Rozdział dwunasty
Connie poszła zaraz po obiedzie do lasu. Dzień był naprawdę cudowny, pierwsze kaczeńce tworzyły małe słońca, pierwsze stokrotki bielały w trawie. Gęstwa leszczynowa była siecią na wpół rozwiniętych liści i ostatnich, siejących pyłem, zwisających pionowo bazi. Jaskółcze ziele rosło gromadami, płasko rozwarte, cofając się w swojej żółtości. Była to żółtość, silna żółtość wczesnego lata. A pierwiosnki były szerokie i pełne bladego oddania, stały gęsto, już nie lękliwe. Soczysta, ciemna zieleń hiacyntów leśnych była morzem, z którego wynurzały się pąki niby blade kłosy zboża, podczas gdy na ścieżce wznosiły się puszyste niezapominajki i orliki rozwijały swoje atramentowo fioletowe koronki. Pod jednym z krzaków leżały kawałki niebieskawych łupinek jaj. Wszędzie wzbierające pąki, wszędzie tryskające życie!
Leśniczego nie było w szałasie. Dokoła panowała wesołość, brunatne pisklęta biegały radośnie. Connie poszła dalej, ku leśniczówce, gdyż chciała go znaleźć.
Leśniczówka stała w słońcu, oddalona o spory kawałek od skraju lasu. W małym ogródku sterczały pękami podwójne narcyzy, w pobliżu szeroko rozwartych drzwi, a podwójne stokrotki stanowiły obramowanie ścieżki. Rozległo się szczekanie psa i Flossie nadbiegła pędem.
Drzwi były szeroko otwarte! Więc on był w domu. I światło słoneczne, padające na czerwoną podłogę z cegieł! Idąc ścieżką, ujrzała go przez okno, jak siedział bez marynarki przy stole i jadł. Pies warczał cicho, machając wolno ogonem.
Leśniczy wstał i podszedł do drzwi; żując jeszcze, otarł usta czerwoną chusteczką.
— Mogę wejść? — zapytała Connie.
— Wlyź!
Słońce wpadało do gołego pokoju, gdzie ciągle jeszcze czuć było zapach baraniego kotleta, który usmażono widocznie na patelni, bo stała nadal na kotlinie; czarny garnek do kartofli stał obok na kawałku papieru na białych kaflach. Ogień żarzył się tylko, a czajnik syczał. Na stole stał talerz z kartoflami i resztkami kotleta, chleb w koszyku, sól i niebieski kufel piwa. Obrus zastępowała biała cerata.
Leśniczy stał w cieniu.
— Późno jesz — rzekła Connie. — Jedzże dalej.
Podsunęła drewniany stołek na słońce do drzwi i usiadła.
— Musiołech pojechać do Uthwaite — rzekł leśniczy i siadł przy stole, ale nie jadł.
— Jedzże — zachęciła go Connie.
Ale on nie tknął jedzenia.
— A ty nie zjedłabyś cegoś? — zapytał. — Chcesz szolka teju? Woda już się warzy.
Uniósł się na wpół z krzesła.
— Jeżeli pozwolisz mi zrobić herbatę — rzekła Connie, wstając.
Mellors wydawał się smutny, a Connie czuła, że mu ciąży.
— Ja, garcuszek na esencjo stoi tam. — Wskazał na małą szafkę do naczyń w kącie pokoju. — I szolki tyż. A tej stoi wele ciebie.
Connie wyjęła z szafy czarny czajniczek, a z kominka wzięła puszkę z herbatą. Przepłukała czajniczek gorącą wodą i stała przez chwilę, wahając się, gdzie ją wylać.
— Wylej to na dwór — rzekł leśniczy, widząc jej wahanie. — To cysto woda.
Connie podeszła do drzwi i wylała wodę z czajniczka na ścieżkę. Jak tu było pięknie, jak cicho, jak lesiście! Dęby okrywały się żółtawym listowiem; w ogródku czerwone stokrotki były niby pluszowe guziki. Spojrzała na wydeptany próg z piaskowca, po którym tak mało chodziło teraz nóg.
— Cudownie tu jest — rzekła. — Co za piękna cisza, wszystko jest żywe i ciche.
Leśniczy jadł znowu, wolno i niechętnie, a Connie czuła, że był skrępowany. W milczeniu przyrządziła herbatę i postawiła czajnik na występie kominka, jak to widziała u ludzi. Mellors odsunął talerz i poszedł do tylnego pokoju. Usłyszała zgrzyt zamka, potem wrócił z kawałkiem sera na talerzu i masłem.
Connie postawiła dwie filiżanki do herbaty na stole. Były tylko dwie.
— Chcesz także filiżankę herbaty? — zapytała.
— Ja, prosza pieknie. Jak chcesz być tako dobro. Cukier jest hań w skrzince z nocyniem, a gorcek na mlyko tyż tam jest. Zaś mlyko stoi w zbónku w śpiżarce.
— Odstawić twój talerz? — zapytała Connie.
Spojrzał na nią ze słabym, ironicznym uśmiechem.
— Dobrze... jak chcesz, to łodstow — rzekł, jedząc powoli chleb z serem.
Connie poszła do tylnego pokoju, gdzie był zlew do zmywania naczyń. Po lewej były drzwi, niewątpliwie do spiżarni. Otworzyła je i uśmiechnęła się na widok tego, co on nazywał spiżarnią: wąska, wymalowana na biało szafa ścienna, dość jednak duża, jak na jedną beczułkę piwa, kilka misek i skromne zapasy żywności. Wzięła trochę mleka z żółtego dzbanka.
— Skąd dostajesz mleko? — zapytała, powróciwszy znowu do stołu.
— Łod Flintów! Łostawiajom mi wdycki flaszka w tym miejscu, kaj sie łozpocyno zagajnik. Wisz już, tam, kaj ech cie spotkoł.
Ale był przygnębiony. Connie nalała mu herbaty. Zawahała się z mlekiem.
— Bez mlyka — rzekł leśniczy.
Potem, jakby usłyszał jakiś szmer, spojrzał ostro na drzwi.
— Czy nie zawrzić lepiej? — zapytał.
— Szkoda by było — odpowiedziała Connie. — Tu przecież nikt nie przyjdzie. Czy może tak?
— Nie. Nojwyżej roz casym. No, ale tego wiedzieć nie idzie.
— Zresztą to nic ważnego — rzekła Connie. — Piję tylko herbatę. Gdzie łyżeczki?
Mellors sięgnął do szuflady stołu. Connie piła herbatę, siedząc w słońcu przy drzwiach.
— Flossie! — rzekł leśniczy do psa, leżącego na słomiance u stóp schodów. — Idź, pilnuj, pilnuj!
Podniósł palec, a słowo „pilnuj!” brzmiało bardzo ostro. Pies wybiegł szybko na zwiady.
— Smutny dziś jesteś? — zapytała Connie.
Zwrócił ku niej szybko niebieskie oczy i spojrzał na nią pełnym wzrokiem.
— Smutny? Nie, tylko zły! Musiałem kazać spisać protokół dwóm kłusownikom, których złapałem, i... sam nie wiem... nie znoszę ludzi.
Mówił poprawnym językiem literackim, a w głosie jego brzmiał gniew.
— Nie lubisz zawodu leśniczego? — zapytała Connie.
— Leśniczego, nie! Póki mi dają spokój. Ale jeżeli mam do czynienia z żandarmerią i Bóg wie z kim jeszcze, i muszę czekać cierpliwie, aż ta banda bałwanów zainteresuje się moją sprawą... o, tak... wtedy staję się dziki... — I uśmiechnął się nie bez pewnej dozy humoru.
— Czy nie mógłbyś być naprawdę niezależny? — zapytała Connie.
— Ja? Sądzę, że mógłbym, jeżeli masz przez to na myśli, czy zdołałbym wyżyć ze swojej emerytury. Mógłbym! Ale muszę po prostu pracować, inaczej zmarniałbym zupełnie. To znaczy, że muszę mieć jakieś zajęcie. A nastrój mój nie jest dość dobry, abym mógł pracować dla siebie. Musi to być jakaś praca dla kogo innego, inaczej rzuciłbym ją pewnego dnia, po prostu w przystępie złego humoru. Tak, na ogół wiedzie mi się tutaj zupełnie dobrze, zwłaszcza ostatnimi czasy...
Uśmiechnął się do niej znowu z figlarnym humorem.
— Ale dlaczego jesteś w złym nastroju? — zapytała Connie. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że jesteś zawsze w złym nastroju?
— Mniej więcej — odpowiedział Mellors, śmiejąc się. — Niezupełnie przetrawiam swoją żółć.
— Dlaczego żółć? — zapytała Connie.
— Żółć! — odpowiedział Mellors. — Nie wiesz, co to jest?
Connie zamilkła rozczarowana. On nie zwracał na nią uwagi.
— Wyjeżdżam na pewien czas w przyszłym miesiącu — powiedziała.
— Wyjeżdżasz! Dokąd to?
— Do Wenecji.
— Do Wenecji! Z Sir Cliffordem? Na długo?
— Na miesiąc mniej więcej — odpowiedziała Connie. — Clifford nie jedzie.
— Zostaje tutaj? — zapytał leśniczy.
— Tak! Clifford nie lubi teraz podróży.
— Tak, biedaczysko! — rzekł Mellors współczująco.
Powstała pauza.
— Nie zapomnisz o mnie, gdy mnie nie będzie, prawda? — zapytała Connie.
Leśniczy podniósł znowu oczy i spojrzał na nią pełnym wzrokiem.
— Zapomnieć? — powtórzył. — Wiesz przecież, że nikt nie zapomina. Nie jest to kwestia pamięci.
Connie chciała zapytać: „Więc co?”, ale nie powiedziała tego. Natomiast rzekła bezbarwnym głosem:
— Powiedziałam Cliffordowi, że może będę miała dziecko.
Teraz spojrzał na nią naprawdę z zaciekawieniem, badawczo.
— Powiedziałaś to? — zapytał wreszcie. — A co on na to?
— O, Clifford nie ma nic przeciwko temu. Byłby naprawdę szczęśliwy, póki dziecko uchodziłoby za jego własne.
Nie śmiała spojrzeć na niego.
Mellors milczał przez długi czas, potem znowu spojrzał jej w twarz.
— Oczywiście nie wspomniałaś o mnie? — zapytał.
— Nie. Nie wspomniałam o tobie — odpowiedziała Connie.
— Naturalnie, nie wydałbym mu się na pewno odpowiednim zastępcą. Więc skądże masz mieć dziecko?
— Mogłabym nawiązać jakiś stosunek w Wenecji — rzekła Connie.
— Mogłabyś — odpowiedział leśniczy wolno. — Więc po to jedziesz.
— Nie żeby mieć stosunek — wtrąciła Connie i spojrzała na niego błagalnie.
— Tylko żeby zbudzić pozór — dokończył Mellors.
Nastąpiło milczenie. Mellors siedział, patrząc przez okno z lekkim uśmiechem na wpół szyderstwa, na wpół goryczy. Nienawidziła tego uśmiechu.
— Nie zastosowałaś więc żadnych środków zapobiegawczych, żeby nie mieć dziecka? — zapytał nagle. — Bo i ja tego nie zrobiłem.
— Nie — odpowiedziała Connie cicho. — Nie potrafię znieść czegoś podobnego.
Mellors spojrzał jej w twarz, potem znowu z owym charakterystycznym, przebiegłym uśmiechem w okno. Zapadła naprężona cisza.
Wreszcie zwrócił się do niej i rzekł drwiąco:
— Więc dlatego chciałaś mnie mieć? Żeby mieć dziecko?
Connie zwiesiła głowę.
— Nie. Naprawdę nie — odpowiedziała.
— A naprawdę dlaczego? — zapytał leśniczy zjadliwie.
Spojrzała na niego z wyrzutem i szepnęła:
— Nie wiem.
Mellors wybuchnął śmiechem.
— To niech mnie diabli porwą, jeżeli ja wiem — rzekł.
Nastąpiła długa pauza milczenia, zimnego milczenia.
— No — rzekł wreszcie leśniczy — jak jaśnie pani chce. Jeżeli będziesz miała dziecko, niech należy do Sir Clifforda. Ja nic nie stracę. Przeciwnie, miałem piękne przeżycie, naprawdę bardzo piękne! — I przeciągnął się z na wpół stłumionym ziewnięciem. — Jeżeli mnie wykorzystałaś — ciągnął — to nie po raz pierwszy mnie wykorzystano. A zdaje się, że nigdy nie było to dla mnie tak miłe, jak tym razem. Choć oczywiście człowiek nie wydaje się sobie przy tym bardzo godny.
Znowu przeciągnął się dziwnie, z drgającymi mięśniami i zdecydowaną twarzą.
— Ale ja ciebie nie wykorzystałam — rzekła Connie błagalnie.
— Zawsze do usług jaśnie pani — odpowiedział leśniczy.
— Nie — rzekła. — Lubię twoje ciało.
— Naprawdę? — odpowiedział ze śmiechem. — Jeżeli tak, to jesteśmy skwitowani, bo i ja twoje lubię.
Spojrzał na nią dziwnie pociemniałymi oczyma.
— Chciałabyś wejść teraz na górę? — zapytał zdławionym głosem.
— Nie, nie tutaj. Nie teraz! — rzekła Connie głucho, chociaż gdyby w najsłabszym stopniu zrobił użytek z władzy, jaką nad nią posiadał, byłaby weszła, gdyż nie miała siły przeciwko niemu.
Mellors odwrócił znowu twarz i zdawało się, że zapomniał o niej.
— Chciałabym cię dotykać, jak ty mnie dotykasz — rzekła Connie. — Nigdy naprawdę nie dotknęłam twego ciała.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
— Teraz? — zapytał.
— Nie! Nie! Nie tutaj! W szałasie. Nie chcesz?
— A jakże to ja ciebie dotykam? — zapytał.
— Kiedy mnie głaszczesz.
Spojrzał na nią i spotkał jej zatroskane, zalęknione oczy.
— A lubisz, kiedy cię głaszczę? — zapytał, ciągle jeszcze śmiejąc się do niej.
— Tak, a ty? — rzekła Connie.
— O ja! — Potem zmienił ton. — Tak — rzekł. — Wiesz o tym, nie pytając.
I była to prawda.
Connie wstała i sięgnęła po kapelusz.
— Muszę iść — rzekła.
— Naprawdę chcesz już iść? — odpowiedział Mellors uprzejmie.
Chciała, aby jej dotknął, aby coś powiedział. Ale on nie powiedział nic, czekał tylko uprzejmie.
— Dziękuję za herbatę — rzekła Connie.
— Nie podziękowałem jeszcze jaśnie pani za zaszczyt, okazany mojemu czajnikowi — odpowiedział Mellors.
Connie szła przez ścieżkę, a on stał z lekkim uśmiechem w drzwiach. Flossie nadbiegła z podniesionym ogonem. A Connie musiała wchodzić w milczeniu w las, wiedząc, że on stał tam i obserwował ją z owym niepojętym uśmiechem na ustach.
Powróciła do domu bardzo przygnębiona i rozżalona. Pretensja jego, że go wykorzystała, nie podobała się jej wcale, gdyż w pewnym sensie była to prawda. Ale on nie powinien był tego powiedzieć. Szarpały ją więc dwojakie uczucia: gniew na niego i pragnienie pojednania się z nim.
Spędziła bardzo niemiłą i podnieconą godzinę z Cliffordem przy herbacie, potem poszła zaraz na górę do swego pokoju. Ale i tam było nie lepiej; nie mogła znaleźć spokoju. Musiała coś przedsięwziąć. Nie wolno jej było pozostawiać rzeczy ich biegowi. Powinna powrócić do szałasu; jeżeli jego tam nie będzie — nic nie szkodzi.
Wymknęła się bocznymi drzwiami i nieco rozżalona skierowała się prosto w stronę szałasu. Kiedy przyszła na polanę, była okropnie niespokojna. Ale on był już tam, bez marynarki, przykucnął na ziemi i wypuszczał kokoszki z kojców do piskląt bażancich, które stały się teraz trochę niezdarne, ale wyglądały o wiele ładniej niż małe kurczęta.
Connie podeszła prosto do niego.
— Widzisz, przyszłam! — rzekła.
— No, toć widza! — odpowiedział leśniczy, wyprostował się i spojrzał na nią z lekka rozweselony.
— Wypuszczasz teraz kury? — zapytała Connie.
— Dyć wysiedziały sie za wszystkie casy — odpowiedział Mellors. — A terozki im już nieskoro do wyjścio i do zarcio. Te kokoszki jak siedzom na gnioździe, to blank nie dbajom ło sia. Cołkiem łoddane som jajcom i pisklyntom.
Biedne kokoszki! Taka ślepa ofiarność! I to dla małych, które nie należą do nich! Connie patrzała na nie ze współczuciem. Bezradne milczenie zapadło między mężczyzną a kobietą.
— Wleziymy do szopy? — powiedział leśniczy.
— Chcesz mnie? — zapytała z nutą nieufności.
— Aj, jeźli chcesz przijść.
Milczała.
— Toż chodź — powiedział.
I weszła z nim do szałasu. Było już zupełnie ciemno, gdy zamknął drzwi, więc zapalił małe światło w latarni, jak poprzednio.
— Nie założyłaś bielizny?
— Nie.
— No cóż, więc ja też zdejmę moje rzeczy.
Rozłożył koce, kładąc jeden z boku do przykrycia. Ona zdjęła kapelusz i potrząsnęła włosami. Usiadł, zdjął buty i getry i rozpiął sztruksowe bryczesy.
— Więc połóż się! — powiedział, gdy został tylko w koszuli.
Posłuchała w milczeniu, a on położył się obok niej i okrył ich oboje kocem.
— Tak, to tu — rzekł.
Zaczął podciągać jej sukienkę, aż dotarł do piersi. Pocałował je delikatnie, biorąc sutki w usta i pieszcząc delikatnie.
— Ech, ale to miyłe, jak miyłe! — powiedział, nagle pocierając twarzą i przytulając się do jej ciepłego brzucha.
Objęła go pod koszulą, ale bała się, bała się jego szczupłego, gładkiego, nagiego ciała, które wydawało się tak potężne, bała się brutalności mięśni. Skuliła się ze strachu.
A gdy powiedział z lekkim westchnieniem: „Ech, ale to miyłe!” coś w niej zadrżało i coś w jej duchu zesztywniało w oporze: zesztywniało od strasznie fizycznej intymności i od szczególnego pośpiechu, by go posiąść. I tym razem ekstaza jej własnej namiętności nie pokonała jej; leżała z bezwładnymi dłońmi na jego prężącym się ciele i robiła, co mogła, jej duch zdawał się patrzeć na nią z czubka głowy, a uderzanie jego bioder zdało się jej śmieszne, rodzaj niepokoju jego penisa, by dojść do małego kryzysu ejakuacyjnego, wydawał się farsą. Tak, to była miłość, to śmieszne podskakiwanie pośladków i więdnięcie biednego, nic nieznaczącego, wilgotnego, małego penisa. To była boska miłość! W końcu nowocześni mieli rację, gdy czuli pogardę dla tego przedstawienia; bo to było przedstawienie. To prawda, jak mówili niektórzy poeci, że Bóg, który stworzył człowieka, musiał mieć ponure poczucie humoru, skoro stworzył go jako istotę rozsądną, a mimo to zmusił go do przyjęcia tej komicznej postawy i ślepo popychał do tego śmiesznego przedstawienia. Nawet Maupassant uznał to za upokarzające i rozczarowujące. Mężczyźni gardzili stosunkiem płciowym, a jednak go odbywali.
Zimny i drwiący, jej dziwny kobiecy umysł stał z boku, i chociaż leżała zupełnie nieruchomo, jej impulsem było uniesienie bioder i wyrzucenie mężczyzny, uwolnienie się z jego brzydkiego uścisku i absurdalnych pchnieć jego bioder. Jego ciało było głupie, bezczelne, niedoskonałe i trochę obrzydliwe w swojej niedokończonej niezdarności. Bo z pewnością całkowita ewolucja wyeliminowałaby to przedstawienie, tę „funkcję”.
A jednak, gdy skończył, a skończył wkrótce, i leżał bardzo, bardzo nieruchomo, cofając się w ciszę i dziwną, nieruchomą odległość, daleko, dalej niż horyzont jej świadomości, jej serce zaczęło płakać. Czuła, jak odpływa, odpływa, zostawiając ją jak kamień na brzegu. Wycofywał się, jego duch ją opuszczał. On wiedział.
I w prawdziwym żalu, dręczona własną podwójną świadomością i swoją reakcją, zaczęła płakać. On nie zwrócił na to uwagi albo nawet nie zauważył. Burza płaczu wzbierała i wstrząsała nią, i wstrząsała nim.
— Aj! — powiedział. — Tym razem nie było dobrze. Ciebie tam nie było.
Więc wiedział! Jej szlochy stały się gwałtowne.
— Co jest nie tak? — powiedział. — To się zdarza od czasu do czasu.
— Ja... ja nie mogę cię kochać — szlochała, czując nagle, że serce jej pęka.
— Niy możesz? Coż, niy trop sie! Żodne prawo niy godo, iże tak trza. Weź to ja, jak je.
Nadal leżał z ręką na jej piersi. Ale ona odsunęła od niego obie ręce.
Jego słowa dawały małe pocieszenie. Szlochała głośno.
— Niy, niy — powiedział. — Oddzielej rube łod ciynkigo. To było trocha ciynke jak na jedyn roz.
Płakała gorzko, szlochając:
— Ale ja chcę cię kochać, a nie mogę. Tylko to wydaje się okropne.
Zaśmiał się cicho, na wpół gorzko, na wpół z rozbawieniem.
— To niy ma łokropiczne — powiedział — nawet jeźli ci sie tak wydowo. I niy może być łokropiczne. Niy trop sie tym, eli mie przajesz. Niy idzie cie do tego zmusić. W kożdyj kroby na zicher znojdzie sie zły łorzech. Niy idzie łonczyć chroplawego z śliskim.
Zabrał rękę z jej piersi, nie dotykał jej już. Teraz, niedotykana, czerpała z tego niemal perwersyjną satysfakcję. Nienawidziła tego dialektu: cie, mie i niy trop sie. Mógł wstać, jeśli chciał, i stanąć nad nią, zapinając guziki tych absurdalnych sztruksowych bryczesów wprost naprzeciw niej. Nawet Michaelis miał na tyle przyzwoitości, by się odwrócić. Ten człowiek był tak pewny siebie, że nie wiedział, za jakiego błazna uważają go inni, za mieszańca.
Jednak gdy się oddalał, by po cichu wstać i ją opuścić, przylgnęła do niego z przerażeniem.
— Nie! Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie! Nie bądź na mnie zły! Przytul mnie! Trzymaj mnie mocno! — szeptała w ślepym szale, nie wiedząc nawet, co mówi, i przylgnęła do niego z niesamowitą siłą. Chciała być ocalona przed samą sobą, przed własnym wewnętrznym gniewem i oporem. Jak jednak potężny był ten wewnętrzny opór, który ją opętał!
Znów wziął ją w ramiona i przyciągnął do siebie, a ona nagle stała się mała w jego ramionach, mała i przytulona. To minęło, opór minął i zaczęła topnieć w cudownym spokoju. I gdy topniała, mała i cudowna w jego ramionach, stała się dla niego nieskończenie pożądana, wszystkie jego naczynia krwionośne zdawały się parzyć intensywnym, ale czułym pożądaniem dla niej, dla jej miękkości, dla przenikliwego piękna jej w jego ramionach, przechodzącego mu do krwi. I delikatnie, z tą cudowną, omdlewającą pieszczotą swojej dłoni w czystym, miękkim pożądaniu, delikatnie głaskał jedwabiste zbocze jej lędźwi, w dół, w dół, między jej miękkimi, ciepłymi pośladkami, zbliżając się coraz bliżej do samego jej wnętrza. I poczuła go jako płomień pożądania, ale czuły, i poczuła, że topi się w płomieniu. Pozwoliła sobie pójść za tym. Poczuła, jak jego penis napiera na nią z cichą, zadziwiającą siłą i zdecydowaniem, a ona pozwoliła sobie, by zwrócić się ku niemu. Ustąpiła z drżeniem, które było jak śmierć, otworzyła się przed nim. I, och, gdyby on nie był teraz dla niej czuły, jakże byłoby to okrutne, bo była otwarta przed nim i bezradna!
Zadrżała ponownie przy nieuchronnym wejściu do jej wnętrza, tak dziwnym i strasznym. Mogłoby nadejść wraz z pchnięciem miecza w jej miękko otwarte ciało, a to oznaczałoby śmierć. Przylgnęła do niego w nagłej udręce przerażenia. Ale nadeszło dziwnym, powolnym pchnięciem spokoju, mrocznym pchnięciem spokoju i ciężkiej, pierwotnej czułości, takiej, jaka stworzyła świat na początku. I przerażenie ustąpiło w jej piersi, jej pierś odważyła się odetchnąć w pokoju, nie wstrzymywała niczego. Odważyła się puścić wszystko, całą siebie, i zniknąć w powodzi.
I zdawało się, że jest jak morze, nic tylko ciemne fale wznoszące się i falujące, falujące z wielkim rozkołysem, tak że powoli cała jej ciemność była w ruchu, a ona była oceanem toczącym swoją ciemną, niemą masę. Och, a daleko w jej wnętrzu głębiny rozstępowały się i rozlewały w długie, daleko sięgające kłęby, ciągle, w samym jej wnętrzu, głębiny rozstępowały się i rozlewały, od środka miękkiego zanurzenia, gdy tłok schodził coraz głębiej, dotykając niżej, a ona stawała się coraz głębiej i głębiej ujawniona, a cięższe jej fale toczyły się do jakiegoś brzegu, odsłaniając ją, a coraz bliżej i bliżej zanurzało się namacalne nieznane, a coraz dalej i dalej fale jej samej oddalały się od niej, pozostawiając ją, aż nagle, w miękkiej, drżącej konwulsji, dotknięto samego rdzenia jej plazmy, wiedziała, że została dotknięta, skonsumowanie nadeszło i już jej nie było. Odeszła, nie było jej i narodziła się: kobieta.
Ach, to zbyt piękne, zbyt piękne! W odpływie uświadomiła sobie całą rozkosz. Teraz całe jej ciało przylgnęło z czułą miłością do nieznanego mężczyzny i w oślepieniu do więdnącego penisa, gdy tak czule, słabo, nieświadomie wycofał się po gwałtownym pchnięciu jego potencji. Gdy wycofał się i opuścił jej ciało, tajemne i wrażliwe, wydała nieświadomy krzyk czystej straty i próbowała odzyskać go znów. Był tak doskonały! I tak go kochała!
I dopiero teraz zdała sobie sprawę z powściągliwej i delikatnej obecności przypominającego pączek penisa, a cichy okrzyk zdumienia i wzruszenia wyrwał się jej ponownie, jej kobiece serce płakało nad delikatną kruchością tego, co wcześniej było mocą.
— Było tak cudownie! — jęknęła. — Było tak cudownie!
Ale on nic nie powiedział, tylko delikatnie ją pocałował, leżąc nieruchomo nad nią. A ona jęknęła z pewnego rodzaju rozkoszą, jak ofiara i jak nowo narodzona istota.
I teraz w jej sercu obudził się dziwny zachwyt nad nim. Mężczyzna! Dziwna siła męskości, która na nią działała! Jej dłonie powędrowały w jego stronę, wciąż nieco przestraszone. Bała się tej dziwnej, wrogiej, nieco odpychającej rzeczy, którą dla niej był, mężczyzny. A teraz dotknęła go i było to jak spotkanie synów bogów z córkami ludzi. Jak pięknie było go czuć, czystość jego tkanki! Jak cudownie, jak cudownie silna, a zarazem czysta i delikatna, co za spokój wrażliwego ciała! Taki całkowity spokój potencji i delikatnego ciała! Jak pięknie! Jak pięknie! Jej dłonie nieśmiało powędrowały w dół jego pleców, do miękkich, drobnych pośladków. Piękno! Co za piękno! Nagły mały płomień nowej świadomości przeszedł przez nią. Jak to było możliwe, to piękno tutaj, gdzie wcześniej ją tylko odpychało? Niewysłowione piękno w dotyku, ciepłe, żywe pośladki! Życie w życiu, czysta, ciepła, potężna rozkosz. I ten dziwny ciężar kulek między jego nogami! Cóż za tajemnica! Co za dziwny, ciężki ciężar tajemnicy, który może leżeć miękko i ciężko w dłoni! Korzeń, korzeń wszystkiego, co piękne, pierwotny korzeń wszelkiego pełnego piękna.
Przylgnęła do niego z sykiem zachwytu, który był podziwem, niemal przerażeniem. Trzymał ją blisko, ale nic nie powiedział. Za nic by nic nie powiedział. Podgarnęła się do niego tylko po to, by być blisko zmysłowego cudu jego osoby. I z jego całkowitego, niezrozumiałego bezruchu znów poczuła powolny, doniosły, gwałtowny wzrost fallusa, drugą moc. Jej serce rozpłynęło się w zachwycie.
Tym razem jego obecność w niej była miękka i opalizująca, czystą miękkością i opalizowaniem, jakich żadna świadomość nie może uchwycić. Cała jej jaźń drżała nieprzytomna i żywa jak plazma. Nie wiedziała, co to było. Nie pamiętała, co to było. Tylko to, że było piękniejsze, niż cokolwiek kiedykolwiek mogło być. Tylko to. A potem była zupełnie nieruchoma, zupełnie nieświadoma, nie wiedziała, jak długo. A on wciąż był z nią, w niezgłębionej ciszy razem z nią. I o tym nigdy nie mówili.
Gdy świadomość tego, co jest na zewnątrz, zaczęła powracać, przylgnęła do jego piersi, mrucząc: „Moja miłości! Moja miłości!”. A on trzymał ją w milczeniu. Zwinęła się w kłębek na jego piersi, idealna.
Ale jego milczenie było niezgłębione. Jego ręce trzymały ją jak kwiaty, nieruchome i dziwne.
— Gdzie jesteś? — szepnęła do niego. — Gdzie jesteś? Odezwij się do mnie! Powiedz mi coś!
Pocałował ją delikatnie, mrucząc:
— Aj, moja dzioucho!
Ale ona nie wiedziała, co miał na myśli, nie wiedziała, gdzie on jest. W tym milczeniu wydawało się jej, że go zagubiła.
— Kochasz mnie, prawda? — wymamrotała.
— Aj, to sie wiy! — powiedział.
— Ale powiedz mi! — błagała.
— Aj! Aj! Niy czułaś tego? — powiedział niewyraźnie, ale delikatnie i pewnie.
A ona przywarła do niego mocno, jeszcze bliżej. Był o wiele bardziej spokojny w miłości niż ona i chciała, żeby ją uspokoił.
— Naprawdę mnie kochasz! — wyszeptała stanowczo.
A jego dłonie głaskały ją delikatnie, jakby była kwiatem, bez drżenia pożądania, ale z delikatną bliskością. Wciąż jednak prześladowała ją niespokojna potrzeba, by chwycić miłość.
— Nie opuścisz mnie nigdy? — zapytała.
— Nie pytoj ło takie rzecy.
— Ale wierzysz, że cię kocham?
— Bez ta jedna chwilka przałaś70 mi ło wiela wiencyj, aniżeli ci sie to kiej wydowało, że mi bydziesz mogła przać Ale wto wiy, co sie porobi, jak zacniesz kiejś nad tym łozmyśloć!
— Nie, nie mów tego! I nie sądzisz chyba naprawdę, że chciałam cię wykorzystać?
— Niby jako to?
— Żeby mieć dziecko...?
— Terozki może sobie lo mnie mieć dziecko wto ino chce! — odpowiedział, siadając i zapinając skórzane getry.
— Ach, nie! — zawołała Connie. — Nie mówisz tego serio!
— Ale ja! — odpowiedział, spoglądając na nią spode łba. — Toby przeca było nojlepsze.
Leżała cicho. Mellors otworzył drzwi. Niebo było granatowe, z kryształowym, turkusowym skrajem. Wyszedł, pozamykał kokoszki, pogadał cicho z psem. A Connie leżała i dziwiła się życiu i jego kolejom.
Kiedy powrócił, leżała jeszcze ciągle, rozpłomieniona jak Cyganka. Usiadł obok niej na krześle.
— Musisz kiejś przijść na cołko noc tam do fosztówki, zanim łodjedziesz. Przidziesz? — zapytał i uniósł brwi, przyglądając się jej, podczas gdy ręce jego zwisały między kolanami.
— Przidziesz? — przedrzeźniła go żartobliwie.
Uśmiechnął się.
— Dyć, przidziesz? — powtórzył.
— Dyć! — odpowiedziała, naśladując jego dialekt.
— Zycher! — rzekł.
— Zycher! — powtórzyła.
— I bydziesz se mnom bez cołko noc spała, prowdo? — zapytał. — Musisz. Kiej przidziesz?
— Kiejdy mom przidzieć?
— Ni! — rzekł. — Ty tego nie poradzisz. Kiej przidziesz?
— Wierzi w niedziely? — zapytała.
— Wierza w niedziela! Tak!
Uśmiechnął się do niej przelotnie.
— Ni, ni, ty tego nie poradzisz!
— Dlaczemu jo tego nie poradzem?
Roześmiał się. Jej próby używania miejscowego dialektu wydały mu się dziwnie komiczne, choć sam nie wiedział dlaczego.
— Pódź już, pódź, cas jest! — rzekł.
— Musza już póść? — zapytała.
— Musza już iść — poprawił ją.
— Dlaczego mam mówić iść, kiedy ty mówisz pódź? — zaprotestowała Connie. — Jesteś niesprawiedliwy.
— Doprowdy? — odpowiedział, schylając się, i pogłaskał jej twarz.
— Kochasz mnie naprawdę? — zapytała.
Pocałował ją, nie odpowiadając.
— Musisz już iść. Dockej, łoklupia cie ździebko z kurzu — rzekł.
Ręka jego przesuwała się po wypukłościach jej ciała, stanowczo, bez pożądania, ale z łagodną, poufałą bliskością.
Kiedy w półmroku biegła do domu, świat wydawał się niby sen; drzewa w parku, jak gdyby zapuściwszy kotwice w tonie, chybotały się i dążyły ku górze, a zbocze, wiodące do dworu, było żywe.