zapytał Sir Malcolm.

— Nie! Nigdy go nie widziałeś.

Nastąpiła długa pauza.

— I co zamierzasz robić?

— Nie wiem. O to właśnie idzie.

— Czy nie można tego jakoś z Cliffordem ułożyć?

— Domyślam się, że Clifford pogodziłby się z tym — odpowiedziała Connie. — Kiedy z nim ostatni raz rozmawiałeś, powiedział mi potem, że nie miałby nic przeciwko temu, abym miała dziecko, pod warunkiem, że urządzę to dyskretnie.

— Jedyna rozsądna rzecz, jaką w tych warunkach mógł powiedzieć. Przypuszczam więc, że wszystko ułoży się dobrze.

— Jak to rozumiesz? — zapytała Connie, spoglądając ojcu w oczy.

Były to wielkie, niebieskie oczy, bardzo podobne do jej oczu, ale przepojone jakimś niepokojem; niekiedy migotało w nich spojrzenie świadomego winy malca, kiedy indziej odbijał się w nich blask mrukliwego egoizmu, zazwyczaj jednak pełne były dobrego humoru i ostrożnej przebiegłości.

— Mogłabyś obdarzyć Clifforda dziedzicem wszystkich Chatterleyów i osadzić we Wragby nowego baroneta.

Twarz Sir Malcolma przeciągnęła się w na wpół zmysłowym uśmiechu.

— Nie sądzę, żebym miała na to ochotę — rzekła Connie.

— Dlaczego nie? Czy czujesz się zbyt silnie związana z tamtym? No, jeżeli chcesz usłyszeć ode mnie prawdę, moje dziecko, w takim razie pozwól sobie powiedzieć, że świat toczy się dalej. Wragby trwa niewzruszenie i będzie nadal trwało. Świat jest w mniejszym lub większym stopniu rzeczą trwałą, a zewnętrznie musimy się do niego dostosować. Wewnętrznie możemy wedle mojego osobistego zdania robić, co nam się podoba. Uczucia zmieniają się. Możesz w tej chwili kochać jednego mężczyznę, a za rok drugiego. Ale Wragby będzie stało nadal. Trzymaj się Wragby, póki Wragby trzyma się ciebie. Poza tym rób, co ci się podoba. Niewiele jednak będziesz z tego miała, jeżeli spowodujesz zerwanie. Możesz to zrobić, jeżeli tak chcesz. Posiadasz niezależny dochód. Jest to jedyna rzecz, która człowieka nigdy nie zawodzi. Ale niewiele będziesz miała z tej całej sprawy. Osadź we Wragby nowego baroneta, to jest przynajmniej coś zabawnego!

Sir Malcolm przechylił się w tył i uśmiechnął znowu. Connie nie odpowiedziała.

— Spodziewam się, że znalazłaś nareszcie prawdziwego mężczyznę — rzekł ojciec po chwili z wielkim ożywieniem.

— Tak. O to właśnie idzie. Niewielu ich jest.

— Nie, dalibóg nie! — zgodził się Sir Malcolm w zadumie. — Naprawdę nie! No, moje dziecko, kiedy tak na ciebie spojrzeć, trzeba go uważać za szczęśliwego człowieka. On by ci chyba nie robił trudności?

— O nie! On mi pozostawia zupełną swobodę.

— Oczywiście! Oczywiście! Prawdziwy mężczyzna zawsze tak postępuje.

Sir Malcolm był uradowany. Connie była jego ulubienicą i zawsze lubił w niej kobietę. Nie miała w sobie tyle z matki, co Hilda. A Clifforda nigdy nie znosił. Był więc uradowany i odnosił się do córki niezmiernie czule, jakby to nieurodzone jeszcze dziecko było jego dzieckiem.

Pojechał z nią do hotelu Hartlanda i został, aż się urządziła. Potem poszedł do swojego klubu. Connie zrezygnowała na ten wieczór z jego towarzystwa.

Zastała list od Mellorsa.

„Nie przyjdę do Ciebie do hotelu, ale będę na Ciebie czekał o siódmej w Golden Cock na Adam Street”.

Stał tam, szczupły i wysmukły, taki inny w przyzwoitym ubraniu z lekkiego, ciemnego materiału. Posiadał naturalną wytworność, ale nie miał skrojonego według żurnalu wyglądu mężczyzn z klasy Connie. Zauważyła jednak natychmiast, że mógł się wszędzie pokazać. Odznaczał się naturalnym sposobem bycia, który był znacznie milszy niż ten żurnalowy wygląd.

— A, jesteś! Jak dobrze wyglądasz!

— Tak! Ale ty nie wyglądasz dobrze.

Spojrzała zatroskana w jego twarz. Był chudy, a kości policzkowe sterczały ostro. Ale oczy jego uśmiechały się do niej i czuła się przy nim jak w domu. O to właśnie szło: nagle opuściło ją naprężenie, z jakim musiała zachowywać pozory. Coś promieniowało z niego fizycznie, umożliwiając jej, że czuła się wewnętrznie swobodna, szczęśliwa, jak w domu. Bacznym, kobiecym instynktem szczęścia spostrzegła to natychmiast. „Jestem szczęśliwa, kiedy on tu jest!” Całe słońce Wenecji nie dało jej tego wewnętrznego przestworu i ciepła.

— Czy był dla ciebie podły? — zapytała, kiedy usiadła naprzeciwko niego przy stole.

Był za chudy, widziała to teraz. Ręka jego leżała, jak ją znała, z owym dziwnym, wyzwolonym zapomnieniem śpiącego zwierzęcia. Tak bardzo pragnęła pochwycić tę rękę i ucałować, ale nie śmiała.

— Ludzie są zawsze podli — odpowiedział Mellors.

— Wziąłeś to sobie bardzo do serca?

— Jak zwykle. I wiem, że byłem głupcem, przejmując się tym tak bardzo.

— Czy czułeś się, jak pies, któremu uwiązano do ogona puszkę? Clifford pisał mi, że się tak czułeś.

Mellors spojrzał na nią. Było to z jej strony okrutne w tej chwili, gdyż naprawdę cierpiał bardzo.

— Prawdopodobnie tak się czułem — rzekł.

Nie wiedziała, z jak gwałtowną goryczą przyjmował zawsze obelgi.

Nastąpiła długa pauza.

— I brakło ci mnie? — zapytała Connie.

— Byłem rad, że jesteś daleko od tej całej historii.

Znowu nastąpiła pauza.

— Ale ludzie uwierzyli w to, o tobie i o mnie?

— Nie, jestem przekonany, że ani przez chwilę nie wierzyli.

— A Clifford?

— Powiedziałbym raczej, że nie. Odsunął to od siebie, nie zastanawiając się nad tym. Ale oczywiście wzbudziło to w nim pragnienie, abym się jak najszybciej wyniósł na koniec świata.

— Będę miała dziecko.

Wszelki wyraz znikł zupełnie z jego twarzy, z całego jego ciała. Spojrzał na nią pociemniałymi oczyma, oczyma, których spojrzenia Connie zupełnie nie mogła zrozumieć: jak gdyby ciemno-płomienny duch spoglądał na nią.

— Powiedz, że się cieszysz! — błagała, sięgając po jego rękę.

I ujrzała budzącą się w nim radość. Ale radość ta była spętana siecią rzeczy, których Connie nie rozumiała.

— Idzie mi tylko o przyszłość — rzekł Mellors.

— Ale nie cieszysz się? — nalegała Connie.

— Czuję taką okropną nieufność wobec przyszłości!

— Nie troszcz się o jakąś odpowiedzialność. Clifford chętnie uznałby to dziecko za swoje. Byłby rad.

Zobaczyła, jak Mellors pobladł i wzdrygnął się na dźwięk jej słów. Nie odpowiedział.

— Czy mam powrócić do Clifforda i obdarzyć Wragby nowym baronetem? — zapytała Connie.

Mellors spojrzał na nią, blady i bardzo daleki. Brzydki uśmieszek przemknął po jego twarzy.

— Nie musiałabyś mu powiedzieć, kto jest ojcem dziecka?

— O! — rzekła Connie. — Gdybym chciała, przyjąłby dziecko i tak.

Mellors myślał przez chwilę.

— Tak! — rzekł wreszcie, jakby do siebie. — Przypuszczam, że przyjąłby.

Zapanowało milczenie. Wielka przepaść ziała między nimi.

— Ale ty przecież nie chcesz, żebym powróciła do Clifforda? — zapytała Connie.

— Czego chcesz ty sama?

— Chcę żyć z tobą — odpowiedziała Connie po prostu.

Wbrew jego woli małe płomyki przemknęły po jego ciele, kiedy usłyszał te słowa. Spuścił głowę. Potem spojrzał na nią znowu tymi zaszczutymi oczyma.

— Jeżeli ci o to idzie... — rzekł. — Ja nie posiadam nic.

— Posiadasz więcej niż większość mężczyzn. Wiesz przecież o tym.

— Poniekąd wiem. — Milczał przez chwilę, zastanawiając się. Potem ciągnął: — Ludzie powiadają, że mam w sobie za wiele z kobiety. Ale to nie to. Nie jestem jeszcze babą dlatego, że nie chcę strzelać do zwierzyny ani że nie mam ochoty robić pieniędzy i szukać kariery. W wojsku mogłem sobie łatwo poradzić. Ale nie lubiłem wojska. Chociaż z żołnierzami dawałem sobie doskonale radę. Moi ludzie lubili mnie. I czuli przede mną niepohamowany strach, kiedy się stawałem dziki. Nie, właśnie ta otępiająca, zabójcza, wyższa siła rozkazywania czyniła wojsko czymś martwym, absolutnie martwym absurdem. Lubię mężczyzn, a mężczyźni mnie lubią. Ale nie mogę znieść małostkowej, władczej bezczelności ludzi, którzy rządzą naszym światem. Dlatego nie mogę się posunąć naprzód. Nienawidzę bezwstydu pieniądza i nienawidzę bezwstydu ambicji klasowej. Cóż ja na takim świecie mogę ofiarować kobiecie?

— Ale po co jej coś ofiarować? To przecież nie handel. Kochamy się przecież — rzekła Connie.

— Nie, nie! To coś więcej niż to. Życie jest ruchem, i to ruchem naprzód. Moje życie nie chce płynąć we właściwym korycie. Po prostu nie chce. Dlatego też jestem czymś w rodzaju spartaczonej egzystencji. Nie przystoi mi więc wciągać do swego życia kobiety, jeżeli życie moje nie dokona czegoś i nie osiągnie czegoś, przynajmniej wewnętrznie, aby nas oboje utrzymać w rześkości. Mężczyzna musi zaofiarować kobiecie jakikolwiek sens w życiu, jeżeli mają wieść razem odosobnione życie, a ona jest prawdziwą kobietą. Nie mogę być tylko po prostu twoją męską konkubiną.

— Dlaczego nie? — wtrąciła Connie.

— Dlaczego? Ponieważ nie potrafię. A i ty znienawidziłabyś to rychło.

— Więc nie mógłbyś mi zaufać? — zawołała Connie.

Uśmiech przemknął po jego twarzy.

— Pieniądze są twoje, pozycja towarzyska jest twoja, decyzja zależy od ciebie. Nie jestem przecież ostatecznie tylko obłapiaczem jaśnie pani102.

— A czym jesteś?

— Ty możesz o to pytać! Niewątpliwie trudno to zrozumieć. Ale dla siebie przynajmniej jestem czymś. Ja widzę sens własnego życia, chociaż pojmuję doskonale, że nikt inny go nie widzi.

— A czy życie twoje będzie miało mniej sensu, jeżeli będziesz żył ze mną?

Mellors zrobił długą pauzę, zanim odpowiedział:

— Możliwe.

I ona zamilkła, aby się nad tym zastanowić.

— A jaki jest sens twego życia? — zapytała wreszcie.

— Powiadam ci przecież, że jest niewidoczny. Nie wierzę w świat, ani w pieniądz, ani w karierę, ani w przyszłość naszej cywilizacji. Jeżeli już koniecznie ludzkość ma mieć jakąś przyszłość, potrzebna będzie olbrzymia zmiana wszystkiego, co dzisiaj istnieje.

— A jak będzie musiała wyglądać ta prawdziwa przyszłość?

— Bóg wie! Ja czuję to w sobie trochę, ale wszystko pomieszane ze sporą dozą wściekłości. Do czego to jednak naprawdę zmierza, nie wiem.

— Czy mam ci powiedzieć? — zapytała Connie, spoglądając w jego twarz. — Czy mam ci powiedzieć, co ty posiadasz, a czego nie posiadają inni mężczyźni, i co wpłynie na ukształtowanie przyszłości? Czy mam ci to powiedzieć?

— Powiedz mi — rzekł Mellors.

— Idzie tu o odwagę czułości; ona to przejawia się właśnie wtedy, kiedy kładziesz rękę na tylną część mego ciała i mówisz, że mam piękny tyłek.

Przelotny uśmiech ukazał się znowu na jego twarzy.

— Ach, to! — rzekł.

Potem popadł znowu w zadumę.

— Tak! — ciągnął. — Masz rację. Tak jest naprawdę. Tak było zawsze. Doświadczyłem też tego w stosunku do moich ludzi. Musiałem być ze swoimi żołnierzami w kontakcie, fizycznie, i nie odstępować od tego. Musiałem ich sobie cieleśnie uświadamiać i być dla nich trochę czułym, nawet kiedy ich łajałem. Jest to kwestia zbudzonej świadomości, jak powiada Budda. Ale i on zmykał przed cielesną świadomością i przed ową naturalną czułością fizyczną, która jest rzeczą najlepszą, nawet wśród mężczyzn; we właściwy, męski sposób. To ich czyni prawdziwymi mężczyznami, nie takimi pajacami. Tak! Czułość, to prawda! Jest to w istocie nic innego, jak świadomość płciowa. Seksualizm jest właściwie tylko kontaktem, najściślejszym kontaktem. I tego się właśnie boimy, kontaktu. Jesteśmy na wpół tylko świadomi i na wpół tylko żywi. Musimy się stać żywi i świadomi. Ludzie muszą wejść wzajemnie w kontakt i stać się trochę czulsi. To nasza najżywotniejsza potrzeba.

Connie spojrzała na niego.

— Więc dlaczego lękasz się mnie? — zapytała.

Spoglądał na nią długo, zanim odpowiedział.

— Lękam się właściwie twoich pieniędzy i twojej pozycji. Obawiam się świata, który jest w tobie.

— Ale czyż we mnie nie ma czułości? — zapytała Connie z zadumą.

Mellors patrzał na nią zasępionym, nieprzytomnym wzrokiem.

— Owszem! Odchodzi ona i przychodzi, jak u mnie.

— Ale czy nie możesz jej zaufać w stosunkach pomiędzy tobą a mną? — zapytała Connie, spoglądając na niego z zalęknieniem. Widziała, jak duch jego stawał się zupełnie łagodny i zrzucał swój pancerz.

— Może! — odpowiedział.

Potem zamilkli oboje.

— Chcę, abyś mnie trzymał w ramionach — rzekła Connie. — Chcę, abyś mi mówił, że się cieszysz z dziecka, które będziemy mieli.

Wyglądała tak pięknie, tak gorąco i poważnie! Dusza jego rwała się do niej.

— Myślę, że możemy iść do mojego pokoju — rzekł. — Chociaż jest to znowu coś skandalicznego.

Ale ona ujrzała, jak owładnęło nim znowu zapomnienie świata, ujrzała, jak twarz jego przybrała łagodny, czysty wyraz czułej namiętności.

Poszli przez opustoszałe ulice na Coburg Square, gdzie miał na najwyższym piętrze pokoik, mansardę, w której na gazowej kuchence sam sobie przyrządzał jedzenie. Mieszkanko było małe, ale czyste i porządne.

Rozebrała się i skłoniła go, by zrobił to samo. Była piękna w delikatnie zarysowanym, pierwszym okresie ciąży.

— Powinienem zostawić cię samą — powiedział.

— Nie! — odpowiedziała. — Kochaj mnie! Kochaj mnie i powiedz, że mnie zatrzymasz przy sobie. Powiedz, że mnie zatrzymasz! Powiedz, że nigdy nie pozwolisz mi odejść, ani do świata, ani do nikogo.

Przyczołgała się blisko niego, przywierając do jego szczupłego, silnego, nagiego ciała, jedynego domu, jaki kiedykolwiek znała.

— Toż zastawia cie przi sie — powiedział. — Jeźli tego chcesz, to cie zastawia.

Objął ją ciasno i mocno.

— I powiedz, że cieszysz się z dziecka — powtórzyła. — Pocałuj je! Pocałuj moje łono i powiedz, że cieszysz się, że tam jest.

Ale to było dla niego trudniejsze.

— Boja sie przikludzać dzieci na tyn świat — powiedział. — Tak barzo boja sie ło jejich prziszłość.

— Ale ty mi je dałeś. Bądź dla niego czuły, a to już będzie jego przyszłość. Pocałuj je!

Zadrżał, bo to była prawda.

— Bądź dla niego czuły, a to będzie jego przyszłość.

W tym momencie poczuł czystą miłość do kobiety. Pocałował jej brzuch i wzgórek Wenus, aby pocałować blisko łona i płodu w łonie.

— Och, kochasz mnie! Kochasz mnie! — powiedziała, wydając okrzyk przypominający jeden z jej ślepych, nieartykułowanych krzyków miłosnych.

A on wszedł w nią delikatnie, czując strumień czułości płynący z jego trzewi do jej, rozpalonych trzewi współodczuwania między nimi. I zdał sobie sprawę, że kiedy w nią wchodzi, jest to właśnie to, co musi zrobić, być w czułym kontakcie, nie tracąc przy tym swojej dumy, godności ani integralności jako mężczyzna. W końcu, jeśli ona miała pieniądze i środki, a on ich nie miał, powinien być zbyt dumny i honorowy, by z tego powodu powstrzymywać swą czułość do niej.

„Opowiadam się za dotykiem cielesnej świadomości między istotami ludzkimi — powiedział do siebie — i za dotykiem czułości. A ona jest moją partnerką. I to jest bitwa przeciwko pieniądzom, maszynom i bezmyślnej, idealnej małpowatości świata. A ona stanie w niej za mną. Dzięki Bogu, że mam kobietę! Dzięki Bogu mam kobietę, która jest ze mną, jest czuła i świadoma mnie. Dzięki Bogu, że nie jest tyranem ani głupcem. Dzięki Bogu jest czułą, świadomą kobietą”.

A gdy wytrysło w niej jego nasienie, jego dusza również wytrysła ku niej, w twórczym akcie, który jest czymś więcej niż tylko aktem prokreacji.

Connie zadecydowała teraz stanowczo, że między nim a nią nie nastąpi już rozłąka. Trzeba było tylko znaleźć jeszcze środki i drogi.

— Czy nienawidziłeś Berty Coutts? — zapytała go.

— Nie mów o niej.

— Owszem! Musisz mi pozwolić mówić. Ponieważ ją niegdyś lubiłeś. I byłeś z nią niegdyś tak zbliżony, jak teraz ze mną. Musisz mi to więc powiedzieć. Czy to nie straszne tak ją nienawidzić, gdy niegdyś byłeś z nią zbliżony? Dlaczego tak jest?

— Nie wiem. Wola jej była niejako zawsze skierowana przeciwko mnie, zawsze, zawsze. Jej ohydna, kobieca wola, jej wolność! Potworna wolność kobiety, kończąca się najplugawszym tyraństwem! O, broniła zawsze swojej wolności przede mną, jakby mi oblewała twarz witriolem.

— Ale ona i teraz jeszcze nie jest od ciebie wolna. Kocha cię jeszcze?

— Nie, nie! Jeżeli nie jest jeszcze wolna ode mnie, to przyczyna polega na tym, że opętana jest tym obłąkanym szaleństwem, iż musi mnie tyranizować.

— Ale musiała cię przecież kiedyś kochać!

— Nie! A może tak, od czasu do czasu. Czuła do mnie pociąg. Myślę, że nienawidziła nawet tego uczucia. Chwilami kochała mnie. Ale cofała to zawsze i próbowała mnie tyranizować. Najgłębszym jej pragnieniem było tyranizować mnie i pod tym względem niepodobna było jej zmienić. Wola jej od samego początku była zła.

— A może czuła, że ty jej prawdziwie nie kochałeś, i chciała cię do tego zmusić.

— Na Boga, diabelski to był sposób!

— Ale nie kochałeś jej w istocie, prawda? Wyrządziłeś jej tę krzywdę.

— Jakżebym mógł ją kochać? Zaczynałem właściwie. Zaczynałem ją kochać. Ale ona potrafiła mnie zawsze podburzyć do głębi. Nie, nie mówmy o tym! To było fatum. A ona była kobietą, która musiała się sama dla siebie stać fatum. Ostatnim razem byłbym ją zastrzelił jak dzikiego kota, gdyby mi było wolno. Oszalałe, złowieszcze stworzenie w postaci kobiety! Gdybymż był ją zastrzelił i zakończył w ten sposób całą tę nikczemność! To powinno być dozwolone. Jeżeli kobieta jest na wskroś opętana własną wolą, własną samowolą, która przeciwstawia się wszystkiemu, to to jest rzecz okropna. Powinno się ją zastrzelić.

— A czy nie powinno się zastrzelić także mężczyzny, którego wola stała się opętaniem?

— Tak! Tak samo! Ale muszę się od niej uwolnić, bo spadnie mi znowu na kark. Chciałem ci to powiedzieć. Muszę osiągnąć rozwód, w jakikolwiek sposób się da. Dlatego musimy być ostrożni. Nie możemy pokazywać się razem. Nie zniósłbym tego nigdy, nigdy, gdyby ona zaskoczyła ciebie i mnie.

Connie zastanowiła się nad tym.

— Więc nie moglibyśmy żyć razem? — zapytała.

— W ciągu najbliższych sześciu miesięcy nie, aż ostateczne rozwiązanie małżeństwa uprawomocni się. Myślę jednak, że uzyskam rozwód już we wrześniu. Więc potem do marca.

— Ale dziecko przyjdzie na świat prawdopodobnie w końcu lutego — rzekła Connie.

Mellors milczał.

— Pragnę niemal, aby Clifford i Berta nie żyli — powiedział wreszcie.

— Nie nazwałabym tego czułością.

— Czułość? O, tak, największą czułością, jaką można by im okazać, byłoby może nawet zadać im śmierć. Oni nie potrafią żyć! Trwonią tylko życie! Dusze ich są przeraźliwe. Śmierć powinna być dla nich słodka. A ja powinienem mieć prawo zastrzelenia ich.

— Ale nie zrobiłbyś tego — rzekła Connie.

— Zrobiłbym! I z mniejszymi skrupułami, niż kiedy zabijam łasicę. Zwierzę ma przynajmniej jakiś wdzięk i jest samotnym stworzeniem. Ale ich jest legion. O, powystrzelałbym ich!

— W takim razie lepiej może, że nie śmiesz.

— Owszem.

Connie miała teraz dość materiału do myślenia. Jasne było, że Mellors chciał się zupełnie uwolnić od Berty Coutts. A ona czuła, że miał rację: ostatni atak był zbyt dziki. Znaczyło to, że do wiosny będzie musiała żyć sama. Może będzie mogła rozwieść się z Cliffordem. Ale jak? Gdyby wymieniono przy tym Mellorsa, udaremniłoby to jego rozwód. Jakie to ohydne! Czyż nie można było po prostu odejść na drugi koniec świata i być wolnym od tego wszystkiego?

Nie można było. Drugi koniec świata był dzisiaj oddalony o niespełna pięć minut drogi od Charing Cross. Póki działało radio, nie istniał drugi koniec świata. Królowie dahomejscy i lamowie tybetańscy słyszeli Londyn i New York.

Cierpliwości! Cierpliwości! Świat był potwornym i przeraźliwym splotem mechanicznego zamętu i trzeba było wielkiej ostrożności, aby nie zostać przezeń rozszarpanym.

Connie zwierzyła się ojcu.

— Widzisz, ojcze, był to leśniczy Clifforda. Ale dawniej był oficerem armii indyjskiej. Teraz jest czymś w rodzaju pułkownika C. E. Florence’a, który wolał zostać znowu zwyczajnym żołnierzem.

Ale Sir Malcolm nie żywił sympatii dla nierozważnych poczynań słynnego C. E. Florence’a. Poza tą pokorą dostrzegał zbyt wiele reklamy. Wyglądało to zupełnie tak samo, jak ów rodzaj zarozumiałości, którego knight najbardziej nie lubił, arogancja samoponiżenia.

— Skąd pochodzi twój leśniczy? — zapytał Sir Malcolm zdenerwowany.

— Jest synem górnika z Tevershall. Ale jest niezmiernie dzielny.

Uszlachconego artystę zirytowało to jeszcze bardziej.

— To mi wygląda na poszukiwacza złota — rzekł. — A ty jesteś niewątpliwie piękną kopalnią.

— Nie, ojcze, tak nie jest. I wiedziałbyś o tym na pewno, gdybyś go zobaczył. To jest mężczyzna. Clifford nigdy nie mógł go znieść, ponieważ nie był pokorny.

— Najwidoczniej posiadał kiedyś właściwy instynkt.

Rzeczą, której Sir Malcolm nie mógłby ścierpieć w tym wszystkim, był skandal, że jego córka miała stosunek z leśniczym. Stosunku nie brał jej za złe, tylko skandal.

— Nie mam nic przeciwko temu chłopakowi. Zdołał widocznie podejść do ciebie z właściwej strony. Ale, na Boga, pomyślże o tej całej gadaninie! Pomyśl o swojej macosze, co ona na to powie!

— Wiem — odpowiedziała Connie. — Plotka jest czymś ohydnym. Zwłaszcza jeżeli się żyje w społeczeństwie. A jemu niezmiernie zależy na tym, żeby dostać rozwód. Pomyślałam, że może podać kogoś innego jako ojca dziecka i nie wymieniać wcale nazwiska Mellorsa.

— Kogoś innego? Kogo?

— Może Duncana Forbesa. Przez całe życie był naszym przyjacielem. Jest dość znanym artystą. I lubi mnie.

— A niechże mnie licho porwie! Biedny Duncan! A co on ma z tego mieć?

— Nie wiem. Ale może mu to nawet będzie bardzo miłe.

— Myślisz, że mu to będzie miłe? No, zabawny z niego człowiek, jeżeli mu to będzie miłe! Nie miałaś z nim przecież nawet stosunku, czy też tak?

— Nie! Ale on też tego naprawdę nie pragnie. Lubi tylko, żebym była blisko niego, ale nie żebym go dotykała.

— Boże, co za pokolenie!

— Najbardziej byłby rad, gdybym mu pozowała. Ale ja nigdy nie chciałam.

— Pomóż mu Boże! Ale wygląda on na to, jakby był do wszystkiego zdolny.

— W każdym razie nie przejąłbyś się tym zbytnio, gdyby plotka odnosiła się do niego?

— Na Boga, Connie, co za wstrętne machinacje!

— Wiem! To ohydne! Ale cóż mi pozostaje innego?

— Wszystkie te machinacje i wybiegi, wybiegi i machinacje! Aż człowiek ma wrażenie, że żył za długo!

— Widzisz, ojcze, gdybyś ty sam nie posiłkował się w życiu do woli takimi machinacjami i wybiegami, mógłbyś o tym mówić.

— To było inaczej, zapewniam cię.

Zawsze jest inaczej.

Hilda przyjechała do Londynu i wpadła we wściekłość, kiedy się dowiedziała o nowym rozwoju wypadków. I ona nie mogła po prostu znieść myśli o publicznym skandalu, którego przedmiotem miała się stać jej siostra i leśniczy. Naprawdę, to zbyt poniżające!

— Dlaczego nie mielibyśmy po prostu, każde z oddzielna, zniknąć, wyjechać do Kolumbii Brytyjskiej, zupełnie bez skandalu? — powiedziała Connie.

Ale to było na nic. Skandal i tak by wybuchnął. A jeśli Connie miała pójść za tym człowiekiem, to już lepiej, żeby mogła wyjść za niego. Takie było zdanie Hildy. Sir Malcolm nie był przekonany. Afera mogła jeszcze przeminąć.

— Czy nie chcesz go poznać, ojcze?

Biedny Sir Malcolm! W najmniejszej mierze nie zależało mu na tym. I biedny Mellors! Jemu jeszcze mniej na tym zależało. Ale spotkanie nastąpiło jednak: obiad w prywatnych salonach klubu; dwaj panowie sami, obserwujący się wzajemnie od stóp do głowy.

Sir Malcolm pił sporo whisky, Mellors pił także. I przez cały czas rozmawiali o Indiach, które leśniczy znał doskonale.

Trwało to póty, póki jedli. Dopiero gdy podano kawę i kelner wyszedł, Sir Malcolm zapalił cygaro i rzekł serdecznie:

— No, młodzieńcze, jakże tam jest z moją córką?

Uśmiech przemknął po twarzy Mellorsa.

— A cóż ma z nią być, Sir?

— W każdym razie zrobił pan jej dziecko!...

— Miałem ten zaszczyt! — uśmiechnął się Mellors.

— Zaszczyt, na Boga! — Sir Malcolm parsknął śmiechem i stał się szkocki i sprośny. — Zaszczyt! Jak było, co? Dobrze, mój chłopcze, co?

— Dobrze!

— Założę się, że tak! Ha, ha! Moja córka, stary wyga, co! Sam nigdy nie cofnąłem się przed dobrym rżnięciem. Chociaż jej matka, och, wszyscy święci! — Przewrócił oczami do nieba. — Ale rozgrzałeś ją, och, rozgrzałeś ją, widzę to. Ha, ha! Moja krew w niej! Podpaliłeś jej stóg siana. Ha, ha, ha! Cieszyłem się z tego, mogę ci powiedzieć. Potrzebowała tego. Och, to miła dziewczyna, to miła dziewczyna i wiedziałem, że będzie dobra, jeśli tylko jakiś cholerny facet podpali jej stóg! Ha, ha, ha! Leśniczy, mój chłopcze! Cholernie dobry kłusownik, moim zdaniem. Ha, ha! Ale teraz, poważnie mówiąc, cóż poczniemy? Poważnie mówiąc, rozumie pan?

Poważnie mówiąc, nie zaszli daleko. Mellors, choć nieco podchmielony, był znacznie trzeźwiejszy z nich dwóch. Starał się, by rozmowa była na tyle inteligentna, jak to tylko możliwe: to znaczy nie mówił zbyt wiele.

— Więc jesteś leśniczym! O, masz rację! Taka gra jest warta zachodu dla mężczyzny, co? Test na kobiety jest taki, żeby ją uszczypnąć w tyłek. Już po dotyku jej tyłka możesz wiedzieć, czy będzie dobrze. Ha, ha! Zazdroszczę ci, mój chłopcze. Ile masz lat?

— Trzydzieści dziewięć.

Knight uniósł brwi.

— Aż tyle! Cóż, wyglądasz na dobre dwadzieścia parę. O, leśniczy czy nie, ale niezły z ciebie kogucik103. Widzę to z zamkniętym jednym okiem. Nie tak jak ten cholerny Clifford! Krzyżówka liliji i ogara, a nigdy nie uprawiał seksu, nigdy. Lubię cię, mój chłopcze, zakładam się, że masz niezłego dorsza; o, z ciebie ostry kogucik, widzę to. Jesteś wojownikiem. Leśniczy! Ha, ha, to ci dopiero, nie powierzyłbym ci swojego lasku! Ale słuchaj, poważnie, co z tym zrobimy? Świat jest pełen przeklętych starych bab.

Poważnie mówiąc, nie doszli do niczego poza starym wolnomularstwem męskiej zmysłowości

— Tak, młodzieńcze, a jeżelibym mógł kiedykolwiek coś dla pana zrobić, niech pan na mnie polega! Leśniczy! Jezu Chryste, to doskonałe! Podoba mi się to! O, podoba mi się to! Dowodzi to, że dziewczyna ma ikrę. Co? Ostatecznie, widzi pan, ona ma własny dochód. Skromny, skromny, ale od głodu uchroni. A ja jej pozostawię, co posiadam. Dalibóg, tak zrobię! Zasłużyła sobie na to tym, że miała ikrę w tym świecie starych bab. Ja się mozoliłem siedemdziesiąt lat, żeby się uwolnić od spódnic starych bab, i jeszcze tego nie dopiąłem. Ale pan jest odpowiednim do tego mężczyzną, widzę to doskonale.

— Rad jestem, że pan tak sądzi. Zazwyczaj ludzie dają mi do zrozumienia, że jestem idiotą.

— O, wierzę panu! Drogi przyjacielu, czymże mógłby pan być dla tych starych bab, jak nie idiotą?

Rozstali się niezmiernie serdecznie, a Mellors przez resztę dnia uśmiechał się do siebie.

Następnego dnia zjadł obiad z Connie i Hildą w zacisznym lokalu.

— Wielka szkoda, że z tego wszystkiego wynikła taka brzydka sytuacja — rzekła Hilda.

— Miałem z tego dużo przyjemności — odpowiedział Mellors.

— Wierzę, ale mogliście się powstrzymać od płodzenia życia, aż będziecie oboje wolni, żeby się móc pobrać i mieć dzieci.

— Pan Bóg trochę za wcześnie rozdmuchał iskrę — rzekł Mellors.

— Myślę, że Pan Bóg nie miał z tym nic wspólnego. Connie ma oczywiście dość pieniędzy, żebyście się mogli oboje utrzymać, ale sytuacja jest nie do zniesienia.

— Pani jednak ma z tym ostatecznie bardzo mało wspólnego — odpowiedział Mellors.

— Gdyby pan przynajmniej należał do tej samej klasy, co Connie!

— Albo gdybym siedział w klatce Ogrodu Zoologicznego.

Nastąpiło milczenie.

— Myślę — rzekła Hilda — że najlepiej będzie, jeżeli się z tym połączy nazwisko jakiegoś innego mężczyzny, a pana pominie się zupełnie.

— Myślałem jednak, że się już z tą sprawą dość mocno związałem.

— Mam na myśli proces rozwodowy.

Mellors spojrzał na nią zdumiony. Connie nie odważyła się opowiedzieć mu o planie z Duncanem.

— Niezupełnie panią rozumiem — rzekł.

— Mamy przyjaciela, który prawdopodobnie zgodziłby się być wymienionym jako współwinny, tak że nazwisko pańskie wcale nie byłoby wspomniane — wyjaśniła Hilda.

— Ma pani na myśli innego mężczyznę?

— Oczywiście!

— Ale przecież ona nie ma innego!

Spojrzał ze zdziwieniem na Connie.

— Nie, nie! — rzekła Connie szybko. — To tylko stara przyjaźń, zupełnie zwyczajna przyjaźń, nie miłość.

— Więc dlaczego ten człowiek miałby brać winę na siebie? Jeżeli nic z ciebie nie miał?

— Niektórzy mężczyźni są rycerscy i nie obliczają tylko, co z kobiety mieli — rzekła Hilda.

— Aluzja do mnie, hę? Ale kim jest ten ptaszek?

— Przyjaciel, którego od młodości znamy w Szkocji, malarz.

— Duncan Forbes! — rzekł Mellors natychmiast, gdyż Connie opowiadała mu o nim. — Więc na niego chcecie zwalić winę?

— Mogliby zamieszkać razem w jakimś hotelu albo po prostu przenocować w jego mieszkaniu.

— Zdaje mi się, że to za wiele kłopotu o nic — rzekł Mellors.

— Więc co pan proponuje? — zapytała Hilda. — Jeżeli pańskie nazwisko zostanie wymienione, nie dostanie pan rozwodu z żoną, która jest podobno niezbyt sympatyczną osóbką i z którą najlepiej byłoby nie mieć nic do czynienia.

— To prawda — rzekł Mellors niechętnie.

Nastąpiło długie milczenie.

— Moglibyśmy po prostu zniknąć z Anglii — rzekł.

— Connie zniknąć nie może — odpowiedziała Hilda. — Clifford jest zbyt znany.

Znowu milczenie pełne beznadziejnych myśli.

— Świat jest taki, jaki jest. Jeżeli chcecie żyć razem, nie narażając się na prześladowanie, musicie się pobrać. Żeby się ożenić, musicie być oboje rozwiedzeni. Więc jak to chcecie urządzić?

Mellors milczał przez dłuższy czas.

— A jak pani chce to dla nas urządzić? — zapytał wreszcie.

— Zobaczymy, czy Duncan zgodzi się figurować jako współwinny. Potem musimy skłonić Clifforda, żeby wystąpił przeciwko Connie z procesem rozwodowym. Pan musi tymczasem dalej starać się o swój rozwód. I oboje musicie żyć w odosobnieniu, póki nie będziecie wolni.

— To wygląda zupełnie jak dom wariatów.

— Możliwe! A świat będzie was też uważał za wariatów albo za coś gorszego jeszcze.

— Za co gorszego jeszcze?

— Prawdopodobnie za przestępców.

— Spodziewam się, że mogę wobec tego kilka razy żgnąć sztyletem — rzekł Mellors z uśmiechem.

Potem zamilkł zły.

— No, dobrze! — rzekł wreszcie. — Godzę się na wszystko. Świat jest oszalałym kretynem, którego żaden człowiek nie zgładzi. Oczywiście zrobię, co tylko będę mógł. Ale ma pani rację. Musimy się ratować, jak możemy.

Spojrzał na Connie, upokorzony, gniewny, rozżalony i przygnębiony.

— Dziewuszko moja! — rzekł. — Świat szykuje się już, żeby ci nasypać soli na ogon.

— Chyba, że mu nie pozwolimy — odpowiedziała Connie.

Przejmowała się ona mniej niż on tymi podstępami w stosunku do świata.

Duncan, kiedy mu wyłuszczono propozycję, nalegał także, że chce poznać winowajcę leśniczego. Nastąpiła więc kolacja, tym razem w mieszkaniu malarza: wszyscy czworo. Duncan Forbes był przysadzistym, barczystym, ciemnoskórym, milczącym Hamletem o gładkich, czarnych włosach, odznaczającym się niesamowitym zarozumialstwem celtyckim. Malowidła jego składały się z samych rur i wentyli, i spirali, i dziwnych barw, ultramodernistycznych, ale odznaczających się jednak pewną siłą, nawet pewną czystością formy i tonu: tylko Mellors uważał je za okropne i odrażające. Nie pozwolił sobie jednak tego powiedzieć, gdyż Duncan był niemal obłąkany na punkcie swojej sztuki; była ona dla niego osobistym kultem, osobistą religią.

Obejrzeli obrazy w pracowni, a Duncan skierował swoje nieco maławe, brunatne oczy na drugiego mężczyznę. Chciał usłyszeć, co leśniczy powie o jego obrazach. Sądy Connie i Hildy już znał.

— To jest niby ekstrakt morderstwa — rzekł wreszcie Mellors; tego wyrażenia nie spodziewałby się Duncan w ustach leśniczego.

— A kto jest mordowany? — zapytała Hilda bardzo szyderczo i chłodno.

— Ja! To zabija w człowieku wszelki ślad współczucia.

Fala najczystszej nienawiści wypłynęła z malarza. W głosie leśniczego usłyszał ton odrazy i pogardy. Uczuł wstręt na wspomnienie współczucia. Chorobliwy sentymentalizm!

Mellors stał szczupły i wysmukły i spoglądał na obrazy z migoczącą obojętnością, przypominającą trochę taniec latającego po pokoju mola.

— Może mordowana jest głupota, sentymentalna głupota — zadrwił malarz.

— Sądzi pan? Ja myślę, że te wszystkie rury i linie faliste są dostatecznie głupie i niemało sentymentalne. Zdradzają one wiele ubolewania nad sobą i przeraźliwie wiele nerwowego zarozumialstwa. Tak się mnie wydaje.

Twarz malarza pożółkła w nowej fali nienawiści. Jednakże z jakąś milczącą pychą odwrócił obrazy do ściany.

— Sądzę, że możemy przejść do jadalni — rzekł.

Wszyscy przeszli przygnębieni.

Po czarnej kawie Duncan rzekł:

— Nie mam nic przeciwko temu, żeby się podać za ojca dziecka Connie, ale tylko pod tym warunkiem, że ona będzie mi w zamian pozowała. Od lat pragnąłem tego, ale Connie odmawiała mi stale.

Wypowiedział to z ponurą stanowczością inkwizytora, który ogłasza auto-da-fé.

— Aha! — rzekł Mellors. — Więc robi pan to warunkowo?

— Oczywiście! Zrobię to tylko pod tym warunkiem.

Malarz usiłował wyrazić w swoich słowach najwyższą pogardę dla leśniczego. Wyrażał jej trochę za wiele.

— Powinien by pan jednocześnie wziąć sobie i mnie jako model — rzekł Mellors. — Może by pan namalował od razu grupę: Wulkan i Wenus w sieci Sztuki. Byłem niegdyś kowalem, zanim zostałem leśniczym.

— Dziękuję panu — odpowiedział malarz. — Nie sądzę, aby Wulkan posiadał akt, który by mnie zainteresował.

— Nawet gdyby został uformowany w rury i odpowiednio wyczyszczony?

Nie otrzymał odpowiedzi. Malarz był zbyt wyniosły i zbyt dostojny, żeby trwonić dalsze słowa.

Był to ponury wieczór, podczas którego malarz stale ignorował obecność drugiego mężczyzny i krótkimi tylko zdaniami przemawiał do pań, jak gdyby słowa te wyrywane były z głębin jego posępnej powagi.

— Duncan nie podoba ci się, ale on nie jest właściwie tak zły. Jest to naprawdę dobry człowiek — powiedziała Connie, kiedy odeszli.

— To jest małe, czarne szczenię z falistolinijnym defektem — odpowiedział Mellors.

— Nie, dzisiaj nie był miły.

— I chcesz mu rzeczywiście pozować?

— O, dzisiaj naprawdę nie mam już nic przeciwko temu. Nie dotknie mnie. A ja się niczym nie przejmuję, jeżeli stanowi to tylko dla ciebie i dla mnie drogę do wspólnego życia.

— Ale on cię przecież tylko splugawi na płótnie.

— Wszystko mi jedno. Namaluje tylko swoje własne uczucia dla mnie, a ja sobie z tego nic nie robię. Nie pozwoliłabym się dotknąć przez niego za nic w świecie. Ale jeżeli mu się zdaje, że może dokonać czegoś swoim sowim, artystycznym gapieniem się, pozwól mu się gapić. Może ze mnie zrobić tyle pustych rur i linii falistych, ile mu się tylko spodoba. Jego strata. Znienawidził cię, bo powiedziałeś, że jego rurowata sztuka jest sentymentalna i zarozumiała. Ale to oczywiście prawda.