Rozdział dziewiętnasty
„Kochany Cliffordzie, obawiam się, że to, co przewidywałeś, stało się. Jestem naprawdę zakochana w innym mężczyźnie i mam nadzieję, że zgodzisz się na rozwód ze mną. Mieszkam obecnie z Duncanem w jego mieszkaniu. Doniosłam Ci, że był on z nami razem w Wenecji. Jestem okropnie nieszczęśliwa ze względu na Ciebie. Ale proszę Cię, spróbuj przyjąć to spokojnie. Naprawdę już mnie nie potrzebujesz, a ja nie mogę znieść myśli o powrocie do Wragby. Jest mi niezmiernie przykro. Ale proszę Cię, spróbuj mi przebaczyć, rozwiedź się ze mną i znajdź sobie kogoś lepszego. Rzeczywiście nie jestem człowiekiem odpowiednim dla Ciebie. Prawdopodobnie dlatego, że jestem zbyt niecierpliwa i egoistyczna. Ale nie mogę już powrócić i żyć z Tobą. I jest mi naprawdę okropnie przykro ze względu na Ciebie. Ale jeżeli się nie dasz unieść podnieceniu, przekonasz się, że nie będziesz tym tak bardzo przejęty. W istocie nie zależało Ci wcale na mnie osobiście. Więc wybacz mi, proszę, i uwolnij się ode mnie”.
Kiedy Clifford otrzymał ten list, wewnętrznie nie był zaskoczony. Wewnętrznie wiedział od dłuższego czasu, że Connie opuściła go. Ale wzbraniał się stanowczo przed jakimkolwiek zewnętrznym przyznaniem. To też zewnętrznie stało się to dla niego najokropniejszym ciosem. Dotychczas utrzymywał powierzchnię swego zaufania do Connie zupełnie niezmąconą.
Tacy właśnie jesteśmy. Siłą woli odcinamy swój wewnętrzny intuicyjny obraz od obrazu świadomego, który sobie samym wyznajemy. Wywołuje to jakiś stan trwogi lub przeczucia, wskutek którego cios, kiedy istotnie spada, staje się dziesięćkroć boleśniejszy.
Clifford był niby histeryczne dziecko. Nabawił panią Bolton nieopisanego strachu, gdy nagle siadł na łóżku, śmiertelnie blady, z twarzą bez wyrazu.
— Sir Cliffordzie, co się stało?
Nie ma odpowiedzi!
W przerażeniu pomyślała, że może dostał ataku sercowego. Podbiegła do niego, dotykając jego twarzy i macając puls.
— Czy pana coś boli? Niechże pan spróbuje powiedzieć mi, gdzie pana boli! Niechże pan mówi!
Nie ma odpowiedzi!
— O Boże, o Boże! Zatelefonuję zaraz do Sheffield, do doktora Carringtona, a doktor Lecky musi zaraz przyjść.
Była już blisko drzwi, gdy on krzyknął głuchym głosem:
— Nie!
Pani Bolton zatrzymała się i wlepiła w niego wzrok. Twarz jego była żółta i bez wyrazu, jak twarz półgłówka.
— Nie chce pan, żebym sprowadziła doktora?
— Nie! Nie potrzebuję go — zabrzmiał grobowy głos.
— Ach, Sir Cliffordzie! Ależ pan jest chory, a ja nie mogę brać na siebie odpowiedzialności. Muszę sprowadzić lekarza. Inaczej wszyscy mnie przypiszą winę.
Pauza. Potem głuchy głos rzekł:
— Nie jestem chory. Moja żona nie wróci.
Zdawało się, że mówi to posąg.
— Nie wróci? Ma pan na myśli jaśnie panią? — Pani Bolton zbliżyła się do łóżka. — O, niech pan tego nie mówi. Może pan polegać na jaśnie pani, ona wróci na pewno.
Posąg w łóżku nie zmienił wyglądu, podał jej tylko nad kołdrą list.
— Niech pani to przeczyta! — rzekł grobowy głos.
— Jeżeli to jest list od jaśnie pani, to jestem pewna, że jaśnie pani nie życzyłaby sobie, żebym czytała jej list do pana, Sir Cliffordzie. Jeżeli pan chce, może mi pan powiedzieć, co jaśnie pani pisze.
Ale twarz ze sterczącymi na niej nieruchomymi oczyma nie zmieniła się.
— Niech pani to przeczyta! — powtórzył głos.
— Jeżeli muszę, to zrobię to, żeby być panu posłuszną, Sir Cliffordzie — rzekła pani Bolton.
I przeczytała list.
— Naprawdę, dziwię się niezmiernie jaśnie pani — oznajmiła potem. — Przyrzekła przecież solennie, że wróci.
Twarz na łóżku przybrała jeszcze silniejszy wyraz dzikiej, ale nieruchomej rozpaczy. Pani Bolton widziała to i zaniepokoiła się. Wiedziała, co to jest: histeria męska. Pielęgnując żołnierzy, poznała tę niemiłą chorobę.
Sir Clifford niecierpliwił ją trochę. Każdy, kto miał zdrowe zmysły, musiał wiedzieć, że jego żona kochała innego i miała zamiar opuścić Wragby. Nawet Sir Clifford (była tego pewna) musiał to sobie w duchu uświadamiać, nie chciał tylko przyznać tego. Gdyby to wyznał wobec siebie i przygotował się do tego albo gdyby to wyznał wobec siebie i walczył ze swoją żoną, wówczas postąpiłby jak mężczyzna. Ale nie! On wiedział, a przez cały czas starał się jak dziecko udawać wobec siebie, że tak nie jest. Czuł ciągle, że diabeł wymachuje ogonem, a udawał, że to aniołki uśmiechają się do niego. Ten fałszywy stan sprowadził teraz kryzys fałszu, tę histerię, która była odmianą obłędu.
„Pochodzi to stąd — powiadała sobie pani Bolton w duchu, czując do niego lekką nienawiść — że myśli on zawsze tylko o sobie. Jest tak uwikłany w swoje nieśmiertelne »ja«, że gdy naprawdę spada na niego cios, spowity jest niby mumia we własne więzy. Wystarczy spojrzeć na niego”.
Ale histeria była niebezpieczna. A ona była pielęgniarką i obowiązkiem jej było ratować go. Wszelka próba pobudzenia jego męskości i jego dumy pogorszyłaby jeszcze jego stan: gdyż męskość jego była martwa, chwilowo, jeżeli nie na zawsze. Wiłby się tylko jak robak, coraz miększy, coraz miększy, i stałby się jeszcze bardziej zwariowany. Jedyna rzecz, którą można było zrobić, to zbudzić w nim litość nad sobą samym. Jak owa pani u Tennysona, musiał płakać albo umrzeć104.
Pani Bolton zaczęła więc pierwsza płakać. Zakryła twarz rękoma i wybuchła dzikim łkaniem.
— Tego bym się po jaśnie pani nigdy nie spodziewała, tego bym się nigdy nie spodziewała! — szlochała, budząc w sobie nagle całą zadawnioną gorycz i niedolę i przelewając łzy swojej własnej, gorzkiej zgryzoty.
Kiedy raz zaczęła, płacz jej stał się szczery, gdyż naprawdę miała co opłakiwać.
Clifford pomyślał o tym, w jaki sposób oszukała go kobieta Connie i zarażony rozpaczą pani Bolton, uczuł, jak łzy napełniają jego oczy i poczynają staczać się po policzkach. Opłakiwał siebie samego. Gdy tylko pani Bolton ujrzała łzy, płynące po jego twarzy, otarła szybko własne mokre policzki małą chusteczką i pochyliła się nad Cliffordem.
— Niech się pan nie dręczy, Sir Cliffordzie! — rzekła z czarownie hojnym nakładem uczucia. — Niech się pan nie dręczy, nie wolno panu, sam sobie pan tylko zaszkodzi!
Ciało jego zadrżało nagle od powstrzymywanego oddechu niemego łkania, a łzy poczęły się szybciej staczać po jego twarzy. Pani Bolton położyła rękę na jego ramieniu i znowu jej samej łzy poczęły kapać z oczu. Znowu dreszcz przebiegł po jego ciele niby spazm, a ona otoczyła go ramieniem.
— Ależ! Ależ! Ależ! Ależ! Niechże się pan nie trapi! — jęczała nieustannie, podczas gdy własne jej łzy kapały z oczu.
Przyciągnęła go do siebie i otoczyła jego szerokie barki ramionami, opierając jego twarz o swoją pierś, i łkała przy tym, kołysząc zarazem jego olbrzymie bary, głaszcząc łagodnie jego ciemnoblond włosy i powtarzając:
— Ależ! Ależ! Ależ! Kto to słyszał! Kto to słyszał! Niechże się pan tak nie przejmuje! Niech się pan tak nie przejmuje!
A on otoczył ją ramionami i uczepił się jej jak dziecko i zlewał łzami jej sztywno nakrochmalony fartuch i bawełnianą bluzkę. Nie hamował się już teraz zupełnie.
Aż pani Bolton ucałowała go wreszcie, kołysząc go na swej piersi i mówiąc do siebie w głębi serca: „O, Sir Cliffordzie, o dumni Chatterleyowie! Więc tak nisko upadliście!” A wreszcie zasnął nawet w jej ramionach jak dziecko. Pani Bolton poczuła wyczerpanie i udała się do swego pokoju, gdzie w napadzie własnej histerii zarazem śmiała się i płakała. Jakie to było śmieszne! Jakie to było okropne! Taki upadek, taka hańba! I jakie to było zarazem podniecające!
Clifford zachowywał się później wobec pani Bolton jak dziecko. Trzymał jej rękę i opierał głowę o jej pierś, a kiedy go raz lekko pocałowała, rzekł:
— Tak! Niech mnie pani całuje! Niech mnie pani całuje!
A gdy nacierała jego wielkie, różowe ciało gąbką, powtarzał to samo:
— Niech mnie pani całuje!
Całowała wówczas jego ciało, wszędzie, na wpół dla żartu.
A on leżał z dziwaczną, bezmyślną twarzą, jak dziecko, z jakimś lekkim zdziwieniem dziecka. I jak gdyby w uwielbieniu Madonny, które przynosiło mu ulgę, spoglądał na nią szeroko rozwartymi oczyma dziecka. Prawdziwą ulgą było dla niego zaniechać całej swojej męskości, aby zatonąć w tym dziecięctwie, które było naprawdę perwersyjne. A potem sięgał ręką do jej piersi i dotykał ich i całował je w namiętnym podnieceniu, w namiętnym podnieceniu perwersji, polegającej na tym, że był dzieckiem, będąc przecież mężczyzną.
Pani Bolton czuła zarazem zachwyt i wstyd. Lubiła to i nienawidziła tego. Ale nie odtrącała go, nie robiła mu nigdy wyrzutów. Powstała więc między nimi bliska zażyłość fizyczna, zażyłość perwersji, w której on był dzieckiem, ogarniętym pozorną swobodą i podziwem, sprawiającym wrażenie niemal religijnego uwielbienia, niby perwersyjne i dosłowne oddanie owego: „Chyba, że staniecie się znowu jako małe dzieci”, podczas gdy ona była Magna Mater105, pełna siły i mocy, panująca zupełnie swoją wolą i rozkazem nad tym wielkim, jasnowłosym dzieckiem-mężczyzną.
Najdziwniejsze było przy tym, że to dziecko-mężczyzna, jakim był teraz Clifford i jakim stał się on od lat, było o wiele energiczniejsze i rozumniejsze niż dawny prawdziwy mężczyzna. To perwersyjne dziecko-mężczyzna było teraz prawdziwym człowiekiem interesu; jeżeli szło o interes, stawało się ono bezwarunkowym mężczyzną, ostrym jak nóż i nieprzeniknionym jak stal. Kiedy się znajdował poza domem wśród mężczyzn, dążąc do własnych celów i „rozwijając” swoje górnicze przedsięwzięcia, odznaczał się niesamowitą wprost przebiegłością i niezłomnością oraz pewnym, bystrym uderzeniem. Miało się wrażenie, jak gdyby właśnie jego perwersja i prostytucja w stosunku do Magna Mater obdarzała go z drugiej strony zaostrzonym rozumem w materialnych sprawach interesu i udzielała mu zdumiewającej, nieludzkiej siły. Chwiejność w prywatnym uczuciu, najskrajniejsze poniżenie jego męskości obdarzało go niejako drugą naturą, zimną, niemal wizjonerską dzielnością w interesach. W interesach był zupełnie nieludzki.
Dla pani Bolton był to powód do triumfowania.
„Jak on się posuwa naprzód! — powiadała sobie z dumą. — To moje dzieło! Zaprawdę, przy Lady Chatterley nigdy by do tego nie doszedł. Nie była ona kobietą zdolną pchnąć mężczyznę naprzód! Za wiele pragnęła dla siebie!”
I jakże ona nim przy tym w jakimś utajonym zakątku swojej niesamowitej duszy kobiecej gardziła, jak go nienawidziła! Był dla niej zwierzęciem, które padło, wijącym się potworem. Pomagając mu i wspierając go, jak mogła, zarazem gardziła nim w najtajniejszym zakątku swojej dawnej, zdrowej kobiecości, gardziła nim dziką pogardą nieznającą granic. Najlichszy włóczęga był lepszy od niego.
Zachowanie jego, jeżeli szło o Connie, było dziwne. Uparł się, że chce ją zobaczyć. Uparł się dalej, że musi ona powrócić do Wragby. Na tym punkcie był definitywnie i niewzruszenie zdecydowany. Connie przyrzekła solennie, że powróci do Wragby.
— Ależ to nie ma sensu! — rzekła pani Bolton — Czy nie może jej pan puścić kantem i uwolnić się od niej?
— Nie! Powiedziała, że wróci, i musi wrócić.
Pani Bolton nie oponowała już. Wiedziała, co to znaczy.
„Nie potrzebuję Ci mówić, jakie wrażenie wywarł na mnie twój list” — napisał do Connie do Londynu. — „Może potrafisz sobie to wyobrazić, jeżeli spróbujesz. Chociaż niewątpliwie nie zadasz sobie trudu nadużywania dla mnie swojej wyobraźni. Mogę Ci odpowiedzieć tylko jedno. Zanim zdołam cokolwiek uczynić, muszę mówić z Tobą osobiście, tu we Wragby. Przyrzekłaś mi solennie, że wrócisz do Wragby, trzymam Cię za słowo. Nie uwierzę w nic i nie zrozumiem niczego, póki nie będę mówił z Tobą osobiście, i to tutaj, w normalnych warunkach. Nie potrzebuję Ci mówić, że nikt niczego nie podejrzewa. Powrót twój będzie więc rzeczą zupełnie naturalną. Jeżeli potem, gdy omówimy całą sprawę, będziesz się nadal upierała przy swoim zdaniu, dojdziemy niewątpliwie do porozumienia”.
Connie pokazała Mellorsowi ten list.
— Chce rozpocząć swoją zemstę nad tobą — rzekł Mellors, oddając jej list.
Connie milczała. Była poniekąd zaskoczona odkryciem, że bała się Clifforda. Bała się zbliżyć do niego. Bała się go, jakby był zły i niebezpieczny.
— Co mam robić? — zapytała.
— Nic, jeżeli nie chcesz nic robić.
Odpowiedziała na list, starając się przekonać Clifforda. Odpisał jej:
„Jeżeli nie powrócisz teraz do Wragby, będę uważał, że powrócisz w przyszłości, i postąpię odpowiednio do tego. Pozostawię wszystko w dotychczasowym stanie i będę tu czekał na Ciebie, choćbym miał czekać pięćdziesiąt lat”.
Bała się. To była tyrania w niezmiernie złośliwym gatunku. Nie wątpiła, że zrobi to, co mówi. Nie zgodzi się na rozwód, a dziecko zostanie jego dzieckiem, jeżeli ona nie znajdzie jakiegoś sposobu, żeby je uznać za nieprawe.
Po długim czasie utrapień i namysłów zdecydowała się pojechać do Wragby. Hilda miała się z nią zabrać. Napisała to Cliffordowi. Odpowiedział:
„Wizyta twojej siostry nie będzie mi miła, ale nie pokażę jej drzwi. Nie wątpię, że była ona z Tobą w tajnym porozumieniu, gdy zaniechałaś swoich obowiązków i swojej odpowiedzialności. Nie spodziewaj się więc, abym okazał zadowolenie, widząc ją u siebie”.
Pojechały do Wragby. Kiedy przybyły, Clifforda nie było w domu. Przyjęła je pani Bolton.
— O, jaśnie pani, nie jest to ów szczęśliwy powrót do domu, jakiego się spodziewaliśmy, prawda? — zawołała.
— Nie? — zapytała Connie.
Więc ta kobieta wiedziała! A ile wiedziała lub podejrzewała reszta służby?
Connie weszła do domu, którego teraz każdym fibrem ciała nienawidziła. Wielka, obszerna masa tej budowli wydawała się jej teraz czymś złym, po prostu czymś, co jej groziło. Nie była już panią tego domu. Była jego ofiarą.
— Długo nie mogę tu pozostać — szepnęła do Hildy, pełna przerażenia.
Cierpiała, gdy weszła do swojej dawnej sypialni i objęła ją znowu w posiadanie, jakby się nic nie stało. Nienawidziła każdej minuty spędzonej w murach Wragby.
Siostry zobaczyły Clifforda dopiero, gdy zeszły na kolację. Był w wieczorowym ubraniu, w czarnym krawacie, prawdziwy gentleman. Podczas jedzenia zachowywał się z idealną uprzejmością i prowadził uprzejmą konwersację. Ale wszystko to zdradzało jakiś rys obłędu.
— Ile wie służba? — zapytała Connie, kiedy pokojówka opuściła jadalnię.
— O twoich zamiarach? Nic.
— Pani Bolton wie.
Clifford zaczerwienił się.
— Pani Bolton niezupełnie należy do służby.
— O, nie zależy mi na tym wcale.
Aż do kawy panowało naprężenie. Potem Hilda powiedziała, że pójdzie teraz do swego pokoju.
Po jej odejściu Clifford i Connie siedzieli w milczeniu. Żadne z nich nie chciało zacząć mówić. Connie była rada, że nie przyjął tonu patetycznego; podniecało to jego pychę do najdalszych granic. Siedziała więc po prostu w milczeniu i spoglądała na własne ręce.
— Przypuszczam, iż nie bierzesz sobie zbytnio do serca tego, że złamałaś słowo — rzekł wreszcie Clifford.
— Nie mogę na to zaradzić — mruknęła Connie.
— Jeżeli ty nie możesz, to kto może?
— Prawdopodobnie nikt.
Clifford spojrzał na nią z dziwną, zimną wściekłością. Był do niej przyzwyczajony. Była niejako dopasowana do jego woli. Jakże mogła porzucać go teraz, buntować się przeciwko niemu i burzyć tkaninę jego powszedniej egzystencji? Jak śmiała powodować zniweczenie jego osobowości!
— I dla kogo chcesz wszystko porzucić? — pytał dalej uporczywie.
— Dla miłości! — odpowiedziała Connie. Najlepiej być banalną.
— Dla miłości Duncana Forbesa? Kiedy mnie poznałaś, miłość jego nie wydawała ci się warta, aby ją przyjąć! Czy chcesz przez to powiedzieć, że kochasz go teraz bardziej niż cokolwiek innego w życiu?
— Człowiek się zmienia.
— Możliwe! Możliwe, że masz kaprysy. Ale musisz mnie dopiero przekonać o doniosłości swojej zmiany. Nie wierzę w twoją miłość do Duncana Forbesa.
— A dlaczegóż miałbyś w nią wierzyć? Nie idzie o to, żebyś wierzył w moje uczucia, tylko żebyś się ze mną rozwiódł.
— A dlaczego mam się z tobą rozwieźć?
— Ponieważ nie chcę żyć tutaj dłużej. A ty mnie naprawdę nie potrzebujesz.
— Przepraszam cię! Ja się nie zmieniam, Co do mnie, to ponieważ jesteś moją żoną, wolałbym, abyś w spokoju i godności pozostała pod moim dachem. Pomijając uczucia osobiste, a zapewniam cię, że dla mnie znaczy to pominąć bardzo wiele, jest dla mnie rzeczą niezmiernie bolesną obalać porządek mego życia tu we Wragby i burzyć codzienny tryb rzeczy po prostu dla jakiegoś twojego kaprysu.
Po chwili milczenia Connie odpowiedziała:
— Na to nic nie mogę poradzić. Po prostu muszę stąd odejść. Spodziewam się dziecka.
I on milczał przez chwilę.
— I ze względu na to dziecko musisz odejść? — zapytał wreszcie.
Skinęła głową.
— Dlaczego? Czy Duncan Forbes jest tak zawzięty na swoje nasienie?
— W każdym razie bardziej zawzięty, niżbyś ty był — odpowiedziała Connie.
— Ale naprawdę, chcę mieć swoją żonę i nie widzę powodu, żeby jej pozwolić odejść. Jeżeli ona chce urodzić pod moim dachem dziecko, przyjmę chętnie i ją, i dziecko. Pod warunkiem, że zachowana zostanie przyzwoitość i porządek życia. Czy powiesz mi może, że Duncan Forbes przykuwa cię silniej? Nie uwierzę w to.
Nastąpiła pauza.
— Ale czyż ty nie widzisz — zawołała Connie — że ja muszę od ciebie odejść? Muszę żyć z mężczyzną, którego kocham!
— Nie, tego nie widzę. Złamanego szeląga nie dam za twoją miłość do niego ani w ogóle za tego mężczyznę, którego kochasz. Nie wierzę w tego rodzaju frazesy.
— Ale widzisz, że tak jest.
— Naprawdę, tak jest? Moja kochana żono, zapewniam cię, że jesteś zbyt inteligentna, aby uwierzyć w swoją miłość do Duncana Forbesa. Nie, wierz mi, nawet teraz jeszcze masz dla mnie więcej uczucia. Więc dlaczego miałbym się zgodzić na taki absurd?
Connie czuła, że miał rację. I czuła, że nie może dłużej milczeć.
— Ponieważ nie Duncan Forbes jest tym, kogo naprawdę kocham — rzekła, spoglądając na niego. — Mówimy tylko, że to Duncan, żeby oszczędzać twoje uczucia.
— Żeby oszczędzać moje uczucia?
— Tak! Bo tym, kogo naprawdę kocham, a będziesz mnie za to nienawidził, jest pan Mellors, który był tutaj leśniczym!
Gdyby Clifford mógł wyskoczyć ze swego fotelu, uczyniłby to. Twarz jego pożółkła, oczy nabrzmiały złowieszczo, gdy utkwił nieruchomy wzrok w Connie.
Potem opadł na fotel, chwytając powietrze i patrząc w sufit.
Wreszcie wyprostował się.
— Czy chcesz mi może wmówić, że to ma być prawda? — zapytał. Wyglądał przy tym przeraźliwie.
— Tak! Wiesz o tym.
— A kiedy z nim zaczęłaś?
— Wiosną.
Clifford oniemiał jak zwierzę w pułapce.
— Więc to ty jednak byłaś w sypialni w leśniczówce?
Wewnętrznie wiedział więc o tym naprawdę przez cały czas.
— Tak!
Siedział jeszcze ciągle pochylony do przodu na swoim fotelu i wpatrywał się w nią jak zaszczute zwierzę.
— Boże wielki, powinnaś być zgładzona z powierzchni ziemi!
— Dlaczego? — zapytała Connie cicho.
Ale on zdawał się nie słyszeć.
— Ten wyrzutek społeczeństwa! Ten zarozumiały bałwan! Ten nędzny łajdak! A ty włóczyłaś się z nim przez cały czas, kiedy mieszkałaś tutaj i kiedy on był moim sługą! Boże mój, Boże mój! Czyż istnieje granica bydlęcej nikczemności kobiet?
Jak przewidywała, był nieprzytomny z wściekłości.
— I chcesz może powiedzieć, że zamierzasz takiemu łotrowi urodzić dziecko?
— Tak! Zrobię to.
— Zrobisz to! Jesteś tego pewna? Od kiedy jesteś tego pewna?
— Od czerwca.
Oniemiał znowu, a dziwne, puste spojrzenie dziecka powróciło do jego oczu.
— Trzeba się dziwić — rzekł wreszcie — że takie istoty mogą się rodzić na świecie.
— Jakie istoty?
Spojrzał na nią niesamowicie, ale nie odpowiedział. Niepodobna się było łudzić, że nawet faktu istnienia Mellorsa nie mógł przyjąć w związku ze swoim własnym życiem. Była to wyłącznie niewysłowiona, bezsilna nienawiść.
— I masz zamiar poślubić go teraz? I nosić jego plugawe nazwisko? — zapytał wreszcie.
— Tak, mam zamiar.
Znowu oniemiał.
— Tak! — rzekł wreszcie. — To dowodzi, że prawdą jest, co zawsze o tobie myślałem. Nie jesteś normalna. Nie jesteś przy zdrowych zmysłach. Należysz do owych na wpół obłąkanych, nerwowych kobiet, które ulegają najgorszemu zepsuciu, owej nostalgie de la boue106.
Nagle stał się moralistą, widząc w sobie ucieleśnienie Boga, a w takich ludziach, jak Mellors i Connie, uosobienie brudu, zła. Rozpływał się w swoim nimbie.
— Czy nie sądzisz zatem, że powinieneś raczej rozwieść się ze mną i uwolnić się ode mnie na zawsze? — zapytała Connie.
— Nie! Możesz iść, dokąd chcesz, ale ja się z tobą nie rozwiodę — odpowiedział Clifford idiotycznie.
— Dlaczego?
Clifford milczał, milczeniem głupkowatego uporu.
— Więc uznasz dziecko wobec prawa za swoje i pozwolisz, aby zostało twoim dziedzicem? — zapytała Connie.
— Dziecko mnie nie obchodzi.
— A jeżeli to będzie chłopiec, stanie się on prawnie twoim synem, odziedziczy twój tytuł i będzie posiadał Wragby.
— To mnie nie obchodzi.
— Ale musi cię obchodzić. Jeżeli będę mogła, zapobiegnę temu, aby dziecko zostało prawnie uznane za twoje. Wolę, aby było nielegalne i moje, jeżeli nie może być dzieckiem Mellorsa.
— Rób, jak chcesz.
Był niewzruszony.
— Więc mimo wszystko nie chcesz się ze mną rozwieść? — zapytała Connie. — Możesz użyć Duncana jako pretekstu. Nie ma potrzeby wciągać w to prawdziwego nazwiska. Duncan nic sobie z tego nie robi.
— Ja się z tobą nigdy nie rozwiodę — rzekł Clifford, jakby wbijał gwóźdź.
— Dlaczego? Dlatego, że ja chcę, żebyś to zrobił?
— Dlatego, że idę za swymi skłonnościami, a nie jestem skłonny tego uczynić.
Wszystko było bezcelowe. Connie weszła na górę i opowiedziała Hildzie o wyniku rozmowy.
— Postaraj się lepiej wyjechać stąd jutro — rzekła Hilda — i daj mu czas na opamiętanie się.
Connie spędziła więc pół nocy na pakowaniu swoich osobistych rzeczy. Rano, nie mówiąc o tym Cliffordowi, kazała odesłać swoje walizy na dworzec. Postanowiła zobaczyć się z nim tylko, żeby go przed obiadem pożegnać.
Ale pomówiła z panią Bolton.
— Muszę się z panią pożegnać, pani Bolton, wie pani, dlaczego. Ale mogę pani chyba zaufać, że nie będzie pani o tym mówiła?
— O, może mi jaśnie pani zaufać, choć jest to naprawdę smutny i bolesny cios dla nas wszystkich. Mam jednak nadzieję, że będzie pani z tamtym panem szczęśliwa.
— Z tamtym panem! Jest to pan Mellors, a ja go kocham. Sir Clifford wie o tym. Ale niech pani nikomu nie piśnie ani słówka. A jeśli będzie pani kiedyś zdania, że Sir Clifford jest może skłonny rozwieść się ze mną, niech mi pani da znać, dobrze? Pragnęłabym bardzo być legalną żoną człowieka, którego kocham.
— Wierzę jaśnie pani. O, może mi pani zaufać. Będę wierna Sir Cliffordowi i będę wierna pani, gdyż widzę wyraźnie, że pani ma rację na swój sposób, a on na swój.
— Dziękuję pani! I jeżeli można, chciałabym pani tę drobnostkę podarować... można?...
Opuściła więc ponownie Wragby i pojechała z Hildą do Szkocji. Mellors wyjechał na wieś i dostał pracę w jakimś dworze. Zamiarem ich było przy tym, aby on starał się nadal o rozwód, bez względu na to, czy Connie dostanie rozwód czy nie. Przez sześć miesięcy miał pracować w majątku, aby on i Connie mogli w razie potrzeby nabyć także mały folwarczek, gdzie Mellors mógłby wyładować swoje siły. Gdyż jakąś pracę będzie musiał mieć, nawet twardą pracę, i będzie musiał zarabiać na swoje utrzymanie, jeżeli nawet kapitał Connie ułatwi im początek.
Będą więc musieli czekać do wiosny, aż się urodzi dziecko, a potem znowu, aż nadejdzie wczesne lato.
The Grange Farm Old Heanor 29 września.
Nająłem się tutaj do pracy, ponieważ znałem z wojska Richardsa, inżyniera Towarzystwa. Nie jest to majątek prywatny, lecz folwark, należący do Towarzystwa Górniczego Butler and Smitham i dostarczający im siana i owsa dla koników kopalnianych. Ale Towarzystwo hoduje tu świnie i krowy, i inny żywy inwentarz. Dostaję trzydzieści szylingów tygodniowo jako robotnik rolny. Zarządca Rowley daje mi jak najwięcej rozmaitej pracy, abym się do najbliższej Wielkanocy jak najwięcej nauczył. O Bercie nie mam żadnych wiadomości. Nie wiem, dlaczego się nie zjawiła na rozprawę rozwodową, nie wiem też, gdzie ona jest ani co zamierza. Domyślam się jednak, że jeżeli się będę do marca zachowywał cicho, to będę wolny. I Ty nie trap się o Sir Clifforda. Nadejdzie dzień, kiedy będzie się chciał od Ciebie uwolnić. Jeżeli Ci chwilowo daje spokój, to już wiele.
Znalazłem sobie mieszkanie w małym, starym domku, bardzo przyzwoite. Gospodarz mój jest maszynistą kolejowym w High Park, wysokim, brodatym mężczyzną. Żona jego jest kobietką o ptasim wyglądzie, rozmiłowaną we wszystkim, co wzniosłe, w wytwornej wymowie i powtarzającą stale „Pozwoli pan!” Ale stracili jedynego syna na wojnie, co ich złamało. Jest tam jeszcze wyrośnięta, niezdarna córka, która przygotowuje się do egzaminu nauczycielskiego. Pomagam jej niekiedy w nauce, stanowimy więc poniekąd rodzinę. Są to bardzo przyzwoici ludzie, dla mnie niezmiernie dobrzy. Przypuszczam, że jestem tu bardziej rozpieszczany niż Ty.
Zawód rolnika podoba mi się bardzo. Nie jest on uduchowiony, ale ja też nie wymagam uduchowienia. Do koni jestem przyzwyczajony, a krowy, chociaż są bardzo kobiece, wywierają na mnie kojący wpływ. Gdy siedzę, oparty głową o ich bok i doję, czuję się przeniknięty otuchą. Mamy tu sześć pięknych okazów herefordzkich. Żniwa skończyły się właśnie, a sprawiły mi wielką przyjemność, mimo poranionych rąk i ciągłego deszczu. Nie troszczę się wiele o ludzi, ale żyję z nimi zupełnie dobrze. Większość rzeczy po prostu się ignoruje.
W kopalniach kiepsko się dzieje; jest to podobny okręg węglowy jak Tevershall, tylko ładniejszy. Siedzę czasami w „Welingtonie” i rozmawiam z ludźmi. Mają dość tematów do sarkania, ale nie zmienią nic. Jak to wszyscy mówią, górnicy z Nottinghamshire i Derbyshire mają serca na właściwych miejscach. Ale reszta ich anatomii musi być na zupełnie niewłaściwym miejscu w tym świecie, który nie ma dla nich zastosowania. Lubię ich, ale nie rozweselają mnie wcale. Za mało w nich jest dawnego ducha bojowego. Mówią ciągle o upaństwowieniu: upaństwowienie koncesji górniczych, upaństwowienie całego przemysłu. Ale nie można upaństwowić węgla, a pozostałe przemysły pozostawić bez zmiany. Mówią o tym, żeby zastosować węgiel do nowych celów, jak to próbował Sir Clifford. Może się to uda zaprowadzić gdzieniegdzie, ale sądzę, że nie wszędzie. Cokolwiek się wytwarza, trzeba to sprzedawać. Ludzie są tu bardzo apatyczni. Czują, że cały ten przeklęty kram skazany jest na zagładę, a ja myślę, że tak jest naprawdę. A tym samym i oni skazani są na zagładę. Kilku młodych ma ciągle w pysku Sowiety, ale nie mają wielkiej siły przekonywującej. Brak tu w ogóle silnego przekonania w stosunku do czegokolwiek poza tym, że wszystko to jest chaosem i bagniskiem. Nawet przy Sowietach trzeba by jeszcze sprzedawać węgiel: i na tym właśnie polega trudność.
Posiadamy olbrzymią ludność przemysłową, którą trzeba wykarmić, i dlatego to przeklęte widowisko musi być w jakiś sposób utrzymywane przy życiu. Kobiety mówią dzisiaj o wiele więcej od mężczyzn i są znacznie zuchwalsze. Mężczyźni są gnuśni, czują grożącą zagładę, a wałęsają się, jakby na to nic nie można było zaradzić. W każdym razie, mimo całej gadaniny, nikt nie wie, co należałoby robić. Młodzi stają się bezczelni, ponieważ nie mają pieniędzy na wydatki. Całe ich życie uzależnione jest od wydawania pieniędzy, a teraz nie mają ich. To jest nasza cywilizacja, nasza kultura: wychowuje się masy w tym kierunku, aby były wyłącznie uzależnione od wydawania pieniędzy, a potem wydawanie pieniędzy nagle ustaje. Kopalnie pracują dwa, dwa i pół dnia w tygodniu, a i na zimę nie ma widoków poprawy. Oznacza to, że człowiek musi utrzymać swoją rodzinę za dwadzieścia pięć lub trzydzieści szylingów tygodniowo. Kobiety są najzuchwalsze. Ale i one uzależnione są dzisiaj od wydawania pieniędzy.
Gdybyż im można powiedzieć, że żyć a wydawać pieniądze to nie to samo! Ale to nie ma sensu. Gdyby przynajmniej byli wychowani do życia, a nie do zarabiania i wydawania pieniędzy, mogliby być bardzo szczęśliwi, obywając się dwudziestoma pięcioma szylingami. Gdyby mężczyźni nosili barwne stroje z krótkimi spodniami, jak to mówiłem, nie myśleliby tyle o pieniądzach. Gdyby umieli tańczyć i skakać i śpiewać, i paradować dumnie, i nosić się okazale, mogliby sobie radzić bardzo małą gotówką. I mogliby się radować swymi kobietami, a kobiety nimi. Musieliby się nauczyć być nagimi i okazałymi i śpiewać razem, i tańczyć stare tańce grupowe, i rzeźbić krzesła, na których siedzą, i tkać swoje własne emblematy. Wtedy nie potrzebowaliby pieniędzy. A to jest jedyna droga rozwiązania kwestii przemysłowej: wychować ludzi w tym kierunku, aby byli zdolni żyć, żyć przyzwoicie i z wdziękiem, i nie potrzebowali do tego wydawać wiele pieniędzy. Ale to się nie da przeprowadzić. Dzisiaj istnieją tylko jednotorowe umysły. Masy ludowe nie powinny nawet próbować myśleć, ponieważ nie umieją myśleć. Powinny być żywe i radosne i czcić wielkiego boga, greckiego Pana. Jest to jedyny bóg dla mas, na wieki. Nieliczni mogą się — jeśli chcą — poświęcić wyższym kultom. Ale masy powinny zawsze pozostać pogańskie.
Górnicy nie są jednak pogańscy, bynajmniej. Smutne to jest zbiorowisko, obumarła zgraja ludzi, martwa dla kobiet, martwa dla życia. Młodzi pędzą z dziewczynami na motocyklach i tańczą przy jazzie, jeżeli mają sposobność. Ale są zupełnie martwi i potrzebują do tego pieniędzy. Pieniądze zatruwają człowieka, kiedy je ma, a każą mu umrzeć z głodu, kiedy ich nie ma.
Jestem przekonany, że już Ci z tego wszystkiego niedobrze. Ale nie chcę mówić ciągle o sobie, zwłaszcza, że w moim życiu nic się nie dzieje. Nie chcę też za wiele rozmyślać o Tobie, bo wtedy tylko oboje popadamy w zamęt. Oczywiście jednak żyję teraz po to tylko, żebyśmy w przyszłości mogli żyć oboje razem. W istocie boję się. Czuję diabła w powietrzu, będzie on próbował dostać nas w swoje szpony. A raczej nie diabeł, lecz Mammon: ostatecznie jest on, jak sądzę, tylko masową wolą ludzi, łaknących pieniędzy i nienawidzących życia. W każdym razie czuję w powietrzu wielkie, chwytające ręce, które każdego, kto próbuje żyć, żyć poza obrębem pieniądza, łapią za gardło i grożą, że wycisną z niego życie. Nadchodzą złe czasy. Złe czasy nadchodzą, ludzie, złe czasy nadchodzą! Jeżeli tak dalej pójdzie, to dla tych mas przemysłowych przyszłość kryje w sobie tylko śmierć i zniszczenie. Niekiedy czuję wewnętrzne osłabienie. I jeszcze jesteś Ty, i chcesz mieć ze mną dziecko. Ale to nic. Wszystkie złe czasy, jakie były kiedykolwiek, nie zdołały zniweczyć kwiatu szafranu; ani nawet miłości kobiety. Nie zdołają więc także zniweczyć mojego pożądania dla Ciebie ani tej odrobiny żaru, jaka jest między Tobą a mną. Na przyszły rok będziemy razem. A chociaż się lękam, wierzę jednak, że będziesz ze mną. Mężczyzna musi bronić swojej skóry i radzić sobie, jak może, ale musi ufać w coś poza sobą. Nie można się ubezpieczyć przed przyszłością inaczej, jak tylko wierząc naprawdę w najlepszą cząstkę siebie samego i w jakąś moc poza sobą. Wierzę więc w mały płomień pomiędzy nami. Dla mnie jest to teraz jedyna rzecz na świecie. Nie mam przyjaciół, nie mam prawdziwych przyjaciół. Tylko Ciebie. A ten mały płomień jest teraz wszystkim, na czym mi w życiu zależy. Jest jeszcze co prawda dziecko, ale ono jest tylko zjawiskiem ubocznym. Ten zygzakowaty płomień pomiędzy Tobą a mną — to moje Zielone Świątki. Dawne Zielone Świątki nie były zupełnie właściwe. Ja i Bóg, to trochę za wzniosłe. Ale ten mały, zygzakowaty płomień pomiędzy Tobą a mną: tak, to właśnie to! Przy tobie wytrwam, i wytrwam przy tym płomieniu, a żaden Clifford ani żadna Berta, ani żadne towarzystwo górnicze, ani rząd, ani nawet zaprzedane pieniądzowi masy ludzkie nie przeszkodzą mi w tym.
Oto powód, dla którego w istocie niechętnie o Tobie rozmyślam. Torturuje mnie to tylko, a Tobie nie pomaga. Nie chcę, abyś była daleko ode mnie. Ale kiedy się staję niecierpliwy, coś więdnie. Cierpliwości, zawsze cierpliwości! To jest moja czterdziesta zima, a nie mogę ponosić odpowiedzialności za te wszystkie zimy, które były. Ale tej zimy muszę wytrwać przy swoim małym płomieniu Zielonych Świątek i mieć trochę spokoju. I nie pozwolę, aby oddech ludzi zdmuchnął ten płomień. Wierzę w wyższe misterium, które nie dopuszcza nawet do zniweczenia kwiatu szafranu. I jeśli nawet Ty jesteś w Szkocji, a ja w Midlands i nie mogę objąć cię ramionami ani owinąć nogami, to jednak mam coś z ciebie. Moja dusza delikatnie trzepocze w małym płomieniu Zielonych Świątek z tobą, i to jest jak spokój ruchania107. Spółkowaliśmy ze sobą, aby zaistniał płomień. Nawet kwiaty są ruchane, by zaistniały między słońcem a ziemią. Ale to delikatna sprawa, wymaga cierpliwości i długiej pauzy.
Więc teraz kocham czystość, bo to jest spokój, który przychodzi ze spółkowania. Teraz kocham być czystym. Kocham to tak, jak przebiśniegi kochają śnieg. Kocham tę czystość, która jest pauzą w spokoju naszego obłapiania, między nami teraz jak przebiśnieg rozwidlonego białego ognia. A kiedy nadejdzie prawdziwa wiosna, kiedy nadejdzie przyciąganie, wtedy będziemy mogli ruchać mały płomień błyszczący i żółty, błyszczący. Ale nie teraz, jeszcze nie! Teraz jest czas, aby być czystym, tak dobrze jest być czystym, jak rzeka chłodnej wody w mojej duszy. Kocham czystość teraz, gdy płynie między nami. Jest jak świeża woda i deszcz. Jak mężczyźni mogą chcieć tak męcząco flirtować? Jaką nędzą jest Don Juan, jak impotentny, by ruchać się się w pokoju, gdy mały płomień płonie, jak impotentny i niezdolny, by być czystym w chłodnych chwilach pauz, jak przejście przez rzekę.
Cóż, tyle słów, ponieważ nie mogę Cię dotknąć. Gdybym mógł spać z tobą w ramionach, atrament mógłby zostać w butelce. Moglibyśmy być razem czyści, tak jak możemy się kochać. Ale musimy być przez jakiś czas osobno i sądzę, że to naprawdę mądrzejsze wyjście. Gdyby tylko mieć pewność.
Nieważne, nieważne, nie będziemy się tym zadręczać. Ufajmy małemu płomieniowi i bezimiennemu mu bogu, który chroni go przed zgaszeniem. Naprawdę, tak wiele z Ciebie jest przy mnie, iż wielka to szkoda, że nie jesteś przy mnie cała.
Nie martw się o Sir Clifforda. Jeżeli nie masz od niego wiadomości, nie przejmuj się tym. Naprawdę nie może Ci nic zrobić. Czekaj cierpliwie, będzie się chciał Ciebie w końcu pozbyć, będzie Cię chciał odtrącić. A jeżeli tego nawet nie zrobi, uda nam się jakoś trzymać się od niego z daleka. Ale on to zrobi. Ostatecznie będzie Cię chciał jednak wypluć z siebie jako rzecz plugawą i nieczystą.
A teraz trudno mi zakończyć ten list do Ciebie.
W dużej mierze jesteśmy przecież razem i możemy się tylko poddać się temu i obrać odpowiedni kurs, by spotkać się wkrótce. John Thomas mówi dobranoc Lady Jane, trochę ospale, ale z sercem pełnym nadziei.
Przypisy:
1. nalegają na mnie, abym opublikował oczyszczone wydanie niniejszej książki (...). Ale to niemożliwe! (...) Książka krwawi — Mimo publikacji przedmowy autora, zwierającej niniejszą deklarację, tłumaczenie Marcelego Tarnowskiego zostało oparte na okrojonej wersji; opuszczone fragmenty zostały w większości zaznaczone w tekście wykropkowaniem. Po porównaniu z oryginałem fragmenty te zostały uzupełnione przez redakcję WL. [przypis edytorski]
2. Barker, Victor a. Valerie Arkell-Smith (1895–1960) — transmężczyzna, działacz angielskiej partii faszystowskiej National Fascisti. [przypis edytorski]
3. Swift, Jonatan (1667–1745) — słynny satyryk angielski, autor Podróży Guliwera. [przypis tłumacza]
4. refren: „Lecz — Celia, Celia, Celia sra” — nawiązanie do wiersza Jonathana Swifta The Lady’s Dressing Room (publ. 1732 r.), w którym młodzieniec zakrada się do garderoby swej ukochanej wiedziony gorącą miłością i pożądaniem, by rozczarować się tym, co udało się mu podpatrzeć. [przypis edytorski]
5. Heliogabal (204–222) — kapłan syryjskiego boga słońca, w 218 r., jako 16-latek, obwołany przez wojsko cesarzem rzymskim, rozpoczął panowanie pod imieniem Marcus Aurelius Antoninus; jednakże jego styl życia pozostawał w sprzeczności z obyczajami Rzymian: sposób ubierania się (w powłóczyste szaty), liczenie się ze zdaniem matki i babki, wystawne uczty i wyrafinowany gust przyczyniły się do tego, że zyskał reputację rozpustnika i hedonisty. [przypis edytorski]
6. Flandria — kraina historyczna i geograficzna, rozciągająca się wzdłuż wybrzeża Morza Północnego, na terenach dzisiejszej Belgii, Francji i Holandii; podczas I wojny światowej Flandria była terenem walk między wojskami niemieckimi i państwami Ententy, w czasie których poległo lub zaginęło w akcji milion żołnierzy z kilkudziesięciu państw, m.in. w szeregu bitew pod Ypres (Ieper). [przypis edytorski]
7. Anglia Środkowa — ang. Midlands; geograficzno-historyczna kraina, na ogół nizinna, rozciągająca się od Walii na zachodzie po Morze Północne na wschodzie, zamykają ją Góry Kambryjskie na zach., a na płn.-zach. Góry Pennińskie; wyróżnione na tym terenie regiony administracyjne dzielą krainę na część zachodnią i wschodnią: West Midlands (nazywaną „Sercem Anglii”, ang. Heart of England) i East Midlands. Kraina obejmuje część silnie uprzemysłowionych miast (m.in. Birmingham, Coventry, Leicester, Derby, Nottingham) oraz obszary wiejskie i leśne, w tym las Sherwood, rozsławiony przez legendę o Robin Hoodzie. [przypis edytorski]
8. była jedną z ówczesnych wykształconych fabianek — Fabian Society, stowarzyszenie socjalistyczne, powstałe w Anglii pod koniec ubiegłego wieku [tj. XIX w.; red. WL] w sferach inteligencji i propagujące powolne przeprowadzanie zmian w układzie społecznym. Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli tego kierunku jest dzisiaj [tj. w l. 30. XX w.; red. WL] w Anglii G. B. Shaw. [przypis tłumacza]
9. kryzys — tu: moment przełomowy. [przypis edytorski]
10. L’amour avait passé par là (fr.) — miłość przeszła tamtędy. [przypis edytorski]
11. szyling — dawna angielska jednostka monetarna; szyling dzielił się na 12 pensów. [przypis edytorski]
12. intransigeant (fr.) — nieprzejednany, bezkompromisowy. [przypis edytorski]
13. Kitchener, Horatio — (1850–1916) — brytyjski wojskowy i polityk; brał udział w stłumieniu powstania Mahdiego w Sudanie (1898), dowodził siłami brytyjskimi w czasie II wojny burskiej, mianowany ministrem wojny w liberalnym rządzie Asquitha; jego wizerunek z charakterystycznym sumiastym wąsem i palcem wskazującym „wycelowanym” w widza został wykorzystany na plakatach werbunkowych z napisem „Lord Kitchener Wants You”, udało mu się błyskawicznie rozbudować armię; zginął podczas działań wojennych, na krążowniku pancernym HMS „Hampshire” zatopionym przez niemieckiego U-Boota. [przypis edytorski]
14. Tommie (pot. ang.; lm: Tommies) — żołnierz brytyjski, zwykły szeregowy. [przypis edytorski]
15. ab ovo (łac.) — dosł.: od jajka; przen: od samego początku, od zarania, od podstaw itp. [przypis edytorski]
16. Lloyd George, David (1863–1945) — brytyjski polityk i mąż stanu walijskiego pochodzenia, premier Wielkiej Brytanii w latach 1916–1922 i minister wojny w 1916 r., jeden z sygnatariuszy traktatu wersalskiego kończącego I wojnę światową. [przypis edytorski]
17. opowiadał się za Anglią i Lloydem Georgem, jak przodkowie jego opowiadali się za Anglią i św. Jerzym — W oryginale gra słów: „Lloyd George” i „St. George”. [przypis tłumacza]
18. non plus ultra (łac.) — dosł. nic ponad to; przen. coś doskonałego, niedoścignionego. [przypis edytorski]
19. szlachcic szkocki — [w oryginale] knight, tytuł niższy od baroneta, [dosł.] „rycerz”. [przypis tłumacza]
20. corpus delicti (łac.) — przedmiot przestępstwa, dowód rzeczowy. [przypis edytorski]
21. demi-monde (fr.) — półświatek; środowisko kurtyzan naśladujących styl życia wyższych sfer. [przypis edytorski]
22. kryzys — tu: przesilenie, szczytowanie. [przypis edytorski]
23. Une immense espérance a traversé la terre (fr.) — Głęboka nadzieja ogarnęła ziemię. [przypis edytorski]
24. hors de combat (fr.) — niezdolny do walki. [przypis edytorski]
25. Błogosławione niechaj będą więzy, które łączą w jednakim serca nasze... — w oryg. „Blest be the tie that binds / Our hearts in kindred something-or-other”. [przypis edytorski]
26. moszcz (z łac. mustum) — świeżo wyciśnięty sok z owoców wykorzystywany jako półprodukt w procesie wyrobu napoju finalnego, np. wina, cydru itp. [przypis edytorski]
27. Boże mój! „Jeżeli one nie są dla mnie czułe, po co ja się mam trapić, by być czułym dla nich?” — w oryg. „My God! —’If they be not nice to me / What care I how nice they be?”. [przypis edytorski]
28. Robin Hood — bohater średniowiecznych ludowych legend angielskich, wybitny łucznik, banita, walczący z bogatymi i możnymi w obronie biedaków i gnębionego ludu; wraz z grupą swych towarzyszy wyjętych spod prawa, do których należeli m.in. Lady Marion, mnich brat Tuck czy siłacz Little John, zamieszkiwał w lesie Sherwood, przeciwstawiając się władzy niesprawiedliwego i despotycznego szeryfa z Nottingham. [przypis edytorski]
29. kraska — gatunek ptaka o błękitnym upierzeniu. [przypis edytorski]
30. Gdzie jest zeszłoroczny śnieg?... — por. Balladę o paniach minionego czasu François Villona z powtarzającym się refrenem: „Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!”, jedną z najsławniejszych realizacji motywu przemijania, tj. ubi sunt, łac. gdzież są. [przypis edytorski]
31. unisono — zgodność dźwięku, tonu. [przypis edytorski]
32. No toć, dzieńkuja im pieknie, panuchno. Wychowałech się tukej — W oryginale leśniczy mówi dialektem hrabstwa Derbyshire. Uważałem za najodpowiedniejsze zastąpić go w przekładzie gwarą górnośląską. [przypis tłumacza]
33. jakby byli rakietami — w oryg. squibs: petardami. [przypis edytorski]
34. robsik — rabuś, kłusownik. [przypis tłumacza]
35. starka — babka. [przypis tłumacza]
36. kotlina — tu: wnętrze pieca. [przypis edytorski]
37. James, Henry (1843–1916) — amerykańsko-brytyjski pisarz, krytyk i teoretyk literatury. [przypis edytorski]
38. Idźcie na ulice i w zaułki Jerozolimy i patrzcie, czy znajdziecie męża — w oryg. „Go ye into the streets and byways of Jerusalem, and see if ye can find a man”, cytat z Księgi Jeremiasza (Jr 5,1). [przypis edytorski]
39. C’est une autre chose (fr.) — to inna sprawa. [przypis edytorski]
40. cri de coeur (fr.) — krzyk serca; tu: szczery list. [przypis edytorski]
41. Nie igrajcie z ogniem... bo trudno jest zerwać więzy miłości — cytat z tradycyjnej piosenki szkockiej:
Touch not the nettle lest it should burn ye
Waly sae green as the bracken grows;
Love not the lassie that never can win ye
For the bonds of love are sore to loose.
42. Pory roku powracają, ale dla mnie nie powraca dzień ani słodkie zbliżanie się wieczora i ranka — fragm. wiersza Johna Miltona Light: w oryg. wersji powieści „Seasons return, but not to me returns Day, or the sweet approach of Ev’n or Morn” w Księdze 3. Raju utraconego (Paradise Lost) Miltona:
„(...) Thus with the Year
Seasons return, but not to me returns
Day, or the sweet approach of Ev’n or Morn,
Or sight of vernal bloom (...)”.
43. Blady za drzwiami i wrotami — fragm. wiersza Algernona Charlesa Swinburne’a The Garden of Proserpine, w którym słowa te odnoszą się do Prozerpiny:
Pale, beyond porch and portal,
Crowned with calm leaves, she stands
Who gathers all things mortal
With cold immortal hands;
(w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:
„U bram ogrodu, blada,
W wieńcu z nasennych ziół,
Stoi ta, co przykłada
Chłodne dłonie do czół”).
44. Jeśli ziarno zboża pada na ziemię i nie umiera, powinno rodzić dalej — nawiązanie: J 12,24: „Truly, truly, I say to you, unless a grain of wheat falls into the earth and dies, it remains by itself alone; but if it dies, it bears much fruit”. [przypis edytorski]
45. Świat pobladł od twego oddechu — w oryg. the world has grown pale with thy breath; cytat z: Algernon Charles Swinburne, Hymn to Proserpine. (After the Proclamation in Rome of the Christian Faith). Pełen wers brzmi: Thou hast conquered, O pale Galilean; the world has grown grey from thy breath (Zwyciężyłeś, blady Galilejczyku; świat poszarzał pod twym tchnieniem), w wierszu Swinburne’a świat poszarzał pod wpływem tchnienia zwycięskiego „bladego Galilejczyka”, tj. Jezusa. [przypis edytorski]
46. Absalom — postać biblijna, syn króla Dawida, słynny z urody, szczególnie z bujnych włosów. Kiedy jego przyrodni brat, Amnon, pierworodny potomek króla, zgwałcił rodzoną siostrę Absaloma, Tamar i nie został ukarany, Absalom kazał swoim sługom zamordować go podstępnie podczas uczty, a następnie zbiegł na dwór swego dziada, Talmaja, króla Geszur. Po trzech latach uzyskał zgodę Dawida na powrót do Jerozolimy, ale nie miał wstępu na dwór. Absalom zawiązał bunt przeciw ojcu, został w Hebronie obwołany przez swoich zwolenników królem i wkrótce zajął Jerozolimę. Kiedy doszło do decydującego starcia w lesie Efraima, wojska Dawida odniosły zwycięstwo. Absalom ocalał, lecz kiedy uchodząc po bitwie przejeżdżał pod dębem, zaczepił włosami o jego gałęzie, zaś jego wierzchowiec umknął: tak uwięzionego znalazł go jeden z dowódców wojsk Dawida, Joab i, wraz ze swymi sługami, zabił buntownika. Stało się to wbrew woli Dawida, który nakazał oględnie obchodzić się z synem. [przypis edytorski]
47. Słodsze niż powieki Junony — w oryg. „Sweeter than the lids of Juno’s eyes”; cytat z Opowieści zimowej (The Winter’s Tale) Shakespeare’a (akt 4, fragm. wypowiedzi Perdity, w tłum. S. Rossowskiego: „fiołki, ciemne wprawdzie, / Lecz powabniejsze od powiek Junony”). [przypis edytorski]
48. Niepokalana, cicha oblubienico pokoju — w oryg. „Thou still unravished bride of quietness”; początkowy wers Ody do greckiej urny (Ode on a Grecian Urn) Johna Keatsa. [przypis edytorski]
49. j’adoube (fr.) — dostosowuję (formuła wypowiadana w szachach przy dotknięciu figury, jeśli nie wykonuje się jeszcze właściwego ruchu). [przypis edytorski]
50. Mrs Gaskell i George Eliot, i Miss Mitford — Elizabeth Cleghorn Gaskell, George Eliot (właściwie: Mary-Ann Evans) i Mary Russel Mitforell, popularne autorki angielskie ubiegłego wieku [tj. wieku XIX; red. WL]. [przypis tłumacza]
51. Ale przypominało to naprawdę raczej dżunglę Afryki Środkowej niżeli wieś angielską — w oryginale po tych słowach następuje próbka wioskowych plotek przekazywanych przez panią Bolton: „Przypuszczam, że słyszał pan, że panna Allsopp wyszła za mąż w zeszłym tygodniu! Ależ jakże mógłby pan słyszeć o tym! Panna Allsopp, córka starego Jamesa Allsopp, tego od butów. Wiesz pan, że zbudowali dom w Pye Croft. Staruszek zmarł w zeszłym roku na skutek upadku; miał osiemdziesiąt trzy lata i był zwinny jak młodzieniec. A potem poślizgnął się na Bestwood Hill, na ślizgawce, którą chłopcy zrobili zeszłej zimy, i złamał udo. I to go wykończyło, biedny staruszek, szkoda. Wszystkie swoje pieniądze zostawił Tattie, chłopcom nie zostawił ani grosza. A Tattie, ile to, pięć, tak, zeszłej jesieni skończyła pięćdziesiąt trzy lata. I wie pan, że oni byli tacy kościółkowi, słowo daję! Ona uczyła w szkółce niedzielnej przez trzydzieści lat, dopóki nie umarł jej ojciec. A potem zaczęła się prowadzać z facetem z Kinbrook, nie wiem, czy go pan zna, starszym facetem z czerwonym nosem, raczej z dandysowatym, Willcockiem, który pracuje w leśniczówce Harrisona. Cóż, ma sześćdziesiąt pięć lat, prawdę mówiąc, ale można by pomyśleć, że to para gołąbków, kiedy się ich widziało idących pod rączkę i całujących się przy bramie: tak, albo jak ona siedzi mu na kolanach w wykuszu na Pye Croft Road, żeby każdy mógł ją zobaczyć. On ma synów po czterdziestce, a żonę stracił dwa lata temu. Że też stary James Allsopp nie wstał z grobu, bo przecież chował ją tak surowo! A teraz się pobrali i zamieszkali w Kinbrook, i mówią, że ona chodzi w szlafroku od rana do nocy, co za widok. Jestem pewna, że to okropne, jak te staruchy się zachowują! Są o wiele gorsi niż młodzi, to o wiele bardziej obrzydliwe. Według mnie to przez filmy. Ale nie można ich powstrzymać. Zawsze mówiłem: idź na dobry, pouczający film, ale na litość boską trzymaj się z dala od tych melodramatów i filmów miłosnych. W każdym razie dzieci trzeba trzymać z daleka! No i proszę, dorośli są gorsi od dzieci, a starzy biją wszystkich na głowę. Moralność! Nikogo to nie obchodzi. Ludzie robią, co im się podoba, i muszę przyznać, że jest im z tym o wiele lepiej. Ale teraz pokazują rogi, teraz w szybach zła robota, a nie mają za to pieniędzy. Narzekają okropnie, zwłaszcza kobiety. Mężczyźni są dobrzy i cierpliwi! Co oni mogą zrobić, biedaki! Ale kobiety, och, nie przestają! Chodzą i popisują się, dając datki na prezent ślubny dla księżniczki Mary, a potem, gdy widzą wszystkie wspaniałe rzeczy, które zostały podarowane, po prostu zachwycają się: kim ona jest, lepsza od kogokolwiek w świecie! Dlaczego Swan i Edgar nie da mi jednego futra, zamiast dać jej sześć. Żałuję, że nie zatrzymałam swoich dziesięciu szylingów! Chciałbym wiedzieć, co ona mi da? Tu nie mogę dostać nowego wiosennego płaszcza, mój tata ma podłą pracę, a ona dostaje całe furgonetki. Nadszedł czas, aby biedni ludzie mieli trochę pieniędzy do wydania, bogaci mieli je wystarczająco długo. Chcę nowy wiosenny płaszcz, naprawdę, a gdzie go dostanę? Mówię im, bądźcie wdzięczni, że jesteście dobrze odżywieni i dobrze ubrani, bez tych wszystkich nowych ozdób, których pragniecie! A oni na to: „Dlaczego księżniczka Mary nie jest wdzięczna za to, że chodzi w swoich starych łachmanach i nic nie ma?”. Ludzie tacy jak ona dostają całe furgonetki, a ja nie mogę mieć nowego wiosennego płaszcza. To cholerny wstyd. Księżniczka! Żeby zgnilizna tę księżniczkę! To nie ma znaczenia, że ma dużo, właśnie dlatego dają jej więcej! Nikt mi nic nie daje, a mam takie samo prawo jak każdy inny. Próżne gadanie o edukacji. To nie ma znaczenia. Chcę nowy wiosenny płaszcz, ale go nie dostanę, bo nie ma na to pieniędzy... To wszystko, na czym im zależy, ubrania. Nie mają nic przeciwko temu, by dać siedem czy osiem gwinei za zimowy płaszcz (córkom górników, przypominam) i dwie gwinee za letni kapelusz dla dziecka. A potem idą do Starej Kaplicy w kapeluszu za dwie gwinee, dziewczęta, które w moich czasach byłyby dumne z kapelusza za trzy funty i sześć pensów. Słyszałem, że podczas tegorocznego jubileuszu metodystów, kiedy zbudowano platformę dla dzieci ze szkółki niedzielnej, przypominającą trybunę sięgającą prawie sufitu, panna Thompson, która ma pierwszą klasę dziewcząt w szkółce niedzielnej, powiedziała, że na tej platformie będzie ponad tysiąc funtów w nowych niedzielnych ubraniach! Takie są czasy! Ale nie można ich powstrzymać. Mają bzika na punkcie ubrań. Chłopcy tak samo. Chłopcy wydają każdy grosz na siebie, ubrania, palenie, picie w Miners’ Welfare, wyjazdy do Sheffield dwa lub trzy razy w tygodniu. To inny świat. I niczego się nie boją, i niczego nie szanują ci młodzi, nie. Starsi mężczyźni są cierpliwi i dobrzy, pozwalają kobietom na wszystko. I do tego to właśnie prowadzi. Kobiety są prawdziwymi demonami. Ale chłopcy nie są tacy jak ich ojcowie. Nie poświęcają się ani trochę: wszystko robią dla siebie. Jeśli powiesz im, że powinni odłożyć trochę na dom, powiedzą: „Co się zachowa, co się da, ja idę się bawić, póki mogę. Na nic więcej nie chcę ciułać! Och, są bezwzględni i samolubni, mówiąc wprost. Wszystko spada na starszych mężczyzn, a to zła perspektywa dla wszystkich”. [przypis edytorski]
52. snać a. snadź (daw.) — widocznie, najwyraźniej. [przypis edytorski]
53. szczyr — gatunek byliny z rodziny wilczomleczowatych. [przypis edytorski]
54. osioł Balaama — właściwie: oślica; biblijną historię pochodzącego z Mezopotamii proroka Balaama i jego oślicy zawiera Księga Liczb (Lb 22). Balaam cieszył się wielką sławą jako prorok, który rozmawiał z samym Jahwe; pewnego razu został poproszony przez króla Moabu, Balaka, aby rzucił klątwę na Izraelitów, którzy pokonali właśnie Amorytów i zagrażali jego królestwu. Wezwany przez króla Moabitów Balaam wyruszył na jego spotkanie, mimo ostrzeżeń ze strony Boga; po drodze wysłany przez Boga anioł z wyciągniętym mieczem próbował zatrzymać proroka, lecz oślica trzykrotnie zmieniła drogę i uchroniła przed anielskim ciosem swojego właściciela. Ten jednak nie widział anioła i pastwił się nad zwierzęciem, nie rozumiejąc jego zachowania. Zbita trzykrotnie, oślica przemówiła wreszcie z woli Boga do swego właściciela, skarżąc się na jego postępowanie. Ostatecznie Balaam nie przeklął, lecz trzykrotnie pobłogosławił Izraelitów. [przypis edytorski]
55. Iakchos (mit. gr.) — młody bóg, przedstawiany w wieńcu z mirtu i pochodnią w dłoni, przewodnik misteriów eleuzyńskich; uważany za syna Zeusa i Demeter, Zeusa i Persefony a. Dionizosa i nimfy Aury. [przypis edytorski]
56. Sir Francis Drake — korsarz i odkrywca angielski z XVI wieku. [przypis tłumacza]
57. Gdyż nie ma ona dłoni, ani oczu, ani stóp, ani złotego skarbu włosów... — w oryg. „For hands she hath none, nor eyes, nor feet, nor golden Treasure of hair”, cytat z wiersza Algernona Charlesa Swinburne’a The Pilgrims. [przypis edytorski]
58. Kto zna tajemnice woli, ten może nawet wbrew aniołom triumfować — trawestacja motta z poetyckiego, baśniowego opowiadania Ligeia Edgara Allana Poe, który w całości brzmi: „And the will therein lieth, which dieth not. Who knoweth the mysteries of the will, with its vigor. For God is but a great will pervading all things by nature of its intentness. Man doth not yield himself to the angels, nor unto death utterly, save only through the weakness of his feeble will” (A w nim leży wola, która nie umiera. Który zna tajemnice woli z jej siłą. Albowiem Bóg jest tylko wielką wolą przenikającą wszystkie rzeczy z natury swej intencji. Człowiek nie poddaje się aniołom ani śmierci całkowitej, chyba że przez słabość swej słabej woli). [przypis edytorski]
59. cinquecento (wł.) — wiek XVI. [przypis edytorski]
60. Landseer, Edwin Henry (1802–1873) — ang. malarz i rzeźbiarz wiktoriański, animalista, ulubiony artysta królowej Wiktorii, niezwykle popularny w 2. poł. XIX w. wśród ang. klasy średniej; przyjaźnił się z wybitnymi osobistościami swego czasu, m.in. z Karolem Dickensem i Williamem Thackerayem; w 1850 otrzymał tytuł szlachecki. [przypis edytorski]
61. Hunt, William Henry (1790–1864) — ang. malarz naturalistycznych akwareli przedstawiających martwe natury oraz sceny rodzajowe. [przypis edytorski]
62. Squire — Skrócone od: Esquire; dawniej najniższy tytuł szlachecki, obecnie używany przez osoby nienależące do klasy rzemieślniczej lub kupieckiej. [przypis tłumacza]
63. Primitive Chapel — budynek kościoła jednej z odmian zgromadzenia metodystów (Primitive Methodist Church 1807–1932), która wyodrębniła się z Wesleyan Methodist Church. [przypis edytorski]
64. Wesleyan Chapel — zgromadzenie metodystów kierujących się naukami Johna Wesleya (1703–1791), wyodrębnione ok. 1740 r. i funkcjonujące do 1932, kiedy nastąpiła unia różnych kościołów metodystycznych Wielkiej Brytanii. [przypis edytorski]
65. Cavell, Edyta (1865–1915) — ang. pielęgniarka, przełożona szpitala wojskowego w Brukseli w czasie I wojny światowej. Po wkroczeniu wojsk niemieckich do stolicy Belgii pomagała rannym żołnierzom alianckim, ukrywała Belgów i Francuzów, zaś około dwustu Brytyjczykom pomogła dostać się do neutralnej Holandii. Aresztowana przez Niemców, postawiona przed sądem wojennym i skazana na śmierć przez rozstrzelanie; wyrok wykonano 12 października 1915 w Brukseli. Jej bohaterstwo i męczeńska śmierć zostały rozsławione po wojnie; została uhonorowana pomnikiem w Londynie, jej nazwiskiem nazwano także szczyt w Kanadzie i jedną z planetoid. [przypis edytorski]
66. Roman de la rose — Opowieść o Róży, średniowieczny alegoryczny poemat francuski z XIII w. [przypis edytorski]
67. au grand sérieux (fr.) — bardzo poważnie. [przypis edytorski]
68. au très petit sérieux — gra słów z wyrażaniem au grand sérieux (całkowicie poważnie): grand: wielki, wielce, très petit: bardzo mały; wyrażenie nie jest poprawne, „mało poważnie” brzmiałoby: très peu sérieux. [przypis edytorski]
69. Nie z winy gwiazd, drogi Brutusie, lecz z własnej winy jesteśmy poddanymi — Shakespeare, Juliusz Cezar (The Tragedy of Julius Caesar ), akt I, scena 2, kwestia Kasjusza (w oryg. „The fault, dear Brutus, is not in our stars, but in ourselves, that we are underlings”) [przypis edytorski]
70. przać komu — kochać [kogo]. [przypis tłumacza]
71. Panem et circenses (łac.) — chleba i igrzysk. [przypis edytorski]
72. gądziel rozłogowa — także: dąbrówka rozłogowa; ożanka. [przypis edytorski]
73. szewiotowy — wykonany z szewiotu (z ang. cheviot, od wzgórz Cheviot w Wielkiej Brytanii oraz rasy owiec tam wypasanych), wełnianej, szorstkiej, lekko połyskliwej tkaniny o skośnych splotach. [przypis edytorski]
74. tableau vivant (fr.) — żywy obraz. [przypis edytorski]
75. noblesse oblige (fr.) — szlachectwo zobowiązuje. [przypis edytorski]
76. à la guerre comme à la guerre (fr.) — na wojnie, jak to na wojnie. [przypis edytorski]
77. A potem są inne jeszcze (...) strzec swego spokoju i swojej przyzwoitości. — w oryginale fragment ten jest obszerniejszy: „Then there’s the ones that love everything, every kind of feeling and cuddling and going off, every kind except the natural one. They always make you go off when you’re not in the only place you should be, when you go off.—Then there’s the hard sort, that are the devil to bring off at all, and bring themselves off, like my wife. They want to be the active party.—Then there’s the sort that’s just dead inside : but dead : and they know it. Then there’s the sort that puts you out before you really ‘’come’’, and go on writhing their loins till they bring themselves off against your thighs. But they’re mostly the Lesbian sort. It’s astonishing how Lesbian women are, consciously or unconsciously. Seems to me they’re nearly all Lesbian.’
’And do you mind?’ asked Connie.
’I could kill them. When I’m with a woman who’s really Lesbian, I fairly howl in my soul, wanting to kill her.’
’And what do you do?’
’Just go away as fast as I can.’
’But do you think Lesbian women any worse than homosexual men?’
’I do! Because I’ve suffered more from them. In the abstract, I’ve no idea. When I get with a Lesbian woman, whether she knows she’s one or not, I see red. No, no! But I wanted to have nothing to do with any woman any more. I wanted to keep to myself : keep my privacy and my decency.’”
78. sautées (fr.) — smażone. [przypis edytorski]
79. auto-da-fé (z port. auto-da-fé: akt wiary) — końcowy etap procesu inkwizycyjnego polegający na publicznej deklaracji przyjęcia lub odrzucenia religii katolickiej przez osoby oskarżone o herezję, powrót do judaizmu, uprawianie czarów itp. Wyznaniu wiary towarzyszyła uroczystość zakończona spaleniem skazańców na stosie (wyrok był niezależny od treści deklaracji, choć tej wymagano). [przypis edytorski]
80. Te deum laudamus (łac.) — Ciebie Boga wychwalamy. [przypis edytorski]
81. John Thomas — w tłum. Marcelego Tarnowskiego pojawia się tu w zastępstwie Sir Johna Thomasa i Lady Jane Ondraszek oraz bezimienna księżniczka, wraz z wyjaśnieniem w przypisie, że Ondraszek to „bohater ludowy Śląska cieszyńskiego”. Jednakże w związku z pominięciem kilku fragmentów i znacznymi zniekształceniami w tym rozdziale, końcową część uzupełniono i uporządkowano, zgodnie z oryginalną wersją językową, przy czym dla ujednolicenia całości tekstu koncepcja przetłumaczenia żartobliwej nazwy John Tomas jako Ondraszek upadła, ustępując brzmieniu oryginału. [przypis edytorski]
82. Żegnaj mój dzwoneczku, żegnaj! — w oryg. tytuł piosenki: Good-bye, my bluebell, farewell to you. [przypis edytorski]
83. Abélard, Pierre (1079–1142) — średniowieczny filozof i teolog, wybitny nauczyciel, jeden z prekursorów scholastyki; znany także z burzliwego romansu z Heloizą i potajemnego małżeństwa z nią. [przypis edytorski]
84. chair à plaisir (fr.) — ciało (dosł. mięso, miąższ) dla przyjemności. [przypis edytorski]
85. Lasek Buloński (fr. Bois de Boulogne) — rozległy park położony w 16. dzielnicy Paryża. [przypis edytorski]
86. Ogród Luksemburski (fr. Jardin du Luxembourg) — park miejski w Paryżu w 6. dzielnicy, założony w 1630 r., okalający Pałac Luksemburski, obecnie siedzibę Senatu Republiki Francuskiej; słynie z rzeźb i elementów architektonicznych, z Fontanną Medyceuszy na czele. [przypis edytorski]
87. Bernard z Clairvaux (1090–1153) — członek zakonu cystersów; opat klasztoru w Clairvaux, filozof i teolog, ojciec mistyki średniowiecznej; święty katolicki. [przypis edytorski]
88. Mestre — do 1926 r. samodzielne miasto, dziś położona na stałym lądzie część Wenecji, połączona z częścią wyspową połączona Mostem Wolności (Ponte Della Libertà). [przypis edytorski]
89. Canale Grande — cieśnina w kształcie odwróconej litery „S” o długości 3,8 km, szerokości 30–60 m i głębokości do 6 m., dzieląca na dwie części Wenecję, przepływając przez jej środek. Zbudowany na jej bazie kanał powstał w XV w., oba brzegi łączy kilka mostów, wzdłuż kanału, fasadami w stronę wody, stoją zabytkowe pałace i kościoły pochodzące z XIII–XVII w. [przypis edytorski]
90. signorine (wł.) — panny. [przypis edytorski]
91. signore (wł.) — panie. [przypis edytorski]
92. Chioggia — miasto we Włoszech, w regionie Wenecja Euganejska, w prowincji Wenecja, z historycznym centrum na wyspie stanowiącej część Laguny Weneckiej. [przypis edytorski]
93. contessa — księżna. [przypis edytorski]
94. in puris naturalibus (łac.) — w czystości stanu naturalnego. [przypis edytorski]
95. impuris (łac.) — nieczysty. [przypis edytorski]
96. Cellini, Benvenuto (1500–1571) — włoski rzeźbiarz, złotnik i pisarz; do jego najbardziej znanych dzieł należy posąg Perseusz z głową Meduzy i autobiografia Benvenuta Celliniego żywot własny spisany przez niego samego (I wyd. 1728), w której opisał swoje burzliwe życie. [przypis edytorski]
97. rabelaisowski — przym. od nazwiska François Rabelais’go (ok. 1484–1553) fr. pisarza, lekarza, mnicha, który porzucił zakon, znanego przede wszystkim jako autor arcydzieła francuskiego renesansu, pełnej rubasznego humoru powieści (czy epopei) satyryczno-fantastycznej Gargantua i Pantagruel, pisanej w l. 1532–1564, podejmującej krytykę instytucji kościelno-feudalnych, dogmatów, średniowiecznej metafizyki i scholastycznego systemu wychowania, kładącej tym samym podwaliny pod nowoczesną myśl odrodzenia; dosadne opisy cielesności we wszelkich czynnościach stanowią ważny element dzieła Rabelais’go. [przypis edytorski]
98. Spaceruje on sobie po lesie jak zwykle, z najswobodniejszą miną, jakby mówił: »Co mnie to obchodzi? To nas zupełnie nie dotyczy, nie warto o tym nawet gadać!«. — w oryg. He goes about as usual, with his Miller-of-the-Dee air, I care for nobody, no not I, if nobody care for me!; fragm. piosenki ludowej o młynarzu znad rzeki Dee. [przypis edytorski]
99. Sade, Donatien Alphonse François de (1740–1814) — fr. pisarz, libertyn, głoszący jako wartość życie w zgodzie ze skrajnie pojętą wolnością jednostki, przekreślającą ograniczenia ze strony moralności, religii czy prawa i nakazującą podążanie za wszelkimi popędami i pragnieniami; w ostatniej dekadzie XVIII w. był jednym z najpopularniejszych pisarzy paryskich, następnie zaś najbardziej tępionym przez cenzurę (zacierano wszelkie ślady jego publikacji); większość swego życia spędził w więzieniu lub na wygnaniu; od nazwiska markiza de Sade pochodzi nazwa jednego z zaburzeń preferencji seksualnych, sadyzmu. [przypis edytorski]
100. Ludzie powinni by sami trochę więcej obłapiać — w oryg. folks should do their own fuckin’. [przypis edytorski]
101. trains de luxe (fr.) — luksusowe pociągi. [przypis edytorski]
102. obłapiaczem jaśnie pani — w oryg. just my Lady’s fucker. [przypis edytorski]
103. kogucik — w oryg. cock. [przypis edytorski]
104. u Tennysona, musiał płakać albo umrzeć — chodzi o damę z poematu Tennysona The Princess (1847):
„Home they brought her warrior dead: /
She nor swoon’d, nor utter’d cry:
All her maidens, watching, said,
«She must weep or she will die».”
105. Magna Mater — także: Bogini Matka, Wielka Bogini, Matka Ziemia, Królowa Niebios; główne bóstwo w wierzeniach wielu kultur, bogini utożsamiana często z Ziemią, niekiedy zarazem królowa niebios, dawczyni życia, matkę bogów, jej atrybutem są obfite piersi; w filozofii jungowskiej (Carl Gustav Jung 1875–1961) te religijne przedstawienia są realizacją archetypu matki, trwałej struktury w psychice ludzkiej. [przypis edytorski]
106. nostalgie de la boue (fr.) — nostalgia za błotem. [przypis edytorski]
107. Moja dusza delikatnie trzepocze (...) wymaga cierpliwości i długiej pauzy — w oryg. My soul softly Naps in the little Pentecost flame with you, like the peace of fucking. We fucked a flame into being. Even the flowers are fucked into being between the sun and the earth. But it’s a delicate thing, and takes patience and the long pause. [przypis edytorski]